Strony~

Statystyki~

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Opowieść wigilijna

Płatki śniegu radośnie wirowały targane podmuchami zimowego wiatru. Angela stała przy oknie obserwując je ze smutkiem, po jej bladych policzkach spływały łzy niemal tak zimne jak jej serce. Poza bezkresną bielą i majaczącym w oddali zarysem lasu widok z okna nie ukazywał niczego innego, żadnego uroczego domku na wzgórzu, ani jakiegokolwiek innego śladu życia. Ogień w kominku skwierczał pochłaniając kolejne kawałki drewna, jednak nie dawał on niemal żadnego ciepła. Tylko miłość potrafi je dać. Niestety jednak Angela w te wyjątkowe święta Bożego Narodzenia była najbardziej samotnym człowiekiem na Ziemi. Kiedy na niebie zaświtała pierwsza gwiazdka kobieta zasiadła do wieczerzy wigilijnej samotnie. U jej stóp nie plątało się żadne zwierzę, nic nie zakłócało idealnej i wręcz nieznośnej ciszy. Jedzenie nie smakowało tak jak powinno, gdy Angela myślami błądziła po zupełnie innym krańcu świata. Świadomość, że teraz nikt nie jest tak samotny jak ona przerażała ją, miała przed oczami obraz szczęśliwych rodzin, dzieci rozpakowujących prezenty z wspaniałymi uśmiechami przyklejonymi do twarzyczek i jej rodzinnego domu, który opuściła przed laty. Pewnego Bożego Narodzenia wyszła z mieszkania nie mówiąc nikomu dokąd się udaje. Rodzice spali nie podejrzewając niczego, zapamiętała ich błogi wyraz twarzy, kiedy tkwili w czułych objęciach. Spali - ona z głową na jego miarowo unoszącej się klatce piersiowej, on oplatając jej drobne ciało silnym ramieniem. Zapamiętała także to, że uznała, by zasypiać w czyichś ramionach trzeba mu niebywale ufać, powierzyć mu swój sen, spokój, swoje ciało. Kochała rodziców, grzechem byłoby nie kochać ludzi, którzy poświęcili jej całe swoje dotychczasowe życie i nie chciała nawet wyobrażać sobie tego, co czuli, gdy odkryli jej zniknięcie. Zostawiła na swoim łóżku jedynie kartkę głoszącą "odeszłam, nie szukajcie mnie", jednak wiedziała, że zapłacą każdą cenę, by ją odnaleźć. Czy powrót oznaczałby poddanie się? Skruchę? Jednakże kiedy zapragnęła ponownie wejść do ich życia, jako, być może, obca już osoba dowiedziała się, że oboje umarli niedługo po jej odejściu. Teraz nie miała ani dokąd, ani do kogo wracać. Bawiła się widelcem wpatrując w płomień świecy. Kiedyś jej ukochany dziadek zwykł mówić, że to co człowiek potrafi dostrzec w językach ognia, jest odzwierciedleniem jego duszy. Tęskniła za starszym panem, który zawsze witał ją z otwartymi ramionami krzycząc "Oh, moja ukochana wnusia!", mimo, że tak naprawdę mieszkali blisko siebie i nie miał okazji stęsknić się za dziewczynką. Teraz usilnie próbowała dostrzec choćby najmniejszy kształt w płomieniu, jednak nie było w nim nic poza przerażającą pustką. Łzy nie przestawały spływać po jej delikatnej buzi spadając na talerz. Nagle w pomieszczeniu zawył wiatr, a ogień w kominku zgasł, a na jego miejsce pojawił się starszy mężczyzna z długą siwą brodą ubrany w komiczny czerwony kostium rodem ze świątecznych reklam coca-coli. Popatrzył on ze smutkiem na Angelę i zajął puste miejsce przy stole przeznaczone dla nieznanego wędrowca.
-Kim Ty jesteś? - dziewczyna patrzyła z niedowierzaniem na mężczyznę w zabawnym stroju.
-Jestem najprawdziwszym Świętym Mikołajem i co roku przybywam osobiście do najsamotniejszej osoby na świecie. Niestety dzisiaj to Ty padłaś ofiarą samotności.
Wyciągnął ku niej różową kopertę przyozdobioną miniaturową choinką pachnącą lasem. Kobieta otworzyła ją i wyciągnęła z niej czystą kartkę.
-To jakiś żart, tak? - prychnęła
-Nie,skądże. Napisz na niej co byś chciała dostać na tegoroczne święta i spal ją nad płomieniem świecy. Wszystko jest dozwolone. Wszystko. - puścił jej oczko sponad okularów.
Uznając, że nie ma nic do stracenia postąpiła zgodnie ze wskazówkami Świętego. Ku jej zdziwieniu po chwili mieszkanie, w którym się znajdowała zamieniło się w jej rodzinny dom, jej rodzice i dziadek siedzieli przy stole, ona sama była teraz w swoim dziecięcym ciele, a Mikołaj rozpłynął się. Na widok uśmiechniętej mamy tulącej się do taty i radosnego dziadka robiącego im zdjęcie pognała ku nim. Wgramoliła się na kolana rodziców i mocno ścisnęła ich oboje wybuchając płaczem. Tak też zostali uchwyceni na fotografii.
-Mamusiu, tatusiu, obiecajcie, że nigdy nie odejdziecie! - zawyła rozpaczliwie jeszcze mocniej przyciskając twarzyczkę do pachnącego miłością swetra mamy.
Kobieta pogłaskała córeczkę po blond włoskach i zaśmiała się serdecznie zerkając na swojego męża.
-Obiecujemy. - szepnęła dziecku do ucha.
Wtedy mała Angela odwróciła główkę dostrzegając zauroczonego tą sytuacją dziadka.  Sprawnym ruchem ześlizgnęła się z kolan mamy i popędziła ku dziadziusiowi, a ten otworzył szeroko ramiona łapiąc skaczącą ku niemu dziewczynkę i unosząc wysoko w powietrze.
-Moja ukochana wnusia! - zawołał radośnie, przytulając główkę dziecka do serca. Słyszała jak głośno bije.
Zjedli wspólnie kolację i cieszyli się chwilą. Wraz z wybiciem północy czar prysł. Przeszłość ponownie odeszła pozostawiając za sobą ciepłe wspomnienia. Angela ponownie znajdowała się w swoim pustym mieszkaniu i dostrzegła stojącą na komodzie fotografię zrobioną tamtego wieczoru. Mała, rozżalona dziewczynka tuląca się do rodziców. Łzy wzruszenia ponownie pociekły po jej policzkach, a kiedy spojrzała w okno zauważyła przechadzającego się nieopodal mężczyznę. Mieszała w tym miejscu od lat, jednak nigdy wcześniej go tu nie widziała. Zatrzymał się i najwyraźniej dostrzegł zarys jej sylwetki. Pomachał przyjaźnie i odszedł. Mimo dzielącej ich odległości rozpoznała w nim zmarłego przed laty dziadziusia. Kiedy ponownie wyjrzała za okno poszukując go wzrokiem, ujrzała jedynie raniącą, bezkresną biel.

czwartek, 6 grudnia 2012

Trójka Najwspanialsza

Każdy człowiek nosi w sobie swoją małą tragedię, którą żyje. Moja tragedia pożerała mnie od środka, zabierała mi duszę i życie rozwijając się tydzień po tygodniu. Miałam siedemnaście lat, byłam córką najbogatszych i najbardziej szanowanych ludzi w mieście.Miałam na imię Lily. Uczucie jakim darzyli mnie rodzice, a właściwie jego brak poznałam dopiero jednego z lipcowych popołudni, kiedy ze łzami w oczach i sercem szamoczącym się w piersi oznajmiłam, że spodziewam się dziecka. Miałam nadzieję, że okażą wściekłość, że popłyną łzy nie należące do mnie. To miało znaczyć, że skoro tak reagują  muszę coś znaczyć. Jednak ojciec tylko wyciągnął z kieszeni plik pieniędzy i machając mi nim przed nosem niczym wachlarzem oznajmił, że problem niebawem zniknie. Nie protestowałam, mój ojciec nie jest człowiekiem z którym można dyskutować. Niecały miesiąc później siedziałam już w gabinecie lekarskim trzęsąc się ze strachu. W spojrzeniu towarzyszącej mi matki nie dało się odczytać żadnych uczuć, jakby aborcja była tylko rutynowym zabiegiem. W myślach przeklinałam ją za tę obojętność, którą żywiła w stosunku do mnie. Kiedy pani doktor weszła do gabinetu naciągając na dłonie gumowe rękawiczki rozdzwonił się telefon mojej matki. Odebrała słuchając przez chwilę po czym zasłoniła słuchawkę dłonią i oznajmiła, że musi iść. Odeszła bez pozostawienia mi spojrzenia w którym mogła bym dostrzec choć cień żalu, współczucia. Żadnego "będzie dobrze, córeczko". Ta kobieta nigdy nie nazwała mnie swoją córką. Z plakietki przymocowanej do fartucha pani doktor przeczytałam, że nazywa się Sophie Montgomery. Kobieta usiadła przy mnie obdarowując ciepłym spojrzeniem swoich hebanowych oczu. Jej ciemne włosy upięte były w wysokiego koka, a niesforne pasemka otulały jej pociągłą twarz.
-Kochanie, wiem, jakie to dla Ciebie trudne, masz ledwie siedemnaście lat. -jej miły głos wypełnił to lodowate pomieszczenie o białych ścianach cuchnących śmiercią niewinnych dzieci -Musisz tu podpisać, to taka mała formalność dzięki której będziemy mogli przeprowadzić aborcję. -podsunęła mi pod nos niebieską tekturową podkładkę z przypiętą do niej kartką.
Długopis w mojej dłoni drżał niczym liść na jesiennym wietrze. Odetchnęłam głęboko i przenosząc wzrok na Sophie szepnęłam:
-Ja nie chcę tego robić.
Kobieta uśmiechnęła się chwytając moją nieustannie drżącą dłoń, a w jej oczach mogłam dostrzec szklany błysk łez, które szybko otarła.
-Co wobec tego pragniesz zrobić?
-Urodzę dziecko, a potem je oddam. Nie chcę odbierać mu życia, proszę pani. To nie ono zawiniło, to my.
-Powiedziałaś jego ojcu?
Pokręciłam głową nie mogąc zdobyć się by wypowiedzieć jakiekolwiek słowo.
-Nie chcę, by życie Juliana legło w gruzach wraz z moim. - powiedziałam w końcu z trudem.
Kobieta dotknęła dłonią mojego policzka mokrego od łez patrząc na mnie z taką czułością, z jaką nikt w życiu, poza Julianem, na mnie nie patrzył. Następnie jej dłoń skierowała się ku mojemu leciutko zaokrąglonemu brzuchowi.
-Chcesz poznać płeć dziecka? -zapytała lekko zachrypniętym głosem.
Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę po czym kiwnęłam głową na znak potwierdzenia. Sophie kazała podwinąć mi bluzkę po czym nałożyła na mój brzuch niewielką ilość zimnego żelu. Sprawnie przesuwała urządzeniem podłączonym do komputera po wypukłości skrywającej dziecko. Głowę odwróconą miałam w przeciwnym kierunku w obawie, że jedno spojrzenie wystarczy by pokochać ten mały cud.
-Spójrz, to Twój syn. - szepnęła kobieta, jakby oglądanie nowego życia nadal było dla niej czymś nadzwyczajnym mimo wielu lat pracy w  tym zawodzie.
Powoli odwróciłam głowę, wzrok utkwiłam w ekranie na którym zobaczyłam małą główkę i pulsujące serduszko.
-Jest idealny. - wydusiłam z siebie zdając sobie sprawę z tego że się nie myliłam. Tyle wystarczyło, bym pokochała tego chłopca w moim łonie do szaleństwa.
Obie oniemiałe wpatrywałyśmy się w ekran, kiedy pojawiła się na nim także druga główka, kolejne dwie rączki, dwie nóżki i niewielki pulsujący punkcik będący drugim serduszkiem. Nie potrzebowałam wyjaśnienia by wiedzieć, że nie jedno, a dwoje dzieci, niemal do siebie przytulonych rośnie we mnie na dowód uczucia, które płonęło między mną, a Julianem, niczym dwa jabłuszka rozwijające się na jabłoni. Jabłuszka tak bardzo ze sobą powiązane, że jedno nie może przeżyć bez drugiego.
-Jest piękna.
-Kto? - zapytałam będąc w szoku zbyt dużym by zrozumieć o kim kobieta mówiła.
-Twoja córka, Lily.
Te słowa zabrzmiały tak niewyobrażalnie odlegle. Ja, która niedawno sama biegałam radośnie w pieluchach po ogromnym domu moich rodziców teraz miałam zostać mamą dwójki idealnych dzieci. Wyszłam z gabinetu lekarskiego rozanielona, niczym niesiona na skrzydłach zupełnie zapominając o konsekwencjach. Wiedziałam, że nie mogę zatrzymać dzieci, lecz niczego innego bardziej nie pragnęłam.Odważyłam się poinformować o tym Juliana i pozwolić mu zadecydować co dalej powinniśmy zrobić. Julian pokochał dzieci już w momencie, kiedy przyłożył dłoń do mojego brzucha po raz pierwszy. Nie potrafiliśmy zadecydować o ich oddaniu do adopcji. Kilka miesięcy później, kiedy śnieg sypał tak mocno, jakby Bogu przypadkowo otworzył się worek pełen białego puchu, nasze bliźnięta zaczęły dopominać się wyjścia na świat. Podczas porodu okazało się, że życie nie szczędzi mi niespodzianek. Poza chłopcem i dziewczynką, których oczekiwaliśmy, na świecie pojawiła się druga, malutka i mizerna dziewczynka. Dostała ona na imię Hope, pozostała dwójka to Christian i Sophie. Dzieci były wspaniałe, a ilekroć patrzyłam na Sophie dostrzegałam ciepły uśmiech kobiety, która niczym wróżka obsypała mój brzuch magicznym pyłkiem i wywróżyła najwspanialszą przyszłość, niczym w ulubionych bajkach z dzieciństwa. Tak więc za zakończenie dodam, że żyliśmy długo i szczęśliwie w ogromnym zamku wypełnionym miłością i radosnym śmiechem Trójki Najwspanialszych.

