Strony~

Statystyki~

piątek, 31 maja 2013

Zaklinacz Czasu

-Haroldzie, dokąd się wybierasz? - zapytała Helena bacznie wpatrując się w męża.
-Tylko na krótki spacer moja droga, wrócę nim zdążysz za mną zatęsknić. - mruknął jedną dłonią przygładzając siwe włosy, a drugą otwierając drzwi.
Kobieta westchnęła głęboko i wróciła do swoich codziennych zajęć, podczas kiedy Harold już kroczył dumnie uliczkami Londynu skąpany w popołudniowym słońcu. Starszy mężczyzna uwielbiał każdego dnia wymykać się z domu i przyglądać ludziom na ulicy, przypominać sobie swoją dawno temu utraconą młodość , rozkoszować się życiem wciągając głęboko w płuca świeże powietrze. Słońce delikatnie schowało się za chmurami zwiastując nadchodzący deszcz, a lekkie podmuchy wiatru nasiliły się, kiedy Harold ujrzał czarującą kobietę w czarnej długiej sukni i wiedziony intuicją postanowił podążyć jej śladem. Dama w czerni zdawała się go dokądś prowadzić. Za każdym razem kiedy mężczyzna zbliżał się do niej na tyle, by dostrzec że suknia w całości zrobiona jest z koronki, a jej usta lśnią intensywną czerwienią ona przyspieszała kroku rzucając mu ukradkowe spojrzenie. Ciemne chmury teraz w zupełności zakryły słońce pozbawiając świat jego zbawiennych promieni, deszcz lunął z nieba raz po raz rozdzieranego przez błyskawice, a tajemnicza kobieta zniknęła bez śladu. Zdezorientowany Harold zaczął nerwowo rozglądać się dookoła poszukując schronienia i właśnie w tym momencie ujrzał stary sklep z zegarami wyglądający podejrzanie znajomo. Po przekroczeniu jego progu zorientował się, że niegdyś było to jego ulubione miejsce na Ziemi, do którego szedł prosto ze szkoły i o dziwo zupełnie nic się w nim nie zmieniło. Sklep jego ojca. Dzwoneczki przymocowane do drzwi głośno zadzwoniły wywołując z zaplecza sprzedawcę, wiekowego mężczyznę do złudzenia przypominającego człowieka, który przeszło siedemdziesiąt lat temu sadzał go na kolanach i opowiadał wspaniałe historie rodem z najpiękniejszych książek. Mały Harold, który wówczas nie umiał jeszcze czytać wsłuchiwał się w opowieści ojca z nieskrywanym zachwytem niejednokrotnie zastanawiając, czy mężczyzna naprawdę to wszystko przeżył, czy może jedynie przeczytał w jednej z tych zakurzonych ksiąg stojących na najwyższej półce w ich rodzinnym domu.
-Przepraszam, ja....deszcz zastał mnie w drodze, a nie mam przy sobie parasola. Mógłbym tu przeczekać tę ulewę? - zapytał z zawstydzeniem, które towarzyszyło mu wiecznie w latach młodości.
-Oczywiście, synu. Rozgość się, zaparzę Ci herbaty. - zarówno głos jak i uśmiech starca wydał się Haroldowi znajomy.
Teraz już wiedział na pewno - albo zwariował, albo cofnął się w czasie, z czego jednak to pierwsze było wiele prawdopodobniejsze.
Zlękniony, z sercem szamoczącym się w piersi postanowił cichutko wycofać się ze sklepu i pędem ruszyć do domu pod osłoną deszczu, jednak kiedy tylko jego dłoń spoczęła na klamce usłyszał za swoimi plecami głęboki, kobiecy głos, który mógł należeć tylko do tajemniczej damy w czerni.
-Może jednak zostaniesz z nami, Haroldzie?