sobota, 17 listopada 2012

Serial killer cz.1

Nadya była moją najlepszą przyjaciółką. Każdą wolną chwilę spędzałyśmy razem, biegałyśmy w deszczu ochlapując się lodowatą wodą, czasami nawet całowałyśmy się. Kochałam ją. Nie jak siostrę czy przyjaciółkę. Kochałam ją w zupełnie inny sposób i uważałam to za wyjątkowe. Normalnie ludzie mnie brzydzili, nienawidziłam każdego ich oddechu. Natomiast jej każdy oddech chciała bym łapać i wciągać głęboko do płuc. Miałyśmy po siedemnaście lat. Wtedy odważyłam się wyznać przyjaciółce co tak naprawdę tkwi w moim sercu. Nie wiem czy byłam bardziej zaskoczona czy szczęśliwa, kiedy wyznała mi to samo. Świat zawirował. Pewnego dnia uciekłyśmy razem z domu zostawiając jedynie rodzicom karteczki o treści "Jesteśmy razem. Nadya i Caroline. Nie szukajcie nas. Wrócimy". Nie szukali. Pojechałyśmy w góry. Za dnia wspinałyśmy się wysoko, traktując życie, jakby nic nie mogło go nam odebrać. Bawiłyśmy się ryzykując, to było piękne. Kiedy zapadła noc tuliłyśmy się do siebie zasypiając. Ostatniego dnia naszego pobytu w tym miejscu Nadya zabrała mnie na długi spacer. Trzymałyśmy się za ręce, czego nie mogłyśmy robić będąc w rodzinnym mieście, gdzie nikt nie tolerował związków homoseksualnych. Poszłyśmy na most zakochanych, po którym spacerowało wiele par. W tym my - zupełnie prawdziwe razem. Zawiesiłyśmy złotą kłódeczkę z wygrawerowanym napisem "Nadya & Caroline na zawsze razem", a potem długo się całowałyśmy. W drodze powrotnej wstąpiłyśmy do małej, przytulnej knajpki, gdzie popijałyśmy gorącą czekoladę trzymając się za ręce. Nadya była piękna, nigdy nie potrafiłam oderwać wzroku od jej czarnych niczym węgiel oczu i kręconych włosów tego samego koloru. Była mulatką. I najpiękniejszą dziewczyną jaką znam. Na jednym z drzew wyryłyśmy nasze inicjały zamknięte w sercu. Wiele dzieciaków tak robiło, jak gdyby dwie literki wycięte na kawałku drzewa mogły być nieśmiertelne. Jakby mogły przejąć od niego długowieczność dzięki czemu związek mógłby trwać na zawsze. Każdy chciałby przecież miłości idealnej i ja taką przeżyłam. Aż do dnia, kiedy trzy lata po powrocie z naszej wycieczki Nadya zaginęła. Nie wracała przez miesiąc, dwa. Nie wróciła już nigdy. Jej ciało znaleziono w domku na drzewie, który razem budowałyśmy. Została zamordowana. Płakałam dniami i nocami, świat przestał dla mnie istnieć, każde wspomnienie bolało powracając jako żywe, podczas kiedy ona była martwa. Ten, kto nigdy nie stracił swojego świata nie zrozumie jak przerażający ból rozrywał moje serce. Nadya. Nadya. Nadya. Dlaczego wracasz do mnie jedynie w snach? Dlaczego nie mogę Cię dotknąć?

                 ***

Powrócić do miejsca wypełnionego wspomnieniami po brzegi po latach łez, cierpienia, akceptacji, zapomnienia to tak, jak odrywanie smaku truskawek na nowo. Wróciłam w góry, po których spacerowałam razem z Tobą. Będąc na szczycie czułam, że jestem bliżej Ciebie, bo przecież Ty byłaś w niebie. Zatrzymałam się nawet w tym samym hotelu. Wszędzie widziałam Ciebie, Twoją ciepłą twarz i nie potrafiłam nawet zatrzymać potoku łez płynącego z moich oczu. Wybrałam się na most, gdzie żyło najpiękniejsze nasze wspólne wspomnienie. Ono nigdy nie wyblaknie w mojej pamięci. Po dziś dzień, mimo upływu lat pamiętam Twoją karmazynową sukienkę i niesforne loki ściągnięte w wysoki kucyk. Miałaś czerwoną szminkę na utach. Nasza kłódeczka ciągle wisiała dumnie głosząc napis "Nadya & Caroline na zawsze razem". To było kłamstwo. Wracając przystanęłam przed szybą knajpy w której zatrzymałyśmy się tego wieczoru. Ciągle widzę nas razem przy tym stoliku po lewo od okna. Uśmiechasz się. Ja teraz też uśmiecham się przez łzy. Pocałowałyśmy się, a ludzie ochoczo bili nam brawa, pamiętasz? Nagle z budynku wyszedł starszy pan, którego w pierwszej chwili nie zauważyłam. Położył mi rękę na ramieniu. Szepnął, że nas pamięta. Że byłyśmy wspaniałe, jedyne mające odwagę tutaj by otwarcie pokazywać swoją odmienność. Twierdzi, że nas pokochał od pierwszej chwili. Wcisnął mi w ręce kawałek drewna, jednak nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Zrobiłam to dopiero, kiedy odszedł zostawiając mnie samą. Tabliczka wycięta z drzewa. Poznałam od razu nasze koślawe literki. N + C zamknięte w nierównym sercu. Widocznie drzewo zostało ścięte, ale starszy pan, zachował tę pamiątkę po nas. Kiedy wróciłam do hotelu okazało się, że ktoś zostawił dla mnie wiadomość. Bez pośpiechu wróciłam do pokoju nie otwierając listu, wzięłam prysznic i dopiero wtedy postanowiłam rozerwać kopertę. Przyłapałam się na tym, że serce bije mi jak oszalałe, jednak kiedy przeczytałam treść zamarło na dłuższą chwilę. Kim jesteś? - szepnęłam do skrawka papieru, który otwarcie głosił "To ja ją zabiłem."

niedziela, 23 września 2012

I że Cię nie opuszczę, aż do śmierci.

Byłam piękna, młoda. Kochałam imprezować, pić, palić. Kochałam ludzi i życie. Dla mnie nie było ograniczeń, za każdym razem robiłam to, co chciałam. Nie potrafiłam się bać i to chyba właśnie sprowadziło mnie na złą drogę. Ludzie najpierw patrzyli na mnie z pożądaniem, później - ze smutkiem. Lata mojej młodości były najwspanialsze i to one zadecydowały o tym kim jestem teraz. Gardziłam cichymi dziewczynkami z mojej klasy, zadawałam się tylko z tymi, którzy byli "fajni". Któregoś dnia wpadłam na ulicy na śliczną blondynkę. Patrząc na nią wiedziałam, że pchnęło nas ku sobie przeznaczenie, więc nie opierając się mu zaprzyjaźniłam się z Naomi. Niedługo od dnia naszego pierwszego spotkania byłyśmy już nierozłączne. Razem imprezowałyśmy, spędzałyśmy każdą wolną chwilę, a nawet założyłyśmy zespół rockowy. Pewnego dnia na próbę Naomi przyniosła ze sobą mały plastikowy woreczek, a w nim jakąś suszoną roślinę. Twierdziła, że to marihuana, że pomoże nam tworzyć dzięki czemu zespół się wybije. "Dla dobra zespołu wszystko" powiedziałam i wzięłam kilka głębokich machów. Naomi nie kłamała. Pomysły na nowe piosenki same wpadały do głowy, a nuty sprawnie układały się w piękną melodię. Po ziole świat był wiele piękniejszym miejscem, był pełen dobra i dobrych rzeczy. Nawet muzyka, brzmiała o niebo piękniej. Kiedy działanie narkotyku słabło czułam narastający ból głowy. Tak bardzo chciałam znowu zapalić, nie mogłam doczekać się następnej próby, ponieważ miałam nadzieję, że Naomi znów przyniesie zioło. Tak też się stało. Marihuana złączyła nas ze sobą jeszcze bardziej, związała nas niewidzialną nicią i popchnęła w przerażającą przyszłość. Przyszłość w której już żadna z nas nie znała słowa "nie". Byłyśmy szczęśliwe, byłyśmy najpopularniejszymi dziewczynami w szkole, a zaraz po zajęciach szłyśmy palić zioło. Teraz świat bez tego był zbyt ponury, pozbawiony tak wielu ważnych rzeczy. "Mogła byś załatwić coś mocniejszego?" zapytałam któregoś razu, a ona ze zrozumieniem skinęła głową. Następnego wieczoru przyniosła mi kokainę. Oczy iskrzyły mi się na samą myśl o narkotykach. Chciałam spróbować w życiu wszystkiego i bawić się całą młodość. "Pierwszy i ostatni raz, tak?" upewniłam się, a ona skinęła głową. Wciągnęłyśmy po kresce białego proszku. To co się z nami działo było o niebo lepsze od tego, co było po ziole. Świat był jeszcze piękniejszy, serce biło mi nadzwyczaj szybko przypominając, że jeszcze żyję, a źrenice pięknie porywały niemal całą tęczówkę. Chciałam być nieśmiertelna. Jednak działanie narkotyku nie może trwać wiecznie. "Oh, błagam. Naomi. Zrobię wszystko tylko pozwól mi się znów lepiej poczuć." jęknęłam błagalnie, a ona odpowiedziała mi jedynie "Nie mogę Ci na to pozwolić, ale wyjdę teraz do toalety i zostawię kokainę w tym woreczku na stole. Nie będzie mnie przez kilka minut, wykorzystaj je dobrze" i puściła mi oczko. Tak, wzięłam kolejną działkę, a potem kolejną i kolejną. Nigdy nie było końca. Idealna wizja świata jest zbyt trudna do porzucenia, a szczeniacka ciekawość zbyt trudna do okiełznania. Biała królowa zawładnęła moim światem na wieki. Przegrałam wszystkie swoje marzenia, pogrzebałam je pod grubą warstwą białego proszku, jednak jedno moje małe pragnienie w pewnym sensie się spełniło. Chciałam, żeby kiedyś koleżanki z klasy opowiadały o mnie swoim dzieciom. Tak też było, jednak nie mówiły im o naszym zespole, który zresztą upadł, czy żadnym moich talentów. Przestrzegały je przed ludźmi takimi jak ja. Przed narkomanami, zagubionymi dzieciakami trzymanymi przez silne szpony kokainy. Pierwsza działka była jakby słowami przysięgi. "I że Cię nie opuszczę, aż do śmierci". Należymy do Białej Armii i zawsze będziemy jej wierni. 

poniedziałek, 17 września 2012

Tato, tatusiu. Wróć.

Pewnego listopadowego dnia listonosz przyniósł mi list, na którym starannie wykaligrafowanym, pochyłym pismem widniały moje dane. Kiedy przeczytałem jego treść okazało się, że jestem potrzebny w innym miejscu na świecie. Niedługo przed Bożym Narodzeniem musiałem wbić się w mundur, a zapłakana żona i córka odprowadziły mnie na pociąg. Później zająłem miejsce w gigantycznym helikopterze i patrzyłem jak moje życie oddala się ode mnie. W kieszeni munduru, zaraz przy sercu nosiłem zdjęcie mojego anioła stróża, dla którego musiałem przeżyć. Miała na imię Alinka i w chwili kiedy opuszczałem dom miała cztery latka. Na jej małej główce kwitła burza kasztanowych loków, które odziedziczyła po swojej mamie, a jej zielone oczka skrzyły się niesfornym blaskiem. Za każdym razem kiedy zabiłem człowieka miałem przed oczami moje dziecko, powtarzałem sobie, że zabijam, by móc do niej wrócić. Do nich obu - żony i córki. I tak każdego dnia przez wiele lat zabijałem czyiś synów, mężów i ojców. Nieraz leżałem ranny na polu walki, czasem któryś z kolegów pomagał mi dojść do bazy, czasem musiałem doczołgiwać się tam sam. Za każdym razem jednak wolna życia była we mnie tak ogromna, że śmierć odprawiałem z kwitkiem. Któryś z kolegów śmiał się, że mam 9 żyć - jak kot. Prawda była taka, że miałem dwa życia -Małgosię i Alinkę. I to one tak skutecznie trzymały mnie w tym tak przepełnionym śmiercią miejscu. Kiedy miałem krótką chwilę żeby się przespać zazwyczaj ten czas wykorzystywałem na rozmyślaniu jak to będzie, kiedy wrócę już do domu, do mojego małego, przytulnego domku na przedmieściach spokojnej (w porównaniu z panującymi tu warunkami) Warszawy, wyobrażałem sobie moją żonę gotującą obiad dla naszej trójki, mnie samego obejmującego ją czule od tylu i naszą córkę, rozwiązującą pracę domową. Tak bardzo brakowało mi tych codziennych rzeczy, kłótni z żoną, radosnego śmiechu dziecka. Było ciężko, ale nigdy nie zazdrościłem młodszym kolegom, którzy swoich rodzin jeszcze się nie dorobili. Oni nie mieli tak naprawdę dokąd wracać, ich życie było jakby mniej warte kiedy było tak puste, kiedy nikt poza utęsknioną matką nie czekał.
Nie byłem w domu od trzynastu lat. Moja córka ma teraz lat siedemnaście i z pewnością nie rozpoznał bym jej na ulicy. Nadszedł dzień pożegnania z wojną, nawet huk wybuchów granatów czy wystrzału karabinów wydawał się jakby przyjaźniejszy, gdy wiedziałem, że niebawem znajdę się w domu, że teraz jestem już bezpieczny. Jednak nie byłem. Ostatniego dnia służby postanowiłem dać z siebie wszystko, by wrócić do domu i móc powiedzieć "uratowałem wczoraj cholernie dużo ludzkich żyć". Tak też było. Wśród nich była piękna muzułmanka z trójką dzieci, które z uśmiechem wdzięczności utkwiły w mojej pamięci. Kiedy żegnałem się z najmłodszym - trzyletnim maluchem usłyszałem przerażająco głośny huk, zobaczyłem zamierające ze strachu oczy dzieci i tamtej kobiety, jednak nadal nie wiedziałem co takiego się stało. Później było już tylko przyjemne ciepło i ciemność. Widziałem siebie z góry, okazało się, że pocisk przeszedł przez moje ciało na wylot, przez serce. Przez zdjęcie czteroletniej córki które od trzynastu lat ciągle tam nosiłem. Tak, zginąłem ostatniego dnia walki, jednak postanowiłem wrócić do domu, spotkać rodzinę. Zostawiając za sobą ludzkie ciało bez zbytniego sentymentu ruszyłem przed siebie, nie oglądając się ani razu. Wsiadłem w helikopter, zaraz obok najlepszego kolegi. Nie widział mnie, miał łzy w oczach. "Wojna to cholernie zła rzecz. My jesteśmy dobrzy bo umieramy by inni mogli żyć. Tylko szkoda Alekandra, dzisiaj... po raz pierwszy od dwunastu lat miał zobaczyć swoje dziecko" - wyjąkał cicho.
"Dzisiaj zobaczę swoje dziecko po raz pierwszy od trzynastu lat." - poprawiłem go w myślach i kręcąc się na niewygodnym fotelu przyglądałem się milczącym chłopakom wracającym do swoich domów. Czy któryś z nich zrezygnuje ze służby w wojsku? Czy dla któregoś to już za dużo? Czy któryś z nich się zakocha i zapragnie nigdy nie opuszczać swojej wybranki? Miałem szczerą nadzieję, że tak, bo w gruncie rzeczy miłość jest piękną wartością, choć czasami bardziej okrutną niż sama śmierć. Helikopter wylądował, teraz żołnierze się pożegnali poklepując po plecach i każdy szczęśliwy, że przeżył skierował się w swoją stronę. Tomek ruszył pociągiem do Gdańska, Antek do Krakowa, Mariusz obrał kurs na Płock, a ja pognałem ku ukochanej stolicy. W moim przedziale poza mną były jeszcze tylko dwie osoby. Na peronie też pustki, jednak pojawił się ktoś.. ta twarz...tak doskonale ją znałem. Studiowałem ją całymi godzinami. Małgosia. Teraz już widocznie starsza niż w dniu kiedy widziałem po raz ostatni, z pierwszymi siwymi pasemkami włosów, a u jej boku młoda kobieta. Przepiękna, której delikatne rysy i moje spojrzenie wyraźnie powiedziały mi na kogo patrzę. Kobiety rozglądały się dookoła, ich serca biły tak szybko, że niemal wyskoczyły z piersi. Więc jednak czekały. "Przepraszam, tak bardzo chciałem wrócić".

                                                                    ***

Tato, tatusiu. Więc jednak nie wróciłeś. Dzisiaj dostałyśmy list od jednego z Twoich kolegów. To takie przykre, że nigdy nie zdążyłam przeżyć z Tobą takich chwil jak moje koleżanki. Chciałam chodzić z Tobą na ryby, chciałam, żebyś zabrał mnie nad morze, którego jeszcze nigdy nie widziałam, czy w góry. Chciałam się z Tobą śmiać na głos, tak szczerze jak z najlepszym kumplem. Ale żadna z moich koleżanek nie może powiedzieć, że jej tata, jest bohaterem. Ja mogę, tatusiu bo Ty nim byłeś i jesteś. Zawsze będziesz. Nie musiałam grać z Tobą w piłkę, żeby wiedzieć, że jesteś najlepszym tatą na świecie. Chciałeś żebym żyła w bezpieczniejszym miejscu i poświęciłeś temu życie. Zawsze będę nosić nasze jedyne wspólne zdjęcie przy sercu, jednak teraz... . Tato, tatusiu. Wróć.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Tajemniczy Kapelusznik.

Wyrzuciłam stare zdjęcia, wszystko co mogło by przypominać mi o przeszłości. Nie o jakimś konkretnym momencie, lecz o wszystkim co wydarzyło się przed dniem dzisiejszym. Oparłam się o kontener na śmieci i zaczęłam szlochać. Po chwili już płakałam jak małe dziecko, chowając twarz w dłoniach. Kiedy tylko opuściłam lewą rękę poczułam, że coś ciepłego zaciska się na niej z niemałą siłą. Powiodłam wzrokiem w tamtym kierunku i ujrzałam męską rękę ubraną w czarną, skórzaną rękawiczkę (była późna jesień), której właścicielem okazał się być przystojny mężczyzna z kapeluszem na głowie, przyodziany w czarny płaszcz. Jego oczy, wpatrujące się w moje łzy spływające po policzkach, były smutne.
-Straciłaś dzisiaj swoje życie? -zagadnął nie puszczając mojej dłoni.
-Tak.
-Chodź ze mną.
-Dokąd?
-Nie wiem, nie mam pojęcia. Po prostu chodź, przeżyjmy ten dzień razem. Zróbmy milion głupich rzeczy, zaszalejmy, ale bez imion. Dzisiejszy dzień minie i Ty pójdziesz na wschód, a ja na zachód. I nigdy więcej już się nie spotkamy. Co o tym sądzisz?
-Tak, tak zróbmy. - uśmiechnęłam się przez łzy i trzymając się za ręce poszliśmy w kierunku parku.
Wsiedliśmy w pierwszy lepszy pociąg, a kiedy już wysiedliśmy żadne z nas nie wiedziało gdzie jest.
-Przydało by się coś do picia, zajarania. Nie sądzisz? - zapytałam, a on przytaknął.
-Nie mam kasy,a Ty masz coś?
-Nie wzięłam nic z domu, ale czy to problem?
Chwilę później już chowaliśmy butelki wódki pod płaszcze, papierosy też udało nam się zwinąć. Uciekliśmy ze sklepu nie mogąc przestać się śmiać, mimo, że za nami biegło kilku wściekłych facetów. Kiedy już ich zgubiliśmy wpadliśmy na pewnego chłopaka, któremu z kieszeni wypadło kilka skrętów i niewielki woreczek z białym proszkiem w środku. Kokaina. Wszyscy troje staliśmy w bezruchu osłupieni wpatrując się w towar leżący na chodniku.
-Macie to, ale nie mówcie nikomu. Błagam. - mężczyzna zebrał szybko te rzeczy i wcisnął je w ręce mojego towarzysza.
-Nikomu nie powiemy. - mężczyzna uśmiechnął się szeroko i schował narkotyki w kieszeni płaszcza. Później poszliśmy posiedzieć nad jeziorem.
-Paliłaś kiedyś skręty? - zapytał wyciągając jednego.
-Bo to raz? - zaśmiałam się i wyciągnęłam mu go z rąk.
Wypaliliśmy go wspólnie, czułam się świetnie. On też. To było tak zwane przełamanie lodów. Później paliliśmy jednego za drugim, piliśmy, wcieraliśmy sobie kokainę w dziąsła i tańczyliśmy na plaży.
-Kocham Cię! - krzyknęłam rzucając się na szyję chłopakowi, a on objął mnie mocno.
-Tak, wiem o tym. Ale pamiętaj o umowie. -uśmiechnął się smutno.
-Nie możemy pieprzyć tej umowy?
-Nie. - jego głos był stanowczy.
Zrezygnowana pocałowałam go, chociaż byłam niemal pewna że odsunie mnie od siebie. O dziwo nie zrobił tego. Całowaliśmy się długo i namiętnie, aż wreszcie upadliśmy na chłodny piasek i głęboko oddychaliśmy patrząc sobie prosto w oczy ze źrenicami wielkości główki szpilki.
-Co jeszcze szalonego dzisiaj zrobimy?
-Będziemy żyć z całych sił, aż zabraknie nam oddechu tak jak przed chwilą.
-Dobrze.
Wtedy znów zaczął mnie całować, moje ręce automatycznie zaczęły rozpinać jego płaszcz, potem wsunęły się pod koszulę, a nawet za pasek spodni. On także nie pozostał mi dłużny.
-Chcesz tego? Na pewno? Bo nigdy więcej się już nie spotkamy i nie chcę byś miała mi to za złe.
-Dzisiaj zaczynam nowe życie. Zaczęłam je dokładnie w chwili kiedy się pojawiłeś. Właśnie uczę się żyć. Naucz mnie kochać. Wiem, czego chcę i chcę tego na pewno. A jeśli będę żałować, to co z tego. Chcę mieć wspomnienia.
-Dzisiaj jest dzisiaj. Nie myśl o przyszłości ani przeszłości.
-Dobrze. Jednak mimo wszystko... proszę. Żadnych ograniczeń, nie dzisiaj.
W odpowiedzi ściągnął mi koszulkę.
-Jak sobie życzysz - szepnął czule, całując mnie po szyi.
Jak się słusznie domyślacie zrobiliśmy to na plaży, na samym jej środku gdzie z pewnością nas ktoś widział, jednak nikt nie podchodził, za co serdecznie im dziękuję. Tajemniczy nieznajomy okazał się być świetnym kochaniem, a może to tylko narkotyki pozwoliły mi wszystko lepiej odczuć.
Kiedy obudziłam się rano on ciągle przy mnie był. Leżał oparty na łokciu i patrzył jak śpię.
-Nie chciałem odchodzić bez pożegnania.
Uśmiechnęłam się by podziękować mu za to.
-Masz jeszcze trochę kokainy?
Pokazał mi odrobinkę białego proszku która spoczywała na dnie plastikowego woreczka. Wzięliśmy ją, nazywając "koką pożegnalną". Około południa Tajemniczy Kapelusznik, jak zaczęłam go nazywać stwierdził, że to czas, abyśmy się pożegnali. Zaprotestowałam, jednak zgodnie z umową tak właśnie musiało się stać. Przy pomocy kompasu który wyciągnął z kieszeni wyznaczył wschód, na który miałam się skierować, a sam ruszył w przeciwnym kierunku.
-Mogę jeszcze o coś zapytać? - krzyknęłam za nim.
Przystanął na chwilę, a potem odwrócił się i spojrzał w moją stronę.
-Tak?
-Kim jesteś?
-Umowa! - przypomniał mi i bezceremonialnie szybkim krokiem ruszył w swoją stronę.
Stałam tak jeszcze chwilę w miejscu patrząc jak jego płaszcz unoszą podmuchy wiatru.
-Mam na imię Olivia. -spróbowałam ponownie niemal mając już łzy w oczach.
-Aleksander. -odpowiedział nawet się nie zatrzymując po czym zniknął za zakrętem.
Usiadłam na mokrym piasku i zaczęłam płakać, jednak przypomniały mi się jego słowa - "Dzisiaj jest dzisiaj. Nie myśl o przyszłości ani przeszłości." po czym wstałam, otrzepałam upiaszczone spodnie i rzucając ostatnie tęskne spojrzenie na miejsce w którym się kochaliśmy ruszyłam w swoim kierunku. Zgodnie z umową nigdy więcej nie spotkałam Aleksandra, czy Tajemniczego Kapelusznika jak zwykłam go nazywać w swoim wspomnieniu tamtej nocy.

środa, 25 lipca 2012

Klub Marionetek Śmierci.

To były walentynki. Magiczna data czternastego lutego, kiedy to wszystko tonie w przesłodzonych serduszkach, a na ulicach widać jedynie zakochanych. Miałem nieodparte wrażenie, że jestem jedyną samotną osobą tego dnia, jednak mimo wszystko patrzenie na całujące się pary sprawiało mi jakąś przyjemność. Było już ciemno, a miasta jak to miasta nocą były pięknie oświetlone. Zawsze to kochałem. Tamta noc była jednak wyjątkowa. Wyraźnie zmęczony przystanąłem na chwilę i przeciągnąłem się. Wtedy ktoś złapał mnie za rękę. Podobało mi się uczucie które mnie wtedy wypełniło - taki wewnętrzny spokój, przekonanie że teraz już wszystko będzie dobrze. Samochody i przechodnie zniknęli w przeciągu chwili. Byliśmy tylko my - ja i tajemnicza kobieta która ujmowała moją dłoń. Kiedy się jej przyjrzałem zauważyłem, że ma zielone oczy ze źrenicami węża i płonęła w nich pasja, namiętność. Miała piękne malinowe usta, które jak się potem okazało także malinami smakowały, a jej kręcone, ciemne włosy opadały na piersi. Chciałem zapytać o jej imię, o to co się dzieje, jednak kiedy tylko otworzyłem usta ona przyłożyła do nich palec na znak bym nic nie mówił. Rozbrzmiała muzyka, a moje ciało nagle jej się poddało. Zaczęliśmy tańczyć wirując na środku opustoszałych ulic. To było tango, a dziewczyna tańczyła wspaniale. Czułem, że do siebie pasujemy, że nasze ciała tak idealnie się uzupełniają i uwielbiałem patrzeć w jej oczy w których widziałem więcej namiętności, podniecenia i erotyki niż w niejednym filmie pornograficznym. Muzyka, która zdawała się rozbrzmiewać w moim sercu ciągle grała, kiedy dziewczyna przytuliła mnie mocno do siebie i zaczęła całować. Żadna z moich byłych nie całowała tak wspaniale jak ona. Raz po raz wsuwała mi język w usta, wodziła nim po moim podniebieniu, zębach. Początkowo całowała mnie delikatnie, potem z coraz większą pasją. Miałem wrażenie, że niedługo popchnie mnie na środek ulicy i zerwie ubrania, jednak tak się nie stało. Kiedy muzyka ucichła mieliśmy dokładnie sześć minut na rozmowę.
-Kim jesteś? - zapytałem w końcu, a ona jedynie patrzyła na mnie uśmiechając się zadziornie.
-Jestem Śmiercią. - wysyczała w końcu.
Miała lekko zachrypnięty i seksowny głos.
-Co Ty mówisz? - moją pierwszą myślą było to, że z pewnością uciekła z zakładu psychiatrycznego.
Jednak w przeciągu sekundy jej piękne, młode i zgrabne ciało uległo rozkładowi. Nagle kobieta miała na sobie podartą suknię, a jej ciało odchodziło od kości. Jedyne co się nie zmieniło, to jej wężowe oczy. Wtedy uznałem, że to ja oszalałem, jednak i to nie było prawdą.
-Nadal masz ochotę ze mną tańczyć, całować mnie? - zapytała.
Odpowiedź powinna być oczywista, jedynak mi to pytanie dało dużo do myślenia. Mimo, że była przerażająca w sercu czułem coś co mogę nazwać przyciąganiem. Nie chciałem, żeby ta wspólna chwila się skończyła, patrząc na nią ciągle widziałem tę piękną i seksowną szatynkę. Odgarnąłem jej włosy z czoła i skinąłem głową. Nie wydawała się być zaskoczona.
-Nie jesteś pierwszym, który nie chce mnie opuszczać. -powiedziała jakby po to, żeby się pochwalić.
-Dlaczego chcę przy Tobie zostać?
-Jeśli raz posmakujesz śmierci, chcesz być na zawsze martwy. I to nie jest magia. To kwestia Twoich pragnień.
-Więc pozwolisz mi ze sobą pójść?
-Nie. Chciałam jedynie, żebyś mnie zasmakował i pożądał przez resztę życia. Ale spokojnie, jeszcze się spotkamy. Za wiele lat, kiedy będziesz umierał w swoim ciepłym łóżku przyjdę po Ciebie. Pocałuję Cię i pójdziesz ze mną, zgoda?
-Nie. Chcę iść teraz. Cała wieczność to zbyt wiele.
Skinęła głową i ponownie mnie pocałowała, a ja czułem jakby wypijała całą moją duszę. Jakbym stawał się marionetką. Kiedy spojrzałem na swoje dłonie okazało się że są one pozbawione ciała.
-Co się stało?
-Witaj w moich szeregach, kochany. Witaj w Klubie Marionetek Śmierci.
Patrzyłem na nią z osłupieniem.
-Myliłeś się, jeśli myślałeś, że będę Cię kochać. Ludzie kochają śmierć, to ich ludzka słabość, ale śmierć nie ma słabości. Śmierć nie kocha. - szepnęła mi do ucha.
Potem wszystko zaczęło płonąć żywym ogniem, ja sam również. Moje życie spłonęło na moich oczach, a następnie zatopiło się w nieprzeniknionych ciemnościach. Nigdy więcej nie ujrzałem światła, ale też nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Zmarłem w dzień zakochanych, będąc zakochanym do szaleństwa i nadal, po wielu latach wpatruję się w moją pustkę i tęsknię za tamtym dniem. Mimo, że nie żyję moje serce uporczywie bije. Bije dla Śmierci.

piątek, 20 lipca 2012

I like pills..