Mężczyzna odwrócił się wbijając wzrok w wyłaniającą się z mroku sylwetkę kobiety. Po chwili stała przed nim w pełnej okazałości Nadya, siostra jego żony i jego pierwsza prawdziwa miłość. Harold oparł się całym ciężarem ciała o szklane drzwi sklepu i rzucił tęskne spojrzenie tamtemu Londynowi za nimi, ulicom zupełnie pozbawionym ludzi, niebu nieprzyjemnie szaremu i strugom deszczu z impetem uderzającym o ziemię. W tym właśnie momencie z zaplecza wrócił starzec z muchą przewiązaną pod szyją i w tweedowej marynarce, z ojcowskim uśmiechem przyklejonym do twarzy.
-Usiądź Haroldzie. Sądzę, że musimy porozmawiać.
Harold oczywiście ani myślał się sprzeciwiać, przycupnął na niewysokim taborecie i trzęsącą się dłoń wyciągnął ku filiżance z herbatą.
-Synu, dzisiaj masz już osiemdziesiąt cztery lata, czyli dokładnie tyle, ile ja miałem w dniu swojej śmierci. - zaczął Vincent - I wiem doskonale jak niedorzeczne Ci się to wydaje, ale czas zatrzymał się tylko w tym miejscu. Kiedy opuścisz sklep zobaczysz Londyn takim jakim go pozostawiłeś. Posłuchaj, drogi chłopcze.... w tym wieku młodość wraca ze zdwojoną siłą, te wszystkie wspomnienia. Wiem, że to wraca. Dlatego chcę Ci podarować coś, co tylko ja mógłbym Ci podarować. Nie ja jako ojciec, ale ja jako Zaklinacz Czasu, jako Zegarmistrz. Chciałbym Ci podarować zegar, który zabierze Cię do chwil, które chciałbyś przeżyć jeszcze raz. -w tym momencie wsunął on Haroldowi w dłoń kieszonkowy zegar i oplótł wokół niego palce syna zamykając zegar w żelaznym uścisku - Jednak, mój synu, używaj go rozważnie. Masz jedynie trzy wspomnienia do wyboru. W ostatnim zostaniesz zaklęty na zawsze i nigdy już nie będziesz miał możliwości powrotu. Czas tak naprawdę nie istnieje i to czyni go niebezpiecznym. Musisz o tym pamiętać.
Zapadła ciężka cisza przerywana jedyna coraz spokojniejszymi uderzeniami serca Harolda.
-Wybierz najpiękniejsze momenty rozważnie i zrób to w chwili, w której zdecydujesz, że Twoje życie trwa już zbyt długo. Pamiętaj też, aby nikogo przy tym nie zranić. I nie próbuj zmieniać przeszłości, ponieważ skutki tego mogą być tragiczne. - pomieszczenie wypełnił kojący głos Nadyi.
-Dziękuję. - Harold w końcu wydobył z siebie głos.
Kiedy odwrócił głowę ujrzał delikatne przebłyski słońca za oknem i zrozumiał, że to już czas pożegnania.
-Zanim odejdziesz z tego świata, pamiętaj, aby go komuś przekazać. - szepnął Vincent wbijając wzrok w zegar. -Czas nie może umrzeć wraz z Tobą.
-Obiecuję, ojcze. -przytulił starszego mężczyznę tak mocno pachnącego starymi książkami i jego własnym dzieciństwem szczelnie przy tym zaciskając oczy, a kiedy już je otworzył znajdował się z powrotem na ulicy Londynu pełnej ludzi.
-Żegnaj synu. - usłyszał szept wiszący w powietrzu, jednak kiedy rozejrzał się dookoła dostrzegł, że w miejscu sklepu, w którym znajdował się przed chwilą teraz jest antykwariat.