Niebieska kapsułka daje szczęście, czerwona namiętność, zielona spokój, żółta złudzenia.Wszystkie z nich są magią. Codziennie rozkładam przed sobą paletę barw - każda z nich ma inne działanie. Moja krew jest tęczowa, dzisiaj wypełniają ją wszystkie kolory, serce bije mi szybciej. To piękny dzień, świat mógłby się nie kończyć. Oczywiście do czasu kiedy nie skończą się wszystkie kolory. One są w życiu ważne, nadają mu charakteru. Moje życie jest nieziemsko kolorowe. Kocham je takim jakim jest, a później trzeźwieję. Oczywiście nie na długo. Kolory mają do siebie to, że można je przyjąć na nowo kiedy działanie słabnie. Próbowałam też swego czasu koloru białego, on nie jest kapsułką. Jest śniegiem sypiącym się między moimi palcami, spadającym z nieba i wsiąkającym głęboko w moje żyły. Czasem tak mało jest we mnie życia. Po prostu trwam, jestem tu, czasem gdzieś indziej. Czasem kocham, czasem nienawidzę - to wszystko zależy od koloru. Kiedy świat blaknie zasypiam - tak właśnie wygląda moje tęczowe życie. Nikt przecież nie obiecywał, że po drugiej stronie tęczy wszystko będzie okej. Przerażający statek płynie po morzu, które widzę tylko ja. To morze jest różowe, jak moje magiczne tabletki, które dają mi siłę. Na statku są złe istoty, które chcą mnie zabić. Nie, nie pozwolę, nie umrę. Nie z ich rąk. Sama podejmę tę krwawą decyzję. Sama chcę zdecydować z jakim kolorem przed oczami zasnę, dopilnować by to nie była standardowa czerń. Moje życie jest niczym bajka, choć wcale nie jest piękne. Jest po prostu nierealne do tego stopnia, że sama w nie nie wierzę. Oh, Boże gdybyś istniał zadbał byś o mnie. Ale dzisiaj...to jest właśnie ten dzień, na który czekałam tak długo. Dłużej już czekać nie mogę. Dziewczyny kochają rozchylać wargi do pocałunku, ja także. Po moich ustach, języku, zębach przesuwają się magiczne kolory niczym język ukochanego. Są takie delikatne, tak pięknie pachną śmiercią. Wszystkie jedna po drugiej cicho lądują w moim żołądku, szepcą mi, że kochają i obiecują że będą kochać do końca mojego istnienia. Tak, wierzę im. One jedyne nigdy nie kłamią, są zbyt idealne. Dzisiaj jestem szczęśliwa, odczuwam potrzebę bliskości drugiego człowieka silniej niż zwykle, może dlatego, że to już koniec, ale w gruncie rzeczy jestem spokojna. Widzę rzeczy których nie widzą inni i to jest magia. Nic nie czuję, nie czuję samej siebie. Nawet biorąc w palce pędzel moje życie jest puste, ja jestem pusta, moje płótno i moja "sztuka". Przeciągam różnymi kolorami po materiale, zostawiam na nim trwały ślad. Kolory nigdy mnie nie opuszczą, tak bardzo je kocham. W chwilę później mam przed oczami łąkę. Wydaje mi się, że sama ją namalowałam swoimi farbami. To dobrze, obraz skończony, drzwi otwarte. Można odejść. Czuję jak upadam, a potem wznoszę się wysoko do nieba. Ląduję w morzu różnokolorowych kapsułek. Wsuwam do ust każdą po kolei aż w końcu wypełniają mnie całą. To piękne, niebo jednak istnieje i właśnie jestem w raju. W moim własnym kolorowym raju. Już nawet moje włosy nie są koloru blond, a pięknej zieleni. Odpłynęłam na zawsze czy na chwilę? Teraz już wiem, że na zawsze. Bo spotkała mnie największa tragedia jaką mogłam sobie wyobrazić. Zamknęłam oczy i widziałam tę standardową ciemność, czerń. Ale to nie ważne. Teraz będę w niebie kolorów, teraz nic się nie będzie liczyć. Odchodzę pozostawiając za sobą moją łąkę. Anioły prowadzą mnie tęczą, a ja ostrożnie stawiam każdy krok. Mogła bym się z niej zsunąć - życie jest przecież tak kruche. Wybucham szaleńczym śmiechem, przecież jestem już martwa. Staję na rękach, a w konsekwencji spadam z mojej pięknej tęczy. Płynę w bezdenną otchłań. Oh, nie. Dla mnie już na zawsze zapanowała czerń. It's not my fault that I like pills. -nucę zapadając się w ciemność.

Hey, can I kill you?

Przez wiele lat moje życie pozbawione było ludzi, uczuć i wszystkiego co się z tym wiąże. Dzisiaj jednak jest inaczej. A wszystko zaczęło się pewnego październikowego wieczoru, kiedy to sączyłem piwo w barze. Usiadła wtedy przy mnie piękna dziewczyna, której nigdy nie zapomnę. Miała na imię Allie i kiedy ją tylko ujrzałem wiedziałem, że jest kobietą na którą czekałem. Nie, nie chodzi mi tu o jakąś piękną miłość, czy inną historię która skończy się happy endem. Pamiętam, że zaproponowałem jej spacer, a ona - młoda, piękna i naiwna szybko się zgodziła. Tak więc spacerowaliśmy sennymi uliczkami Londynu w strugach deszczu. Przystanąłem na chwilę wpatrując się w nią jak to robią zakochani chłopcy.
-Mogę zrobić Ci zdjęcie? - zapytałem siląc się na najbardziej czarujący uśmiech jaki mogłem z siebie wykrzesać.
Zgodziła się skinięciem głowy, więc uwieczniłem ją na swoim telefonie.
-Wiesz, zawsze marzyłam o pocałunku w deszczu. - szepnęła nieśmiało chowając dłonie w kieszeniach jeansów.
-Jak każda dziewczyna. - zaśmiałem się cicho, jednak pocałowałem ją.
To był piękny, długi i namiętny pocałunek. Jej język błądził po moim podniebieniu, delikatnie muskał moje zęby. To było wspaniałe do tego stopnia, że aż przeszły mnie zimne dreszcze. Wyciągnąłem papierosa - moje ulubione black devile.
-Chcesz? -zapytałem kierując ku niej paczkę.
Wzięła go ode mnie, jednak na tyle niezgrabnie bym wiedział, że robi to po raz pierwszy w życiu. Chwilę później nauczyłem ją jak się zaciągać, a potem jeszcze długo się całowaliśmy. Jej dłonie raz po raz wsuwały się pod moją koszulkę lub za pasek spodni, co bardzo mi się podobało. Przez chwilę nawet myślałem, żeby odejść od swoich zamiarów, jednak ta namiętność która żyła we mnie była zbyt silna. Przed oczami miałem obraz dzieciństwa, kiedy znęcałem się nad owadami odrywając im nóżki i skrzydełka, a potem patrzyłem na ich agonię w cierpieniu. Kiedy miałem dziesięć lat zabiłem pierwszego szczura. Zrobiłem mu sekcję zwłok, mimo, że jeszcze się ruszał. Tak jakby rozkroiłem go żywcem i cieszyłem się widokiem wypływającej z jego wnętrzności ciepłej krwi. Kiedy sąsiadom zaczęły znikać domowe zwierzątka podejrzenia padły na mnie, więc i ja zniknąłem.  Wtedy jednak nie liczyło się nic poza kobietą którą trzymałem w objęciach. Właściwie, nie wiem czy zasłużyła nawet na miano kobiety, miała co najwyżej jakieś siedemnaście lat i dlatego jej krew dała mi najwięcej życia.
-Słuchaj... Ty spełniłaś swoje marzenie o pocałunku w deszczu więc i ja chciałbym spełnić swoje... chciałbym coś z Tobą zrobić.. - szepnąłem jej do ucha.
Uśmiechnęła się ukazując swoje idealnie białe zęby.
-Rób co zechcesz - zamruczała jak rasowy kot przesuwając językiem po swoich pełnych ustach.
-Chciałbym Cię zabić -złapałem ją mocno za ramię i na mojej twarzy zagościł najprawdziwszy uśmiech w moim życiu.
-Więc lubisz na ostro? - zaśmiała się, a ja odgasiłem jej papierosa na otwartej dłoni.
-Chcę Cię zabić - powtórzyłem z naciskiem.
Zapadła martwa cisza w której nie słyszałem nic poza biciem naszych serc. Jakby biły dla siebie i z pewnością tak było. Wyciągnąłem z kieszeni mój ulubiony składany nóż i ostrożnie obróciłem go w palcach patrząc na przerażenie w jej oczach.
-Nie zrobisz tego... - wydała z siebie zduszony jęk, a na moich rękach pojawiła się jej ciepła krew.
-Czyżby? - zaśmiałem się oblizując swoje zakrwawione palce.
Blask w jej oczach gasł bardzo powoli, nawet zdążyła cicho zapłakać. Z każdą sekundą jej dusza odchodziła coraz dalej i w pewnym sensie trafiała do mnie. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że nie jestem tak bezduszny jak myślałem. Usiadłem przy niej i przez chwilę głaskałem ją po kasztanowych włosach.
-Widzisz, ja żywię się duszami różnych istot. To naprawdę nie Twoja wina, że Twoja krew pachniała tak pięknie. Ale mogę oddać Ci przysługę - mówiłem do umierającej Allie - powiedz że mnie kochasz, nikt nie powinien umierać nie kochając i nie będąc kochanym.
-Kocham Cię - szepnęła z wysiłkiem, a ja odpowiedziałem jej tym samym.
To były jej ostatnie słowa, po których jej dusza w całości wypełniła moje puste dotychczas serce. Zajęła w nim wyjątkowe miejsce - w końcu była tą pierwszą. 
Zostawiłem jej nawet na pamiątkę mój ulubiony nóż wbity w jej brzuch. Ułożyłem ciało tak, by to wyglądało na samobójstwo i odszedłem zostawiając ją martwą na deszczu, nie oglądając się za siebie ani razu.
Kilka dni później wydrukowali artykuł o samobójstwie siedemnastolatki pod którym dali jej zdjęcie. Wyciąłem je starannie i powiesiłem na tablicy korkowej nad łóżkiem. Popełniłem w życiu wiele morderstw. Tak wiele, że nawet sam pomyliłem się w rachubie, nie wszystkich imion nawet znałem, ale Allie szczególnie zapadła mi w pamięć. Za każdym razem przed snem mam jej obraz przed oczami, czuję jej ciepły oddech na sobie, a na wargach ciągle mam smak czekolady. Zabijanie stało się dla mnie monotonią, więc każde zabójstwo było coraz bardziej okrutne. Potrzebowałem krwi, potrzebowałem nowych dusz, ponieważ byłem zbyt samotny. Dziś dusza każdej z nich znajduje się w moim sercu, czuję ją każdą z osobna, pamiętam gasnący blask w oczach każdej z nich. Jestem szczęśliwy, że to robię. Zabijanie daje mi życie. Jestem z tego cholernie dumny, bo wiem, że ktoś czeka na mnie w niebie, o ile ono istnieje. W każdym razie one wszystkie tam są, dla nich wszystkim jestem Bogiem. Bo kim mógłbym być dla osób którym dałem to co najpiękniejsze-śmierć?

środa, 18 lipca 2012

Tonight we all die young...

Nazywam się Harry i jestem człowiekiem, który całe życie spędził w wielkiej samotni. Pewnej grudniowej nocy obudziłem się o trzeciej nad ranem i już nie mogłem zasnąć. Usiadłem wtedy na łóżku ze szklanką wody i do mojej głowy wdarła się pewna myśl. "Widzisz Harry, masz te swoje pieprzone osiemdziesiąt cztery lata i nigdy nie kochałeś nikogo ani niczego poza swoimi pieniędzmi i pracą" i ta myśl była nadzwyczaj prawdziwa. Prowadziłem wielką firmę, byłem bogaty, miałem piękny dom w którym stało pianino. Czego chcieć więcej? No cóż...poza tym nie miałem niczego. Nie ożeniłem się, a i zakochany byłem tylko jeden, jedyny raz w życiu - na studiach. Te myśli zaczęły mnie przytłaczać. Chwiejnym krokiem podreptałem do korytarza gdzie naciągnąłem ciepłe buty na bose stopy, zimową kurtkę i czapkę na łysiejącą już, siwą głowę. Postanowiłem iść na spacer. Nogi zaniosły mnie w pewne bardzo dziwne miejsce. Cmentarz. Cichy, smutny, pokryty grubą warstwą grudniowego śniegu, z lekka przerażający. Posmutniałem jeszcze bardziej kiedy zrozumiałem, że nie mam kogo na nim odwiedzić. Mimo wszystko wszedłem na jego teren i splatając ręce na plecach spacerowym krokiem zacząłem się przechadzać alejkami. Na każdym nagrobku widniało nazwisko człowieka, który kogoś kochał, złamał komuś serce, który odszedł, który miał swoją, odrębną historię. Jeśli któryś z owych grobów w jakiś szczególny sposób przykuł moją uwagę, zatrzymywałem się przy nim i wymyślałem historię która nie miała nic wspólnego z prawdą, a która jednak mogłaby się wydarzyć. Przykładowo dla Allie Sanders zmarłej w 1832 roku ułożyłem historię miłosną, w której ona jako piękna kobieta z burzą loków uciekła ze swoim ukochanym do obcego kraju, ponieważ ich rodzice nie akceptowali tego związku, a Rona Everetta uczyniłem miejscowym śpiewakiem noszącym wytworny beret i idealnie wypastowane buty. Przez chwilę czułem jakbym znał tych ludzi, jakby byli dla mnie ważni i jakbym ja był ważny dla nich i to przytłoczyło mnie jeszcze bardziej. Już kierowałem się ku bramie cmentarza z zamiarem powrotu do domu, do ciepłego łóżka gdy dostrzegłem skromny nagrobek z nazwiskiem Lindy McCain. Poczułem, że serce nieprzyjemnie tłucze mi się w piersi, Linda była moją pierwszą i ostatnią dziewczyną. Na tablicy było nawet jej czarno-białe zdjęcie z czasów kiedy miała jakieś trzydzieści lat. Nosiła długie, proste włosy, miała piękne kobiece kształty i... nie jestem pewien czy dobrze widziałem, ponieważ światło księżyca nie było zbyt mocne, ale kiedy owe zdjęcie zostało zrobione Linda chyba była w ciąży. Podkreślone było także, że odeszła jako młoda kobieta, mając ledwo trzydzieści siedem lat ginąc w wypadku lotniczym. Ja osobiście bałem się latać, jednak pamiętam jak dwudziestokilkuletnia Linnie (tak ją pieszczotliwie nazywałem) zawsze namawiała mnie na dalekie podróże samolotem czy chociażby skok na bungee. Tak bardzo kochała wysokość i intensywne życie, jakby była nieśmiertelna. Niestety jednak nie była, nikt nie był. Postanowiłem więc na chwilę przysiąść na ławeczce i spędzić te kilka minut w towarzystwie mojej jedynej dziewczyny.
-Linnie...tyle lat Cię nie widziałem... oh, gdybym tylko wiedział, że nie żyjesz z pewnością przyszedł bym na pogrzeb. Ale nie wiedziałem. Chyba byłaś za dobra, bo ja, jak sama kiedyś stwierdziłaś jestem zły do szpiku kości i co? Ciągle tu jestem - uśmiechnąłem się -Ciekaw jestem czy mnie jeszcze pamiętasz...
-Pamiętam - ten zachrypnięty gardłowy głos poznał bym wszędzie.
Odwróciłem się, jednak w pobliżu nie było nikogo. Jedynie wiatr uginał raz po raz łyse, pokryte cienką warstwą białego puchu drzewa.
-Linnie? - szepnąłem w ciemność jednak tym razem nikt mi nie odpowiedział -Linnie, jeśli tu jesteś...
-Jeśli tu jestem to co? - zobaczyłem zarys postaci który zniknął w ciągu sekundy.
-Proszę nie krzywdź mnie - serce tłukło się w mojej piersi jak oszalałe.
Poczułem na twarzy czyiś zimny oddech. To jej. Zawsze była taka nadzwyczajnie zimna. Linda była jedyną kobietą jaką w życiu całowałem. I teraz, po niemal pięćdziesięciu latach od jej śmierci znów mogłem wsunąć język w jej lodowate, piękne usta, znów czułem smak cytryny. Linnie zawsze pachniała i smakowała jak cytryna. Chciałem położyć dłonie na jej twarzy, znów badać jej kształty jak przed laty, jednak kobieta rozpłynęła się w powietrzu, na które natrafiły moje ręce.
-Do cholery, czy ja mam halucynacje? Przecież to nie może się dziać naprawdę - mruknąłem ponuro, lekko zawiedziony, że nie mogę znów jej dotknąć.
Poczułem jak zimne ręce zaciskają się na moim gardle i jak ktoś przybliża swoją twarz do mojej.
-Powiedz, że mnie kochasz - szepnęła
-Czemu?
-Powiedz!
-K..k...kocham Cię...
-Bardzo ładnie. Widzisz, chciałam, żebyś ten ostatni raz w życiu wyznał mi miłość. Żebyś poczuł że przy mnie szybciej bije Ci serce.
Biło.
Nie zdążyłem już odpowiedzieć, ponieważ jej dłonie oplatały mi szyję jak stalowe łańcuchy zaciskając się na niej z nadludzką siłą.
Poczułem że tonę we własnej krwi wdzierającej mi się do mózgu. Pachniała cytrynami. A kiedy pękła mi żyła w ręce zaczął się sączyć z niej bezbarwny płyn, który okazał się sokiem z cytryny.
W tej chwili poczułem, że czas się cofa. Znów miałem dwadzieścia trzy lata i trzymałem Lindę w objęciach na szkolnym balu. Całowałem ją, była taka piękna, że chciałbym żeby owa chwila trwała wiecznie. Jednak to nierealne, nic nie trwa wiecznie. Każda chwila, każda miłość, każde wspomnienie, każda przyjaźń, każde uczucie, każda historia, każdy człowiek umiera. I nic nie da się na to poradzić. Ostatnimi słowami jakie usłyszałem z ust Lindy były słowa naszej ulubionej piosenki.
Tonight we all die young.

poniedziałek, 16 lipca 2012

I have no feelings...

-Jesteś pieprzonym chujem! Z niczym nie radzisz sobie jak trzeba! Nawet głupiego "kocham" nie mówiłeś mi od miesięcy! - krzyczałam do niego przez łzy.
-A Ty?! Ty jesteś zimną suką. No powiedz sama. Jesteś ze mną tylko żeby nie być sama, bo nie umiesz kochać!
-Nienawidz...-nie pozwolił mi dokończyć zamykając moje usta pocałunkiem.
Po raz pierwszy w życiu w moim sercu coś drgnęło.
Odsunęłam się od niego ostrożnie, potem jeszcze dalej. Po policzkach spływały mi strumienie łez.
-Nienawidzę Cię tak bardzo - szepnęłam i wyszłam z domu mocno trzaskając drzwiami.
Cały mój świat wirował. Otuliłam się własnymi ramionami, noc była zimna i ciemna. Sama nie wiem czy dygotałam bardziej z zimna czy strachu. Jednak najradośniejszą wtedy myślą było to, że mieszkam nad samym oceanem. Kilometr spacerkiem i znajdę się nad wielką wodą. Wyciągnęłam z kieszeni jeansów lekko pomiętą paczkę papierosów. Przeklęłam się w myślach, ponieważ oficjalnie rzucałam palenie.
-Jebać to - szepnęłam do siebie wsuwając tytoniowy rulonik w usta, a następnie go podpalając.
Pierwszy buch wzięłam bardzo duży i lekko zakasłałam. Widać moje płuca już odzwyczaiły się od tytoniowego dymu. Zdążyłam jeszcze kilka razy się porządnie zaciągnąć i dostrzegłam całodobowy sklep monopolowy. Siedział pod nim starszy mężczyzna, z daleka widać było, że jest pijany.
-Daj panienko dolara. Chociaż tyle no. Pić mi się chce.
-Masz i pieprz się stary pijaku - rzuciłam w jego stronę jednodolarowy banknot i weszłam do sklepu.
Półki aż uginały się pod ciężarem różnych alkoholi. Po chwili z zaplecza wyłoniła się młoda kobieta.
-W czym mogę pomóc? - zapytała uprzejmie.
-Daj mi coś mocnego. - mruknęłam rzucając dwadzieścia dolarów na ladę.
Chwilę to trwało jednak wyszukała jakąś dobrą wódkę. Wyszłam z budynku nawet nie oczekując na resztę, chciałam jak najszybciej zapomnieć. Zapomnieć o tym kim jestem i co czuję. A właściwie czego nie czuję, ponieważ nie miałam uczuć.
Droga nad ocean upłynęła mi szybciej kiedy miałam butelkę w jednej ręce i zapalonego papierosa w drugiej. Kiedy znalazłam się już na plaży byłam lekko wcięta. Usiadłam na wystającym z ziemi konarze, na którym zawsze siadałam z Alanem. Zaniosłam się głośnym szlochem. Księżyc w pełni zdawał się mi współczuć, rozumieć co czuję.
-Moje życie jest takie puste. - szepnęłam do siebie. -Alan ma zupełną rację, że nie mam uczuć. To naprawdę moja wina, że nikt nigdy nie nauczył mnie kochać? Dla mnie naprawdę jest już za późno?
-Nigdy nie jest za późno, młoda damo. - usłyszałam gruby, męski głos.
Odwróciłam się i moim oczom ukazał się starszy pan opierający się o swoją laskę. Jego siwe włosy lśniły w blasku księżyca. Przysiadł obok mnie i popatrzył głęboko w moje oczy jakby chciał odczytać z nich duszę.
-Opowiedz mi o tym, skarbie. - poprosił.
Wzięłam większego łyka wódki i wyciągnęłam butelkę w jego stronę. Starszy pan okazał się być abstynentem.
-Nie ma o czym opowiadać. Widzi pan, bo ja nie mam uczuć. To takie okropne, bo ja je kiedyś miałam. Oh, miałam jakieś piętnaście lat, nie więcej i kochałam pewnego chłopca. Wie pan, nie byłam w nim zakochana, tylko go kochałam i tego jestem pewna, bo jeszcze nic w moim życiu nie było takie prawdziwe. Ale on odszedł. I nigdy więcej go już nie zobaczyłam. Wtedy zrozumiałam, że nie ma sensu kochać. I nigdy więcej już nie kochałam, chociaż jestem w związku. Wie pan, on to czuje. On wie, że ja dzielę z nim łóżko, ale moje serce nie bije szybciej kiedy go widzę. Że ono nie bije dla niego.
-Czy nie sądzisz, że powinnaś odnaleźć chłopca którego kochałaś będąc młodą dziewczynką? Podobno najprawdziwsza jest ta pierwsza miłość.
-To by było dobre dla mnie. Bardzo dobre, bo być może znów bym zobaczyła ten czarujący uśmiech, poczuła jego oddech na sobie, ale widzi pan...nie pójdę do niego, nie zapukam w jego drzwi i nie spieprzę mu tym życia. Jestem egoistką ale nie do tego stopnia, żeby zniszczyć wszystko co kocha.
-To piękne co mówisz i w żadnym razie nie świadczy o Twoim egoizmie. Świadczy jedynie o tym jak bardzo go kochasz. Ale co w tej sytuacji zrobisz?
Butelka była prawie pusta, a mnie język się wyraźnie plątał.
-Nie mam pojęcia co zrobię, psze pana.
-Mów mi "dziadku". Nigdy nie miałem wnuczki choć tak bardzo pragnąłem.
Przytuliłam się do mojego dziadka i cicho załkałam, a on pogładził mnie po głowie czego nikt inny nigdy nie zrobił.
-Wiesz czemu tu przychodzę? W tym miejscu utopiła się moja żona czterdzieści lat temu. Bardzo się kochaliśmy, ale któregoś dnia ona po prostu odeszła. I nigdy nie wróciła. Zostawiła mi po sobie córkę. Teraz Elizabeth jest już dorosła, jest kardiochirurgiem. Ale jest też człowiekiem i niestety nie może mi podarować wnuczka z pewnych względów.
-Jakich? - zapytałam ocierając łzy wierzchem dłoni.
-Jej dziewczyna ma na imię Naomi i jest naprawdę piękna.
Głęboko westchnęłam.
-Wiesz dziadziu, ja już zdecydowałam co zrobię.
-Co takiego?
-Chcę stąd odejść. Nawet tego nie poczuję. Tylko proszę, nie broń mi. Ja tam będę szczęśliwa.
Liczyłam na protesty, zakazy, jednak usłyszałam tylko:
-Dobrze, jeśli da Ci to szczęście to iść w ten świat. - w oczach błyszczały mu łzy.
Ucałowałam go w policzek i przytuliłam ostatni raz.
-Zrobisz dla mnie coś jeszcze? -zapytałam cicho łkając
-Tak?
-Znajdź Michaela i powiedz mu  proszę... powiedz mu, że niejaka Emily McClaire go kochała, a teraz czeka na niego w niebie. Powiedz mu to proszę. A jeśli poznasz kiedyś mojego Alana powiedz mu, że chciałam go kochać.
Wyciągnął ku mnie swój telefon.
-Sama powiedz Alanowi, to co chcesz powiedzieć. Michaelem się zajmę, bez obaw.
Wzięłam komórkę i wystukałam na niej dobrze znany mi numer.
Odebrał po pierwszym sygnale.
-Próbowałam Cię kochać, dobrze o tym wiesz. Po prostu nie umiałam, mam zbyt zimne serce. A teraz już odchodzę.
-Co Ty mówisz?! Gdzie jesteś?
-Na plaży. Mój dziadek właśnie prowadzi mnie do ołtarza.
-Nic nie rób! Zaczekaj tam! I nie rozłączaj się! -krzyknął spanikowany jednak ja już przyciskałam czerwony przycisk.
-Dziękuję dziadziu - szepnęłam oddając mu telefon i skierowałam się w stronę oceanu.
Ostrożnie stawiałam każdy krok, bo każdy z nich był ostatni. Woda okazała się lodowata, jednak to mi nie przeszkadzało. Strach oplótł mi ręce wokół szyi, a kiedy usłyszałam z daleka głos Alana zacisnął je na dobre.
-Wyjdź stamtąd kochanie! Błagam Cię, wyjdź!
Zatęskniłam za nim, jednak woda wołała do mnie głosem Michaela. Zawróciłam i biegiem rzuciłam się ku chłopakowi. Padłam w jego ramiona i długo całowałam dygocząc z zimna.
-Tak bardzo Cię kocham - wypowiedziałam te słowa po raz pierwszy w życiu. I były one zupełnie szczere.
Dopiero kiedy w lodowatej wodzie czekałam na śmierć moje serce zapłonęło żywym ogniem. A dziadek chyba widział, że tak to się skończy. W każdym razie kiedy ponownie spojrzałam na konar wystający z ziemi jego już tam nie było. W oddali majaczyła ciemna postać przysadzistego mężczyzny. Widziałam na pewno, że odwrócił się na chwilę i mi pomachał. Odmachałam mu. Wtedy Alan popatrzył na mnie z troską.
-Co robisz? - spytał.
-Dziadzio - szepnęłam i uśmiechnęłam się promiennie, jednak kiedy ponownie spojrzałam w tamto miejsce po człowieku nie było już nawet najmniejszego śladu. Jedynie cichy wiatr jeszcze pachniał jego perfumami i miłością.
-Noc jest jeszcze młoda, a życie dopiero się zaczyna - szepnęłam Alanowi do ucha i delikatnie musnęłam jego wargi.
Wróciliśmy do domu trzymając się za ręce, jak jeszcze nigdy dotąd.

środa, 13 czerwca 2012

Ludzie to szkarady o żelaznym sercu

Navy wylądowała w świecie pełnym dziwnych istot nie będących ludźmi. Mijając ich na ulicy dokładnie widziała ich niedoskonałe ciała zaczynając od ostrych szponów, poprzez zniekształcone kończyny, kończąc na smoczych łbach zamiast głów i ślinie skapującej z głośnym pluskiem na chodniki. Część tych potworów majaczących w oddali miała także skrzydła, jednak żaden z nich nie był aniołem.
Dziewczyna przechodziła tuż obok nich nie kryjąc zniesmaczenia wzbudzanego ich odrażającym wyglądem i ciągnącego się za nim zapachem zgniłego mięsa.
Pewnego zimowego wieczoru, kiedy Navy siedziała w barze "Eden" i sączyła przez słomkę piwo z sokiem żurawinowym przysiadła się do niej jedna ze szkarad imieniem Louis.
Dziewczyna łypała na niego pogardliwie, jednak on zdawał się tego nie zauważać. Z niemałą ekscytacją opowiadał jej o swoich dalekich podróżach raz po raz obryzgując ją śliną.
-Wybacz Louis, ale nie chcę z Tobą rozmawiać. -powiedziała przepraszającym tonem podnosząc się z krzesła.
Mężczyzna o smoczym łbie przez chwilę przypatrywał się jej z uwagą. W jego oczach dostrzec można było coś na kształt wściekłości, smutku i cienia zrozumienia za razem.
-Ponieważ jestem potworem, prawda? - zapytał przeszywając ją zimnym wzrokiem na wskroś.
Delikatnie pokiwała głową.
Wtedy poczuła gadzią łapę na swojej ręce, która uparcie ciągnęła ją z powrotem ku krzesłu z którego przed chwilą się podniosła. Dziewczyna przysiadła jeszcze na chwilę wpatrując się w smutne smocze oczy.
-Widzisz Navy...wszyscy ludzie są potworami. Tylko w lustrze widzą kogoś pięknego, ale to złudzenie.
-Nie! Gdzieś tam - machnęła ręką nakreślając w powietrzu krąg - musi być ktoś piękny dla mnie!
Louis pokiwał głową w geście zrozumienia.
-Masz rację. Jednak dopóki nie odkryjesz piękna tego kogoś on na zawsze będzie dla Ciebie szkaradą.
Te słowa wprawiły Navy w zadumę. Teraz siedząc w towarzystwie Louisa zupełnie nie miała ochoty odejść od niego byle dalej.Oparła głowę na dłoniach i przez chwilę przyglądała się swojemu towarzyszowi. Jego oczy wydawały się jej teraz bardziej błękitne i głębokie i poprzednio, a część ciemnej, smoczej skóry delikatnie pobladła. Tak zaczęła się ich znajomość.
Widywali się coraz częściej, aż w końcu Louis zupełnie przestał przypominać potwora którym był ledwo przed miesiącem.
Po pół roku nieustających spotkań stali się przyjaciółmi, a niedługo później to uczucie przerodziło się w płomienną miłość.
Chłopak miał teraz oczy koloru oceanu i kasztanowe włosy sięgające mu do szyi.
-Cieszę się, że pokazałeś mi, że aby odkryć piękno człowieka należy go poznać. -mówiła mu zawsze nim zasnęła, a on w odpowiedzi jedynie się uśmiechał i przytulał ją mocniej do siebie.
Jednak pewnego dnia stało się coś, czego Navy nigdy się nie spodziewała.
Louis odszedł, jak każdy kto choć przez chwilę zajmował miejsce w jej życiu.
Odszedł z inną kobietą, mimo, że zastrzegał, że nigdy nie pokocha nikogo poza Navy.
Wtedy właśnie dziewczyna zrozumiała, że ludzie są potworami. Szkaradami o żelaznym sercu i tak już zawsze ich postrzegała.
A w długie, zimowe wieczory tęskniąc z Louisem spryskiwała jego perfumami swoje łóżko i wspominała chwile, kiedy obiecywał jej wieczność.

sobota, 14 kwietnia 2012

Chłopiec z motylami.