Niewiele myśląc skierował się ku parkowi, który uważał za jedno z piękniejszych miejsc jakie kiedykolwiek dane było mu odwiedzić. Rozsiadł się wygodnie na ławce wpatrując się w światła wieczornego Londynu, a w dłoni mocno ścisnął zegarek, który jeszcze przed chwilą ciążył mu w kieszeni i wrócił pamięcią do momentu, w którym znów miał szesnaście lat i całe życie przed sobą. Kiedy uchylił powieki zrozumiał, że naprawdę przeniósł się w czasie, do momentu, kiedy po koncercie wybrali się wraz z Nadyą na dach najwyższego wówczas budynku w całej Anglii, skąd  podziwiali spadające gwiazdy. Helena i jej siostra były swoimi zupełnymi przeciwieństwami. Ta pierwsza była cicha, spokojna, kochająca i nieśmiała, natomiast druga rozrywkowa, ponętna, szalona, pożądana przez wszystkich mężczyzn którzy kiedykolwiek stanęli na jej życiowej drodze. W tej właśnie chwili Harold zrozumiał, że błędne było przekonanie towarzyszące mu przez wiele lat, mówiące że poślubił niewłaściwą siostrę. Mając znów te naście lat i trzymając w swoich dłoniach dłoń Nadyi pojął, że nikt nie mógłby być dla niego właściwszą towarzyszką życia niż Helena, z którą był szczęśliwy starzejąc się, podczas kiedy jej młodsza siostra była idealna tylko wtedy, kiedy oboje byli dzieciakami. Złożył ostatni pocałunek na jej ustach i postanowił wrócić do rzeczywistości. Drugim wybranym przez mężczyznę wspomnieniem było lato spędzone nad morzem z przyjaciółmi, a ostatnim już, najpiękniejszym momentem jeszcze czasy dzieciństwa, kiedy podczas świąt Bożego Narodzenia ojciec zabrał go na długi spacer po Londynie. Opowiadał mu przeróżne historie, poczynając od tych zabawnych, aż po te straszne bądź smutne. Kiedy wrócili do domu przystrojonego kolorowymi światełkami byli strasznie przemarznięci, jednak jeszcze bardziej szczęśliwi. Mama zapalała świece i przygotowywała wszystko do kolacji. Wtedy mały Harold poprosił rodziców, by pozwolili mu jeszcze na chwilę wyjść z domu, złożyć życzenia sąsiadom. Drzwi otworzyła mu mama Heleny i Nadyi. Chłopiec chciał koniecznie rozmawiać z tą siostrą, która nigdy nie miała być jego. Wręczył jej wtedy zegar prosząc by kiedy będzie nieskończenie smutna przypomniała sobie najpiękniejszą chwilę w jej życiu mocno ściskając go w dłoni. Dziewczynka była niepohamowanie szczęśliwa i nieświadoma, że kiedyś owy zegar uchroni ją przed samobójczą śmiercią. Cóż, Harold złamał zasady i zmienił bieg historii i musiał za to zapłacić.
Następnego ranka młody chłopak, który wyszedł na spacer z psem odnalazł na ławce w parku ciało starca. Mężczyzna ściskał w dłoni pęknięty zegar, oczy miał zasnute mgłą, a na ustach zarys uśmiechu. Złamał jednak ważną obietnicę daną żonie - "Wrócę nim zdążysz za mną zatęsknić.". Nie wrócił. Został uwięziony w czasie. A jeśli ktokolwiek by się przyjrzał połamanemu zegarowi dostrzegłby niewyraźny zarys ludzkiej postaci skaczący po wskazówkach, błagający o uwolnienie. Niestety jednak nikt nie może wydostać się z tak okrutnego więzienia, jakim jest czas. Dusza za duszę. Życie Harolda za życie Nadyi. To była dobra cena.