Delikatny, miękki niczym kocie futerko sen. Kiedy tylko zamykam oczy wszystkie uczucia stają się o niebo silniejsze. Chłodny wiatr wpadający przez otwarte okno otula moje ciało, a gwiazdy wydają się świecić pod moimi powiekami. Czuję jak idę do nieba.
Widzę już nawet kręte schody w kolorze idealnie czystego śniegu. Trzymam się mocno złotej poręczy by nie spaść, przecież chcę być już na końcu tej drogi.
Kiedy przekraczam solidne, białe, zdobione pięknymi płaskorzeźbami drzwi jestem już w niebie. To co widzę rozczarowuje mnie.
Pusta polana przykryta śniegiem.
-Nie tak wyobrażałam sobie niebo - szepcę do siebie.
I wtedy pojawia się On. Cudowny mężczyzna ze szmaragdowymi oczami wpatrujący się bacznie w moje pomarszczone, nie oszczędzone przez czas ciało.
-To jeszcze nie jest niebo. - przemawia do mnie silnym, męskim głosem i łapie moją dłoń.
Dociera wtedy do mnie, że to najprawdziwszy anioł.
-Pomyśl o tym co najbardziej w życiu kochałaś - prosi, a ja przed oczami mam już obraz swojej młodości. Otwieram usta, by coś powiedzieć, a wtedy on kładzie na nich palec. Rozumiem, że teraz wszystkie słowa są zbędne.
Kiedy nadjeżdża biały pociąg wsiadam do niego i odjeżdżam nie oglądając się za siebie.
Kolejnym przystankiem jest moje niebo.
Chwila w której opuszczam pociąg jest najwspanialszą w moim życiu. Na nowo jestem młoda, wiatr delikatnie unosi moje naturalnie rude włosy i sprawia, że nie potrafię przestać się uśmiechać. Przestrzeń dookoła mnie jest wrzosowiskiem nad którym unoszą się kolorowe motyle, czyli tym co w życiu kochałam najbardziej. Pośród wrzosów dostrzegam młodego chłopaka, a kiedy go rozpoznaję zaczynam płakać. Biegnę do niego ile sił i modlę się byle tylko nie okazał się moim urojeniem.
Kiedy i on mnie poznaje - uśmiecha się i wyciąga ręce, a ja rzucam mu się na szyję przytulając tak mocno jak tylko potrafię.
Wygląda dokładnie tak jak w dniu w którym widziałam go po raz ostatni. Miałam wtedy piętnaście lat, on prawie szesnaście. Miał na sobie czarną koszulkę w której wyglądał wspaniale. Przeczesałam palcami jego loki nie mogąc uwierzyć, że to faktycznie on.
Chciałam coś powiedzieć, cokolwiek ale słowa grzęzły mi w gardle.
-Czekałem na Ciebie - powiedział zakładając mi włosy za ucho, a ja poczułam się jak przed laty, kiedy nogi miękły mi na dźwięk jego głosu.
-Ja także czekałam - mówię w końcu i zdaję sobie sprawę z tego jak mój głos bardzo drży.
Uśmiechnął się i objął mnie mocno kładąc głowę na moim ramieniu.
 Przez wszystkie swojego lata układałam setki pytań i historii które bym mu opowiedziała, gdybym tylko go spotkała, ale teraz kiedy już tkwiłam w jego ramionach za nic nie potrafiłam przypomnieć sobie żadnej z nich. Jakby żadna nie była warta by zajmować te wspólne chwile.
-Opowiedz mi jak wyglądało Twoje życie... beze mnie - poprosiłam patrząc w jego piękne, szare oczy.
Usiadł po turecku i przyciągnął mnie do siebie.
-Ożeniłem się i przez chwilę myślałem, że jestem szczęśliwy. Wiesz, każdego ranka budziłem się przy kimś kto mnie kochał i kogo myślałem że i ja kocham, miałem córkę a potem nawet wnuka. Ale nawet nie wiesz jaką ulgę poczułem kiedy skończył mi się czas na ziemi. Miałem nadzieję, że Cię tu spotkam, a jeśli nawet nie to wiedziałem że zaczekam i razem spędzimy już tę wieczność która nam została.
Starałam się nie rozpłakać, choć było to trudne.
-Ja miałam męża, ale dziecka nigdy nie miałam szczęścia wydać na świat. Nie chciałam urodzić kogoś, kto nie byłby Twoim potomkiem. Za to nieustannie tworzyłam. Jestem... to znaczy byłam pisarką....
-Świat będzie za Tobą tęsknił - dodał smutno
-A kogo to obchodzi? Ja nie będę tęsknić za światem w którym nie było Ciebie.
Usiadłam mu na kolanach i ponownie się do niego przytuliłam. Czułam jego wspaniały zapach, wypełniłam nim całe swoje płuca.
-Pamiętasz jak kiedyś razem skakaliśmy przez kałuże? - zapytał w chwili gdy zaczął padać deszcz
Skinęłam głową, a on łapiąc mnie za rękę pobiegł przed siebie.
Skakaliśmy przez wrzosy i zagłębienia w ziemi w których zatrzymywała się woda.
Kładł swoje gorące dłonie na moich biodrach, obejmował, co jakiś czas przesuwał językiem po moich mokrych ustach.
-Tak bardzo Cię kocham - wyszeptał mi do ucha pozostawiając na moim karku swój gorący oddech.
-Ja Ciebie też - odpowiedziałam całując go. Wplatał mi co chwila palce w moje mokre włosy, a ja trzymałam go mocno oby tylko nie uleciał niczym mgła.
Pomógł mi przeskoczyć przez jeszcze jedną kałużę, a kiedy odwróciłam się by znów go pocałować jego już nie było.
Upadłam na ziemię płacząc, przeklinając i błagając Boga, by oddał mi to, co bezapelacyjnie należy do mnie.
Wtedy kolejne delikatne dźwięki zaczęły mnie wybudzać. Tak skończył się ten sen.
Spojrzałam na zegarek. Ósma rano, więc czas powrócić do życia.
Podeszłam do lustra w którym wciąż byłam tą starą kobietą która każdego wieczoru ukradkiem, by mąż nie widział całuje zdjęcie swojej pierwszej miłości i błaga już o śmierć, by być przy nim.
Zaparzyłam kawy i opierając się o próg pokoju spojrzałam na jeszcze śpiącego mężczyznę będącego moim mężem od przeszło sześćdziesięciu lat.
Patrzyłam na niego i wiedziałam na pewno, że go kocham, ale to nie on powinien zajmować to miejsce, które zajmuje.
Przypominając sobie swoją młodość z chłopcem śniącym mi się każdej nocy strasznie cierpię i czuję wtedy jak bardzo byłam samotna przez całe życie nawet otaczając się ludźmi.
Niektóre odcienie cierpienia przerażają mnie. Są jak wstęp do najciemniejszych odcieni samotności. Gdzie nie żyją już żadne motyle.
Mój mąż budzi się i uśmiecha na mój widok. Ja także się uśmiecham, bo wiem, że dzisiaj obudziłam się po raz ostatni. Przed moim oknem widzę stado motyli, a tuż za nim podąża chłopak za którym tęskniłam przez całe życie. Chcę już iść za nim, jednak wiem, że muszę dopełnić formalności.
Częstuję męża kawą i mówię że jeszcze na chwilę chcę się położyć. Wtedy moja dusza już ostatecznie opuszcza ciało i wędruje przez wrzosowiska w towarzystwie motyli i chłopca na którego czekała przeszło siedemdziesiąt lat.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Mo chirdhe

-Angelo, mogę Cię o coś zapytać?
Mia była wyraźnie przybita. Jej zapuchnięte od płaczu oczy mówiły więcej niż wszystko.
-Oczywiście kochana, o co tylko chcesz. - odpowiedziała dziewczyna siląc się by jej głos wypadł najmilej jak to było tylko możliwe.
Nagle para zapłakanych, szmaragdowych oczu spoczęła właśnie na niej.
-Płakałaś kiedyś przez coś co zniknęło, mimo, że nigdy nie było Twoje? - jej głos drżał
Szatynka kucnęła przy rozbitej przyjaciółce i przesuwając dłonią po jej plecach odrzekła tylko:
-Oczywiście,wiele razy. - skłamała rzecz jasna. Nigdy nic podobnego jej się nie zdarzyło. - Czy coś stało się z Brianem? - dodała po chwili.
Mia pokręciła przecząco głową sprawiając, że jej niesforne loki zupełnie się teraz rozczochrały.
-Nie mówiłam Ci o tym nigdy, ale podobał mi się ktoś inny. To była dziewczyna. W zasadzie żaden cud natury, ale doprawdy mnie urzekła. Ta jej urocza inność i idealne usta. Zaprosiła mnie kiedyś na randkę, ale odmówiłam. Bo co innego mogłam zrobić?
Angelę zamurowało. Dotychczas nie miała pojęcia, że jej przyjaciółka... że podobają się jej dziewczyny.
-Mio, co się stało?
-Ona powiedziała mi... powiedziała mi jak najlepszej przyjaciółce, że ma nową dziewczynę. Powiedziała mi to w pełnym zaufaniu, a ja zamiast cieszyć się jej szczęściem pogłębiam swoją depresję siedząc w kącie i użalając się nad sobą. - zaszlochała po czym wstała i podeszła do szafy.
Zaczęła wyrzucać z niej wszystkie ubrania.
-Co robisz? - zapytała Angela.
-Nie mam pojęcia, ale muszę się czymś zająć zanim oszaleję. - odwróciła się i patrzyła teraz z uporem w oczy przyjaciółki. -Brian zupełnie mnie nie obchodzi, Caroline jest szczęśliwa z kimś innym, Luisa zmarła przed rokiem, a ja coraz bardziej tracę sens życia. To żałosne, ale powiedz mi Angelo co teraz będzie? Pamiętasz, było nas pięcioro. Martin, który zginął w wypadku, Luisa którą pokonał rak, Dominica która popełniła samobójstwo i my dwie. Jak Ty sobie poradzisz kiedy i ja do nich dołączę? - była nadzwyczaj opanowana, jakby przywykła do myśli, o śmierci.
Czy do tego w ogóle można przywyknąć? Czy da się zobaczyć świat bez siebie na nim? Poczuć smutek żałobników? Dla Angeli cieszącej się życiem i korzystającej z niego w pełni było to zupełnie nie do pojęcia, jednak Mia aż za często doświadczała tych uczuć. Żadnym wyzwaniem było dla niej mówienie głośno o tym jak to będzie, kiedy ona już będzie przeszłością nie roniąc ani jednej łzy.
-O czym Ty do cholery mówisz?!
-Wiesz przecież, że nie zmienię swojego zdania. Mogę wydawać się szczęśliwa, ale chcę umrzeć. I w żadnym razie nie dlatego że mi tak źle że ojeju, ale dlatego, że nigdy nie lubiłam życia.
Wróciła do wygrzebywania swoich rzeczy z szafy nie chcąc patrzeć na łzy zbierające się w oczach przyjaciółki.
W końcu nie wytrzymała napięcia i opierając głowę o drzwi szafy wyszeptała:
-Przepraszam Angelo, że przeczołgałam Cię przez moje bagno. Powinnam była przejść przez nie sama i sama w nim tonąć nie ciągnąć Ciebie za sobą.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, żeby się nie rozpłakać.
W jej głowie kłębiły się setki myśli. Nie wiedziała czy powinna żałować, że poznała Mię i pozostałych przyjaciół którzy nieustannie sprawiali jej przykrości i zawody czy mieć pretensje do siebie, że nie potrafiła ocalić żadnego z nich.
-Nie rób tego Mio, bądź rozważna. Kiedyś i do Ciebie przyjdzie szczęście, obiecuję. - powiedziała wychodząc z mieszkania przyjaciółki.

Dwa dni później znaleziono ciało Mii pływające w jeziorze. W kieszeni jeansów miała liścik zwinięty w kostkę. Woda nie wyrządziła mu większych szkód ponieważ był szczelnie zapieczętowany.
Ilekroć Angela go czytała łzy same spływały jej po policzkach.
Jego treść brzmiała tak:
"Kochana Angelo. Jeśli to czytasz, to znaczy że Twoja obietnica, że kiedyś szczęście przyjdzie i do mnie się spełniła. Proszę nie płacz, bo teraz jestem szczęśliwa jak jeszcze nigdy. Poza tym lubię pływać, a woda nie wygląda na zimną. Nawet jeśli... to nie potrwa długo. Właśnie jestem na schodach do nieba. Stawiam pierwszy krok. Kocham Cię Angelo, byłaś jedyną przyjaciółką która została ze mną do końca. A patrząc na to pozytywnie - nie mam już depresji. Koniec z lekarstwami i bezsennymi nocami. Szkoda, że nie możesz zobaczyć jak się uśmiecham. To wspaniałe uczucie, kiedy wiesz, że możesz zrobić już zupełnie wszystko bo koniec jest w Twoich rękach. 
Strasznie Cię kocham i już niecierpliwie wyczekuję naszego spotkania po upływie określonego przez Boga czasu. Żegnaj aniołku <3
Mia"
                                                                           ***

Na uroczystości pogrzebowej było dużo osób, jednak daleko za nimi stała młoda kobieta w czarnym kapeluszu z ogromnym rondem. Zdaje się, że płakała, jednak bała się zbliżyć do grona pozostałych żałobników. Angela domyśliła się, że to musi być Caroline - dziewczyna która podobała się jej przyjaciółce.
Kiedy wszyscy odeszli już od świeżego grobu Mii piękna nieznajoma odważyła się do niego zbliżyć, jakby chciała porozmawiać z dziewczyną sam na sam co było już fizycznie nie możliwe.
Padła na kolana przed świeżo usypanym wzniesieniem ukrywającym pod sobą trumnę i wyszeptała 'Mo chridhe" co oznaczało "Moje Serce", a potem kilkakrotnie wypowiedziała imię "Mia", które w łacinie oznaczało "moje".

wtorek, 3 kwietnia 2012

Wspomnienie Layli Green.

2 lipca 1984r.
Ciemność. Nie widziałam nic poza nią, ale mimo to nie bałam się. Landon był tuż obok mnie. Ściskał moją dłoń.
-Zimno mi... gdzie jesteśmy? - zapytałam wtulając się w niego
-Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy, ale zaraz zabiorę Cię do domu. Obiecuję. - szepnął przesuwając dłonią po mojej głowie.
Szliśmy dalej w milczeniu, aż w końcu Landon zobaczył samotny, maleńki, pozbawiony oświetlenia domek.
-Chodź - szarpnął mnie za rękę, a ja bezwiednie podążałam za nim.
Drzwi otworzył nam starszy pan w podartym kapeluszu na głowie.
-Dobry wieczór - wybełkotał Landon -czy mógłby nas pan przenocować? Zgubiliśmy się.
-Oh te dzieciaki! No wchodźcie, wchodźcie. Mimo, że jest lipiec to noce mamy wyjątkowo zimne. -mężczyzna wydał się być sympatyczny, a kiedy się uśmiechnął dostrzegłam, że ma złote zęby.
-Czego wam potrzeba? - zapytał kiedy tylko przekroczyliśmy próg jego chatki -Napijecie się czegoś ciepłego? A może od razu zaprowadzić was do pokoju, w którym będziecie spać? -im dłużej na niego patrzyłam tym bardziej pewna byłam, że ten człowiek jest okropnie samotny, a widząc nas poczuł się jakby dostał nowe życie. Gotowa byłam nawet zgodzić się na herbatę i krótką pogawędkę z nim, jednak Landon mocno zacisnął dłoń na moim nadgarstku i powiedział, że jesteśmy bardzo zmęczeni, a herbaty z chęcią napijemy się rano. Pozostało mi jednak uśmiechnąć się i przytaknąć.
Kiedy miałam okazję rozejrzeć się dom wydawał się o wiele większy niż z zewnątrz. Miał nawet niewielkie pięterko, na którym były dwa pokoiki.
-Pościel jest czysta - nie musicie się obawiać. W tym pokoju nie było nikogo przez ostatnie czterdzieści lat. - powiedział odprowadzając nas pod drzwi pokoju i wręczając świeczkę. -Dobranoc dzieciaki. Gdybyście czegoś potrzebowali, to jestem na dole - rzekł wesoło i zszedł po skrzypiących schodach.
Kiedy znaleźliśmy się w środku zobaczyłam idealny porządek. Wszystkie rzeczy poskładane były w idealną kostkę, a gruba warstwa kurzu potwierdzała jedynie słowa starca.
W pokoju było jedno łóżko pościelone dla dwóch osób, niewielki stolik, szafa i dwa czerwone fotele. Było tam strasznie pusto. Żadnych obrazów na ścianach, które były jedynie kilkoma deskami nie pomalowanymi nawet na żaden kolor.
-Dlaczego nie chciałeś z nim porozmawiać? Na pewno jest samotny. Ucieszył by się. - zapytałam kiedy Landon gorączkowo próbował zapalić świecę, która dopiero co zgasła
-Obiecałem zabrać Cię do domu - szepnął dokładnie w chwili, kiedy świeca zapłonęła.
Usiadłam na fotelu na przeciw niego i zaczęłam mu się przyglądać. Wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Był jakby zdenerwowany, ręce mu się trzęsły, źrenice stały się ogromnymi spodkami, a po czole spływały mu krople potu.
-I to jest ten dom? - zapytałam w końcu.
Pokręcił przecząco głową i gestem pokazał bym dała mu rękę.
Sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął z niej mały, plastikowy woreczek i strzykawkę. Odruchowo cofnęłam się, jednak ufałam mu. Ponownie położyłam rękę na stoliku dygocząc ze strachu.
Landon zacisnął mi rzemyk na przedramieniu, a ja z uwagą obserwowałam każdy jego ruch.
-Na pewno wiesz co robisz? - wyjąkałam i zdałam sobie sprawę z tego, jak słaby nagle stał się mój głos.
Podwinął rękawy jakby nie usłyszał mojego pytania, jednak szybko zorientowałam się, że to właśnie jest odpowiedź. Jego ręce były w wielu miejscach pokryte śladami po wkłuciach.
Wyciągnął z kieszeni łyżeczkę i wysypał na nią biały proszek, a potem dodał kilka kropel soku z cytryny. Trzymał chwilę tę mieszankę na łyżeczce, nad ogniem świecy, a kiedy była już w zupełności płynna napełnił nią strzykawkę. Pomacał delikatnie moją rękę, jednak zanim wkuł mi się w żyłę popatrzył mi prosto w oczy jakby chciał upewnić się, że tego chcę, więc kiwnęłam nerwowo głową.
-Don't be scared baby. I'll take you home. - wyszeptał z miłością, ja poczułam zimno igły na swojej skórze, a potem delikatne ukłucie.
Czułam jak moja krew zaczyna płynąć szybciej niosąc ze sobą heroinę. Po chwili ta substancja wypełniła mnie w zupełności. Zrobiło mi się nagle ciepło i przyjemnie, ból jaki odczuwałam przy wkłuciu zniknął. Byłam szczęśliwa, że tu jestem, że jestem razem z Landonem i przez myśl przemknęło mi nawet, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, jednak siedziałam grzecznie w fotelu obserwując uważnie Landona powtarzającego tę samą czynność co przed chwilą. Kiedy i on wstrzyknął sobie swoją działkę zauważyłam, że od razu się uspokoił, ręce przestały mu się trząść, źrenice przybrały rozmiar główki szpilki, czyli taki jaki miały zazwyczaj kiedy go widywałam, a na jego twarzy zagościł uśmiech.
Usiadłam mu na kolanach i mocno go przytuliłam.
-Tak bardzo Cię kocham, Landon. - wyznałam szczerze przeczesując palcami jego ciemne włosy.
Zaczął mnie całować z taką namiętnością, jak jeszcze nigdy dotąd. Naszą pierwszą wspólną noc spędziliśmy zaćpani i nie pamiętam z tego nic poza tym, że chyba mi się podobało.
Rano, kiedy się obudziłam Landon już nie spał. Przesuwał opuszkami palców po mojej skórze i patrzył na mnie z troską.
-Dzisiaj też weźmiemy? - zapytałam od razu zdając sobie sprawę z tego jak bardzo mam na to ochotę.
-Więc już należysz do mojego świata, Layla - uśmiechnął się i sięgnął po strzykawkę.
Jego źrenice były maleńkie, a on sam spokojny jak baranek więc domyśliłam się, że już wziął.
Wstrzyknął mi moją dawkę i znów poczułam się wolna, jednak to było trochę inne uczucie niż zeszłego wieczoru. Teraz wydawało mi się, że lepiej kontroluję samą siebie. Szczęśliwa i spokojna ubrałam się i zeszłam z Landonem na dół po skrzypiących schodach, gdzie w fotelu siedział starszy pan z kapeluszem zsuniętym na oczy. Kiedy tylko usłyszał nasze kroki od razu podniósł głowę i powitał nas uśmiechem.
Tym razem także odmówiliśmy pogawędek i dziękując za gościnę wszyliśmy z jego chatki.
-Dlaczego nie chciałaś z nim porozmawiać? - zapytał jakby z przekory Landon
Uśmiechnęłam się jedynie, wiedząc, że zna odpowiedź na to pytanie.
Kiedy byłam naćpana nie czułam potrzeby rozmowy z kimkolwiek, a kiedy tylko trzeźwiałam pragnęłam kolejnej działki. I od tamtej nocy tak właśnie wyglądało moje życie. Dzień w dzień.
Często sama dziwiłam się jak szybko stałam się narkomanką i nie zauważyłam nawet dnia, w którym przestałam brać dla przyjemności, a zaczęłam dla przymusu.
Kiedy człowiek zbyt długo żyje w idealnym świecie ten realny wydaje się być bolesną iluzją, przykrym wspomnieniem.
Narkomański świat to nasza pełnia szczęścia, z której nie potrafimy zrezygnować, a jedyną miłością, której potrafimy być wierni jest pełna strzykawka.

A co jeśli kiedyś wszystkie gwiazdy spadną z nieba?

Wakacje Jamie zaczęły się tragiczną wiadomością zmieniającą całe jej życie. Dokładnie w dniu zakończenia roku szkolnego odebrała wyniki badań przeprowadzanych niecałe dwa tygodnie wcześniej.
Do tej pory była pogodną osobą mającą mnóstwo wspaniałych znajomych. Zmieniło się to jednak dokładnie w chwili gdy przekroczyła próg gabinetu lekarskiego. Po zobaczeniu wyników jej badań lekarz uznał, że najpierw powinien porozmawiać z rodzicami dziewczyny, jednak ona upierała się, że chce wiedzieć pierwsza.
-Jamie...masz białaczkę... - w głosie mężczyzny dało się usłyszeć jak trudno jest mu wyznawać tę bolesną prawdę osobie dopiero wkraczającej w życie.
-Czy da się z tym coś zrobić?
-Przykro mi, ale jest już za późno. Każdy kolejny krok mógłby jednie pogorszyć tę sytuację.
Dziewczyna zbladła, a jej źrenice zamieniły się w gigantyczne spodki. Wstała i wyszła z gabinetu bez słowa. W głowie miała pustkę. Szła przed siebie - donikąd, czyli dokładnie w tym kierunku w którym zmierzało jej życie. Po długiej wędrówce okrężnymi drogami w końcu znalazła się w domu, gdzie czekali zmartwieni rodzice.
-Mam białaczkę - mruknęła i nagle jej własny głos wydał jej się zupełnie obcy.
Matka zaniosła się głośnym płaczem, a ojciec nie wiedział czy uspokajać szlochającą żonę czy chorą córkę.
-Ucisz ją. Ja chcę zadzwonić do Lewisa. -szepnęła dziewczyna wdrapując się na szczyt schodów prowadzących do jej pokoju.
Lewis był jej chłopakiem od trzech miesięcy. Wybrała numer do niego i przyłożyła słuchawkę do ucha. Po kilku sygnałach usłyszała jego jak zwykle radosny głos.
-Jak tam kochanie? -zamruczał
-Musimy się spotkać. Wpadniesz do mnie za pół godziny?
-Coś się stało?
-Po prostu przyjdź- warknęła odkładając słuchawkę.
Niedługo później rozległo się pukanie do drzwi. Pobiegła by otworzyć. W progu zobaczyła wysokiego bruneta w włosami zaczesanymi do góry - Lewisa. Wzięła go za rękę i wyciągnęła przed dom. Usiedli na trawie.
-Co jest Jamie? - zapytał wyraźnie zaniepokojony
-Mam mówić prosto z mostu?
W odpowiedzi skinął głową, a ona poczuła jak coś zawiązuje się na jej sercu.
-Mam białaczkę. Umrę.
Chłopak zbladł wydając z siebie cichy jęk rozżalenia.
-Powiedz, że żartujesz.
Spuściła wzrok. Pomyślała, że bardzo chciała by żartować. Chciała by uśmiechnąć się teraz i móc powiedzieć Lewisowi, że tak naprawdę chodziło o to, że nie może iść z nim na sobotnią imprezę bo zobowiązała się pilnować trzyletniego kuzyna. Ale nie mogła żadnej z tych rzeczy zrobić. Umierała i jej chłopak miał prawo o tym wiedzieć.
-Przykro mi - mruknął -Sorry, ale muszę spadać na obiad. Pogadamy o tym wieczorem na fejsie, ok?
Skinęła głową choć w rzeczywistości nie miała zamiaru z nim więcej o tym rozmawiać. A już na pewno nie przez internet.
Kiedy tylko chłopak zniknął jej z pola widzenia wybuchła płaczem i pobiegła przed siebie nie zwracając na nic uwagi.Znalazła się nad jeziorem. Usiadła na pomoście i zanurzyła stopy w chłodnej wodzie. Zaczął padać deszcz sprawiając, że krople wody spływały po ciele Jamie. Płakała jak dziecko chowając twarz w dłoniach.
- Co tu robisz w taką pogodę? Zmykaj do domu! - usłyszała męski głos.
Odwróciła się i ujrzała szatyna jej wzrostu bacznie wpatrującego się w nią swoimi zielonymi oczami.
Kiedy tylko zobaczył jej zapuchniętą od płaczu twarz natychmiast do niej podbiegł i zapytał czy może jakoś pomóc.
- Kim jesteś? - zapytała ocierając łzy
- Philip, przychodzę tu robić zdjęcia. - wskazał na swoją lustrzankę
Dziewczyna objęła nieznajomego chłopaka okazując tym swoją ufność i potrzebę kontaktu z ludźmi.
Po chwili milczenia opowiedziała mu o sytuacji w której się znalazła i o tym jak strasznie jej przykro, że jej chłopak potraktował ją tak w chwili kiedy wyznała mu, że przed nią jedynie kilka miesięcy życia.
Philip przytulił Jamie i siedzieli tak razem w milczeniu. Mimo że nie znali się tak naprawdę, to nie było niezręczne milczenie. Mieli wrażenie że spędzili razem całe lata.
-Kiedyś straciłem przyjaciółkę -powiedział przerywając ciszę.
-Opowiedz mi o niej - szepnęła Jamie siląc się na uśmiech.
-Znałem ją od zawsze. Mieszkała dwa domy dalej. Włosy zawsze ścinała tak jak chłopcy, nigdy nie nosiła sukienek. Była jedną z nas i to mi się w niej podobało. Wiesz o czym mówię, prawda? Po prostu pasowała. Uchodziła za twardą. Nie płakała kiedy się przewróciła. To jasne. Wychowywała się wśród chłopców, gdzie płacz był oznaką słabości, ale miała dobre serce. Wszystkie chore zwierzęta jakie znajdowała zanosiła do domu, a potem z tatą zawoziła do lecznicy dla zwierząt. Strasznie za nią tęsknię.
-Gdzie ona teraz jest? - zapytała Jamie choć wydawało jej się, że zna odpowiedź
Spojrzał na zachodzące słońce i mocniej zacisnął dłoń na ramieniu Jamie.
-Jest tam, gdzie Ty idziesz. Mam nadzieję, że się spotkacie. Mimo, że nie znam Cię, to wydajesz mi się być dobrą dziewczyną. Dobro po prostu bije od Ciebie.
W tej chwili dziewczyna przypomniała sobie wszystkie dobre rzeczy które w życiu robiła i zaczęła się zastanawiać czy zdąży zrobić kolejną taką rzecz.
-Obiecasz mi coś?
-Co takiego? -ogarnął dłonią jej mokre włosy z czoła
-Przyjdziesz na mój pogrzeb?
Oboje poczuli ogarniający ich smutek.
-Obiecuję, że przyjdę. Będę przychodził do Ciebie każdego dnia.
Uśmiechnęła się ponuro.
-Bardzo boję się śmierci - wyznała
-Wierzysz w Boga? - zapytał nagle Philip.
Dziewczyna skinęła głową.
-Napisz do niego list. Ja często to robię kiedy jest mi ciężko. Wtedy czuję naprawdę, że mam przyjaciela. Pytam o Etienne i proszę, by się nią opiekował. Wiem, że nie dostanę odpowiedzi, ale dzięki temu czuję się lepiej. Jestem w stanie lepiej poradzić sobie ze swoimi problemami.
-To dobry pomysł, dziękuję. Napiszę do niego jeszcze dziś wieczór. - na jej twarzy pojawił się pierwszy tego dnia szczery uśmiech, a niebo przeszył blask zachodzącego słońca.