Londyn natomiast okryła ciężka i gęsta mgła, wśród której ukrywał się starszy pan w tweedowej marynarce, głęboko zaciągający się dymem papierosowym. On także musiał zapłacić tego dnia ogromną cenę. Jeśli raz chce się powrócić do świata śmiertelnych trzeba w nim już pozostać na zawsze. Do dzisiaj, po wielu latach od tamtego dnia po Londynie błądzi wiekowy mężczyzna roznoszący za sobą zapach książek i historii. Mimo, że każdego dnia częstuje uśmiechem setki ludzi, jest idealnym przykładem na to, że nieśmiertelność bywa ceną wyższą niż śmierć, a czas dużo niebezpieczniejszy niż najstraszliwsza broń.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Secret place

Każdy z nas potrzebuje swojego sekretnego miejsca do którego może uciec. Alicja miała Krainę Czarów, Piotruś Pan Nibylandię, a  Łucja Narnię. Ja też mam takie miejsce do którego przychodzę kiedy umieram ze szczęścia, umieram ze smutku, umieram z szaleństwa. Pewnego dnia tańczyłam tam, a ptaki nuciły swoją pieśń. Wtedy właśnie kątem oka dostrzegłam . Stała oparta o jedno z drzew, miała na głowie słomkowy kapelusz spod którego wystawały czerwone włosy. Zatrzymałam się zawstydzona i oszołomiona jej pięknem. Bynajmniej nie mówię tu o pięknie zewnętrznym, które może posiadać każdy, a o pięknie, które dostrzegłam w jej oczach. Pięknie duszy. Już wtedy wiedziałam, że jest aniołem, takim prawdziwym, który zszedł z nieba złotymi, krętymi schodami. Powiedziała mi, że ma na imię Nathalie, później długo rozmawiałyśmy i któregoś dnia odkryłam, że mogę ją nazwać przyjaciółką. Zawsze, kiedy byłam w naszym sekretnym miejscu, ona była ze mną. Rozmawiając zgłębiałyśmy ludzkie umysły i dusze, odkrywałyśmy świat patrząc sobie w oczy. Byłyśmy tak jednakowe, a tak zupełnie różne. Wyjątkowe. Goniłyśmy za białymi królikami uciekającymi w pośpiechu do Krainy Czarów, pozwalałyśmy malutkim Wróżkom siadać na naszych dłoniach i długo rozprawiałyśmy z nimi o istocie magii. Kiedy żyłyśmy trwała wieczna wiosna, kwiaty nigdy nie więdły, a zegarki zamierały w bezruchu. Jednak jak to jest we wszystkich bajkach - musiała pojawić się nowa postać, przedstawicielka zła. Wdarła się do naszego sekretnego miejsca z czarnym kapturem naciągniętym na głowę, zasiała kwiaty mroku i śmiertelności w naszym życiu. Pewnego dnia czekałam na przyjaciółkę tańcząc, rozkładając ramiona, wiatr unosił moje włosy,a uśmiech sam rysował się na twarzy. Byłam w swojej własnej Krainie Czarów, więc nic złego nie mogło się już stać. Wtedy właśnie wysoko nad drzewami przefrunęła ogromna wrona, ptak, z oczyma wypełnionymi grozą, samotnością i nieszczęściem, który w rzeczy samej był zwiastunem tragedii. Nathalie w jednej chwili tkwiła w moich ramionach, a w drugiej rozpadła się na tysiąc kawałków, pękła jak bańka mydlana. Zniknęła. Odeszła. Wiedziałam, że wróciła do miejsca, z którego przybyła, że była jedynie aniołem, który miał mnie uświadomić o wartościach życia. Cieszyłam się na myśl, że jest w niebie, jednak teraz nasze sekretne miejsce było jedynie piekłem samotności. Kiedy z mojego serca smutek zaczął się przelewać, okrywać całe moje ciało napisałam list, który potem wysłałam do nieba, a brzmiał on tak:
"Droga Nathalie
Jestem teraz w naszym sekretnym miejscu. Pewnie pamiętasz radosny świergot ptaków, prawda? Cóż, teraz jakby ucichł. Woda też chyba wolniej płynie, jakby straciła sens istnienia, a powietrze smakuje goryczą i żalem. Wybacz mi każdy moment, w którym nie byłaś w pełni szczęśliwa, wybacz, że nie zdążyłaś mi powiedzieć wszystkiego, ponieważ tak dużo mówiłam o sobie. Odnajduję Cię w każdym odbiciu na tafli wody czy podmuchu wiatru. Wiem, że ciągle tu jesteś, ale kiedyś odnajdę Cię tak naprawdę. Tęsknię za Tobą i umieram bez Ciebie. Więdnę zupełnie jak kwiaty po wizycie Mrocznej Pani w naszej Krainie Czarów. Bez Ciebie magia wydaje się absurdem, ale wiem, że z czasem znów w nią uwierzę. 
Do zobaczenia. "
Nie musiałam się podpisywać, wiedziałam, że Nathalie trzymając w dłoniach kopertę z moim listem poczuje moje serce bijące przez papier.
Teraz pozostało jedynie czekać.
Czekać na odpowiedź, na cud, na życie lub śmierć, na zbawienie, które nigdy nie nadeszło.
Dobranoc, słodki Aniele.

______________________________________________________
To opowiadanie chciałabym zadedykować mojej przyjaciółce, Natalii, która nocą z 26 na 27 stycznia postanowiła popełnić samobójstwo. Moja kochana, żałuję, że nie pozwoliłaś światu się odkryć. Byłabyś najwspanialszą poetką jaką ktokolwiek widział. Kiedyś Cię odnajdę, ale teraz śpij spokojnie.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Opowieść wigilijna

Płatki śniegu radośnie wirowały targane podmuchami zimowego wiatru. Angela stała przy oknie obserwując je ze smutkiem, po jej bladych policzkach spływały łzy niemal tak zimne jak jej serce. Poza bezkresną bielą i majaczącym w oddali zarysem lasu widok z okna nie ukazywał niczego innego, żadnego uroczego domku na wzgórzu, ani jakiegokolwiek innego śladu życia. Ogień w kominku skwierczał pochłaniając kolejne kawałki drewna, jednak nie dawał on niemal żadnego ciepła. Tylko miłość potrafi je dać. Niestety jednak Angela w te wyjątkowe święta Bożego Narodzenia była najbardziej samotnym człowiekiem na Ziemi. Kiedy na niebie zaświtała pierwsza gwiazdka kobieta zasiadła do wieczerzy wigilijnej samotnie. U jej stóp nie plątało się żadne zwierzę, nic nie zakłócało idealnej i wręcz nieznośnej ciszy. Jedzenie nie smakowało tak jak powinno, gdy Angela myślami błądziła po zupełnie innym krańcu świata. Świadomość, że teraz nikt nie jest tak samotny jak ona przerażała ją, miała przed oczami obraz szczęśliwych rodzin, dzieci rozpakowujących prezenty z wspaniałymi uśmiechami przyklejonymi do twarzyczek i jej rodzinnego domu, który opuściła przed laty. Pewnego Bożego Narodzenia wyszła z mieszkania nie mówiąc nikomu dokąd się udaje. Rodzice spali nie podejrzewając niczego, zapamiętała ich błogi wyraz twarzy, kiedy tkwili w czułych objęciach. Spali - ona z głową na jego miarowo unoszącej się klatce piersiowej, on oplatając jej drobne ciało silnym ramieniem. Zapamiętała także to, że uznała, by zasypiać w czyichś ramionach trzeba mu niebywale ufać, powierzyć mu swój sen, spokój, swoje ciało. Kochała rodziców, grzechem byłoby nie kochać ludzi, którzy poświęcili jej całe swoje dotychczasowe życie i nie chciała nawet wyobrażać sobie tego, co czuli, gdy odkryli jej zniknięcie. Zostawiła na swoim łóżku jedynie kartkę głoszącą "odeszłam, nie szukajcie mnie", jednak wiedziała, że zapłacą każdą cenę, by ją odnaleźć. Czy powrót oznaczałby poddanie się? Skruchę? Jednakże kiedy zapragnęła ponownie wejść do ich życia, jako, być może, obca już osoba dowiedziała się, że oboje umarli niedługo po jej odejściu. Teraz nie miała ani dokąd, ani do kogo wracać. Bawiła się widelcem wpatrując w płomień świecy. Kiedyś jej ukochany dziadek zwykł mówić, że to co człowiek potrafi dostrzec w językach ognia, jest odzwierciedleniem jego duszy. Tęskniła za starszym panem, który zawsze witał ją z otwartymi ramionami krzycząc "Oh, moja ukochana wnusia!", mimo, że tak naprawdę mieszkali blisko siebie i nie miał okazji stęsknić się za dziewczynką. Teraz usilnie próbowała dostrzec choćby najmniejszy kształt w płomieniu, jednak nie było w nim nic poza przerażającą pustką. Łzy nie przestawały spływać po jej delikatnej buzi spadając na talerz. Nagle w pomieszczeniu zawył wiatr, a ogień w kominku zgasł, a na jego miejsce pojawił się starszy mężczyzna z długą siwą brodą ubrany w komiczny czerwony kostium rodem ze świątecznych reklam coca-coli. Popatrzył on ze smutkiem na Angelę i zajął puste miejsce przy stole przeznaczone dla nieznanego wędrowca.