                                                         ***
Drogi Boże,
Mamy 25 października. Przepraszam, że dawno do Ciebie nie pisałem, jednak to w żadnym razie nie oznacza, że zapomniałem o Tobie.
Chciałbym Ci powiedzieć, że Jamie zmarła. Stało się to dziś wieczorem. Zabiła ją choroba. Spodziewałem się tego oczywiście, ale zabolało mnie to wyjątkowo bardzo. 
Dziękuję Ci za to, że pozwoliłeś mi się z nią zaprzyjaźnić. Spędziliśmy razem dokładnie cztery miesiące, jednak uważam, że to były najważniejsze miesiące w jej życiu ponieważ były tymi ostatnimi. Uczyłem ją żyć od nowa, tak jak małe dzieci uczy się chodzić. Pokazałem jej rzeczy dzięki którym znów z radością poznawała świat. Żałuję jedynie, że zabrałeś ją tak wcześnie. Jamie miała ledwie szesnaście lat i nigdy nie poszła do liceum o którym marzyła, ponieważ nie pozwoliła na to choroba. Ale myślę, że dobrze wypełniłem swoje zadanie, które mi powierzyłeś. Troszczyłem się o nią przez cały czas i nauczyłem ją pewnym krokiem iść w niepewną przyszłość. Moja rola już się zakończyła. Teraz jedynie mogę odwiedzać jej grób i przynosić jej każdego dnia świeże róże, które tak kochała kiedy była wśród nas.Opiekę nad nią powierzam Tobie. Proszę bądź dla niej łaskaw. To dobra dziewczyna. I powiedz jej proszę, aby cierpliwie czekała na mnie w niebie. 
Czuję się jakby wszystkie gwiazdy zgasły. A co jeśli taki dzień kiedyś faktycznie nadejdzie?
Do zobaczenia.
Philip Clarkson

Porcelanowa miłość.

Porcelanowa Księżniczka ubrana w piękną, balową suknię tańczyła w objęciach Księcia z plastiku na balu. Dziewczyna miała złote, długie i lekko kręcone włosy luźno rozpuszczone, a na nich diadem wysadzany drogimi kamieniami, które przy świetle mieniły się i rzucały tęczowe refleksy. Jej uśmiech był równie sztuczny jak jej partnera. Cóż się dziwić. Zostali stworzeni przez ludzi bez wyobraźni po to by władać nie istniejącym królestwem. Nonsens, prawda?
Książę ubrany w smoking mocno trzymał swoją partnerkę w ramionach. Kochał ją całym swoim plastikowym sercem, jednak przeznaczony był im tylko ten jeden taniec. W chwili wybicia północy dziewczyna miała należeć do księcia z innego królestwa. Zapierała się ciągle, że go nie kocha, jednak ojciec zmusza ją do ślubu.
Jako królewska córka nie mogła przynosić hańby rodzinie, więc zmuszona była się zgodzić na to małżeństwo.
Czas upływał nie ubłagalnie i delikatne dźwięki pianina stopniowo cichły. Do północy zostało jedynie pięć minut. Ostatnie pięć minut kiedy Książę mógł patrzeć na swoją Księżniczkę. Poprosił o kolejny taniec, a ona zgodziła się. I tak wirowali w rytm muzyki dopóki nie wybiła północ. Później musieli się sobie ukłonić i odejść udając nieznajomych. Na pożegnanie dziewczyna wyznała Księciu, że go kocha całym swoim porcelanowym serduszkiem i żałuje, że nie może z nim być. Nie odpowiedział nic. Zapewniał ją o swoich uczuciach już wiele razy. Teraz każde słowo było już zbędne. Księżniczka kolejnego dnia miała stać się żoną innego mężczyzny.
Tej nocy ani Księżniczka nie widziała swojego Księcia, ani on jej mimo, że szukali się wśród tłumu. O trzeciej nad ranem Książę wrócił do swojego królestwa gdzie czekał na niego stęskniony pies i pusty zamek po którym roznosiło się echo jego kroków. Wiedział doskonale, że w tym miejscu kogoś brakuje, a ta niezmącona niczym cisza była wręcz nieznośna.
Przez długi czas nie mógł jeszcze zasnąć rozmyślając o swojej ukochanej. Tymczasem ona wirowała w ramionach swojego przyszłego męża. Jej serce przepełnione było rozgoryczeniem i żalem, jednak na twarzy ciągle malował się porcelanowy uśmiech.
Kolejnego dnia, kiedy Książę jadł kolację w samotności, jego ukochana spoglądała przez okno wkładając suknię ślubną. Biała, ciągnąca się aż do ziemi, z wspaniałą koronką na plecach idealnie wyglądała na porcelanowej Księżniczce, a na jej złotych włosach teraz znajdował się piękny welon. Włożyła ona jeszcze pantofelki i przyglądała się sobie w lustrze przeciągając dłonią po talii. Mimo uśmiechu na twarzy była bardzo nieszczęśliwa, a po jej porcelanowym policzku spłynęła łza. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. W tym momencie do pokoju Księżniczki weszła służąca pary młodej i zawiadomiła, że Pan Młody jest już gotowy i czekać będzie na nią w kościele. Dziewczyna otarła łzę i ujmując bukiecik kwiatów w dłonie ruszyła przed siebie. Niedługo później stała już przed kościołem, przed którym zebrał się tłum gości przybyłych na ślub.
Król poprowadził swoją córkę do ołtarza uśmiechając się dumnie do poddanych. Słowa przysięgi zupełnie nie chciały przejść dziewczynie przez gardło, a w jej myślach ciągle był Książę. Nim wypowiedziała sakramentalne "tak" wrota kościoła otworzyły się i zaskoczony tłum ujrzał w nich młodego chłopaka. Księżniczka natychmiast go rozpoznała i jej uśmiech nagle stał się nad wyraz szczery. Nie zważając na nic pobiegła w jego kierunku, a wszyscy obrzucili ją zaskoczonym i pogardliwym spojrzeniem. Król był wściekły, jednak i to ją nie obchodziło. Jej Książę przybył by ją uratować, znalazł ją - zagubioną Księżniczkę w bajce do której nie pasuje, by napisać własną.
Przed kościołem stał biały koń na którym Książę przyjechał. Usiedli na nim i pojechali do swojego bajkowego świata.Można by rzec, że żyli razem długo i szczęśliwie jednak...
Kiedy wstawał nowy dzień na świecie ludzi Książę i Księżniczka na nowo stawali się zabawkami i całą wieczność czekali by znów móc być razem. Wraz z zachodem słońca cała historia powtarzała się i każdej nocy Książę tracił swoją ukochaną i odnajdywał ją, a co dzień kochał ją jeszcze bardziej niż poprzedniej nocy. 

"Świeca gaśnie wraz ze mną".

Zimny, listopadowy deszcz. Oh, tak. Uwielbiam go. I mówię to bez cienia ironii.
Jestem wielkim fanem jesiennych wieczorów, spacerów po zmroku i lodowatego deszczu lejącego się strumieniami. Nie widać wtedy moich łez, smutnych oczu i rozgoryczonego wyrazu twarzy.
Często znikam na wiele godzin i wędrując przez tętniące życiem miasto z papierosem w ustach zmierzam donikąd. Dokładnie tak jak moje życie.
Czasem myślę, że mógłbym udzielać korepetycji z dziedziny bycia człowiekiem bez przyszłości.
Co to w ogóle znaczy?
Zawsze przed nami jest jakaś przyszłość. Zła czy dobra - nieważne, ale jest.
Jednak na mnie nie czeka już nic. Boję się każdego jutra gorszego od poprzedniego.
A może właśnie najgorsze mam już za sobą?
Moja mama zginęła w wypadku samochodowym cztery lata temu, dokładnie w moje jedenaste urodziny. Z ojcem nie dogaduję się zupełnie. On zresztą ma swój świat w którym mnie nie potrzebuje. Jest hazardzistą.
Marzenie o normalnej rodzinie jest dla mnie zbyt odległym niebem, bo na tym polu nic już nie może być normalne.
Odkąd pamiętam jestem dzieckiem wiecznie smutnym. Podobno też nie mam uczuć, jednak ja się po prostu z nimi ukrywam.
Nie widzę sensu w okazywaniu ich ludziom, którzy wyśmieją to, lub zabawią się Twoim kosztem i odejdą. Bo nikt nie zostaje na zawsze.
Tak więc wszystko co czuję przelewam na papier. Mam cały stos rysunków. Wszystkie nadzwyczaj smutne i ponure, jednak nie potrafię powiedzieć dlaczego tak trudno narysować mi coś wesołego pokroju jednorożca pasącego się na łące.
Podobno mam talent, ale nie zgadzam się zupełnie z opinią innych ludzi. Rysowanie jest dla mnie jedynie odskocznią od świata, lekarstwem na wszystko i wielką pasją.
W przyszłości chciałbym iść na medycynę. Ambitne i piękne plany, co?
Chcę po prostu wyrwać się z tego bagna i nigdy nie wrócić. Zacząć nowe życie, w nowym świecie. Zapomnieć o tym co było i żyć dalej lub umrzeć.
Jestem jednym z tych dziwaków, który pragnie śmierci.
Szaleństwo - prawda?
Ale nie dziwcie mi się, proszę. Kiedy w życiu jesteś samotną wyspą dryfującą po nieznanym i pełnym niebezpieczeństw oceanie... z czasem jest zbyt trudno.
Pewnego wieczoru, jak codziennie wychodzę z domu. Tym razem mam ze sobą świeczkę, ponieważ w najbliższej okolicy wysiadł prąd.
Nie wiem sam dlaczego nie wziąłem ze sobą latarki czy czegokolwiek innego. Mam tylko tę świeczkę, papierosy, zapalniczkę, telefon i dwadzieścia dolarów.
Ludzie pozamykani w swoich domach od czasu do czasu wyglądają przez okno przyglądając się wariatowi, który podczas ulewy próbuje z zapaloną świecą przejść przez miasto.
Już pierwsza kropla powinna zgasić płomień, jednak on jest nad wyraz silny.
Nie mam pojęcia dokąd iść, więc pozwalam swoim nogom się prowadzić.
Tak docieram na dach wieżowca.
Z przerażeniem spoglądam w dół i stwierdzam, że chciałbym teraz umrzeć. Siadam na skraju "przepaści" i zastanawiam się nad ostatecznym krokiem.
Jestem u bram spełnienia mojego marzenia. Do oczu napływają mi łzy, a w pamięci odradzają się wszystkie zarówno piękne jak i bolesne wspomnienia. Przed oczami mam całe swoje dzieciństwo, lata z matką, które już mocno wyblakły w mojej pamięci i właśnie się na tym przyłapuję, przypominam sobie dni, kiedy jeszcze znaczyłem coś dla ojca i czas kiedy pierwszy i ostatni raz w życiu byłem zakochany.
To ostatnie pochłania mnie do reszty. Nie widziałem tej dziewczyny od przeszło dwóch lat, ale do dziś przed snem myślę tylko o niej i nigdy o nikim innym, pamiętam każdy jej uśmiech i ułożenie włosów. Zdaję sobie sprawę z tego, że tęsknię za nią, jednak mam przecież w telefonie zapisany jej numer. Szybko go odszukuję i klikam "połącz". Po kilku sygnałach słyszę jej ciepły głos.
-Olivia - szepcę i zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie mam pojęcia co chcę jej powiedzieć.
Dziewczyna zdaje się mnie nie pamiętać co boli w szczególności mocno, jednak kiedy przypominam jej swoje imię, pamięta już kim jestem.
-Ja... chciałbym Cię przeprosić za wszystko. Za to, że zachowywałem się jak rozpieszczone dziecko i za to, że zepsułem. - słyszę jak mój własny głos drży
Odpowiada mi cisza w słuchawce i wiem, że Olivia nie wie zupełnie co odpowiedzieć. Domyśla się na pewno moich uczuć, jednak mówię jeszcze do słuchawki oklepane "kocham Cię" i rozłączam się.
Kładę się na zimnym i mokrym dachu budynku płacząc jak małe dziecko, a świeca stoi obok mnie i mimo deszczu ogień z uporem pali się. W środku siebie czuję przerażającą nienawiść i wiem, że nie chcę aby było tak dłużej. Wyciągam papierosa i paląc go bardzo powoli delektuję się jego smakiem. W tej chwili mój telefon zaczyna wibrować i na wyświetlaczu widzę numer Olivii, jednak nie odbieram. Doskonale wiem, że to co chce powiedzieć zabolało by mnie zbyt mocno.
Kiedy dzwoni po raz kolejny nie dając za wygraną rzucam telefon przed siebie. Spada z dachu wieżowca roztrzaskując się w drobny mak.
-Więc tak to wygląda - myślę sobie i gaszę papierosa.
Stając na krawędzi dachu zauważam, że świeca jakby przygasa. Uśmiecham się patrząc w niebo, bo wiem, że to już koniec mojej wędrówki. Już w tej chwili żałuję, że to skończyło się właśnie tak i w tym właśnie miejscu, jednak decyzja została już podjęta.
Robię krok w przód. Słyszę jedynie świst powietrza. Świeca prawie gaśnie. W mojej głowie jest zupełna pustka, ostatnia myśl nie poświęcona zupełnie niczemu. W końcu czuję mocne zderzenie z ziemią i przerażający ból. Mam na tyle siły by otworzyć oczy i widzę, że w tej chwili właśnie świeca gaśnie wraz ze mną.