-Kim Ty jesteś? - dziewczyna patrzyła z niedowierzaniem na mężczyznę w zabawnym stroju.
-Jestem najprawdziwszym Świętym Mikołajem i co roku przybywam osobiście do najsamotniejszej osoby na świecie. Niestety dzisiaj to Ty padłaś ofiarą samotności.
Wyciągnął ku niej różową kopertę przyozdobioną miniaturową choinką pachnącą lasem. Kobieta otworzyła ją i wyciągnęła z niej czystą kartkę.
-To jakiś żart, tak? - prychnęła
-Nie,skądże. Napisz na niej co byś chciała dostać na tegoroczne święta i spal ją nad płomieniem świecy. Wszystko jest dozwolone. Wszystko. - puścił jej oczko sponad okularów.
Uznając, że nie ma nic do stracenia postąpiła zgodnie ze wskazówkami Świętego. Ku jej zdziwieniu po chwili mieszkanie, w którym się znajdowała zamieniło się w jej rodzinny dom, jej rodzice i dziadek siedzieli przy stole, ona sama była teraz w swoim dziecięcym ciele, a Mikołaj rozpłynął się. Na widok uśmiechniętej mamy tulącej się do taty i radosnego dziadka robiącego im zdjęcie pognała ku nim. Wgramoliła się na kolana rodziców i mocno ścisnęła ich oboje wybuchając płaczem. Tak też zostali uchwyceni na fotografii.
-Mamusiu, tatusiu, obiecajcie, że nigdy nie odejdziecie! - zawyła rozpaczliwie jeszcze mocniej przyciskając twarzyczkę do pachnącego miłością swetra mamy.
Kobieta pogłaskała córeczkę po blond włoskach i zaśmiała się serdecznie zerkając na swojego męża.
-Obiecujemy. - szepnęła dziecku do ucha.
Wtedy mała Angela odwróciła główkę dostrzegając zauroczonego tą sytuacją dziadka.  Sprawnym ruchem ześlizgnęła się z kolan mamy i popędziła ku dziadziusiowi, a ten otworzył szeroko ramiona łapiąc skaczącą ku niemu dziewczynkę i unosząc wysoko w powietrze.
-Moja ukochana wnusia! - zawołał radośnie, przytulając główkę dziecka do serca. Słyszała jak głośno bije.
Zjedli wspólnie kolację i cieszyli się chwilą. Wraz z wybiciem północy czar prysł. Przeszłość ponownie odeszła pozostawiając za sobą ciepłe wspomnienia. Angela ponownie znajdowała się w swoim pustym mieszkaniu i dostrzegła stojącą na komodzie fotografię zrobioną tamtego wieczoru. Mała, rozżalona dziewczynka tuląca się do rodziców. Łzy wzruszenia ponownie pociekły po jej policzkach, a kiedy spojrzała w okno zauważyła przechadzającego się nieopodal mężczyznę. Mieszała w tym miejscu od lat, jednak nigdy wcześniej go tu nie widziała. Zatrzymał się i najwyraźniej dostrzegł zarys jej sylwetki. Pomachał przyjaźnie i odszedł. Mimo dzielącej ich odległości rozpoznała w nim zmarłego przed laty dziadziusia. Kiedy ponownie wyjrzała za okno poszukując go wzrokiem, ujrzała jedynie raniącą, bezkresną biel.

czwartek, 6 grudnia 2012

Trójka Najwspanialsza

Każdy człowiek nosi w sobie swoją małą tragedię, którą żyje. Moja tragedia pożerała mnie od środka, zabierała mi duszę i życie rozwijając się tydzień po tygodniu. Miałam siedemnaście lat, byłam córką najbogatszych i najbardziej szanowanych ludzi w mieście.Miałam na imię Lily. Uczucie jakim darzyli mnie rodzice, a właściwie jego brak poznałam dopiero jednego z lipcowych popołudni, kiedy ze łzami w oczach i sercem szamoczącym się w piersi oznajmiłam, że spodziewam się dziecka. Miałam nadzieję, że okażą wściekłość, że popłyną łzy nie należące do mnie. To miało znaczyć, że skoro tak reagują  muszę coś znaczyć. Jednak ojciec tylko wyciągnął z kieszeni plik pieniędzy i machając mi nim przed nosem niczym wachlarzem oznajmił, że problem niebawem zniknie. Nie protestowałam, mój ojciec nie jest człowiekiem z którym można dyskutować. Niecały miesiąc później siedziałam już w gabinecie lekarskim trzęsąc się ze strachu. W spojrzeniu towarzyszącej mi matki nie dało się odczytać żadnych uczuć, jakby aborcja była tylko rutynowym zabiegiem. W myślach przeklinałam ją za tę obojętność, którą żywiła w stosunku do mnie. Kiedy pani doktor weszła do gabinetu naciągając na dłonie gumowe rękawiczki rozdzwonił się telefon mojej matki. Odebrała słuchając przez chwilę po czym zasłoniła słuchawkę dłonią i oznajmiła, że musi iść. Odeszła bez pozostawienia mi spojrzenia w którym mogła bym dostrzec choć cień żalu, współczucia. Żadnego "będzie dobrze, córeczko". Ta kobieta nigdy nie nazwała mnie swoją córką. Z plakietki przymocowanej do fartucha pani doktor przeczytałam, że nazywa się Sophie Montgomery. Kobieta usiadła przy mnie obdarowując ciepłym spojrzeniem swoich hebanowych oczu. Jej ciemne włosy upięte były w wysokiego koka, a niesforne pasemka otulały jej pociągłą twarz.
-Kochanie, wiem, jakie to dla Ciebie trudne, masz ledwie siedemnaście lat. -jej miły głos wypełnił to lodowate pomieszczenie o białych ścianach cuchnących śmiercią niewinnych dzieci -Musisz tu podpisać, to taka mała formalność dzięki której będziemy mogli przeprowadzić aborcję. -podsunęła mi pod nos niebieską tekturową podkładkę z przypiętą do niej kartką.
Długopis w mojej dłoni drżał niczym liść na jesiennym wietrze. Odetchnęłam głęboko i przenosząc wzrok na Sophie szepnęłam:
-Ja nie chcę tego robić.
Kobieta uśmiechnęła się chwytając moją nieustannie drżącą dłoń, a w jej oczach mogłam dostrzec szklany błysk łez, które szybko otarła.
-Co wobec tego pragniesz zrobić?
-Urodzę dziecko, a potem je oddam. Nie chcę odbierać mu życia, proszę pani. To nie ono zawiniło, to my.
-Powiedziałaś jego ojcu?
Pokręciłam głową nie mogąc zdobyć się by wypowiedzieć jakiekolwiek słowo.
-Nie chcę, by życie Juliana legło w gruzach wraz z moim. - powiedziałam w końcu z trudem.
Kobieta dotknęła dłonią mojego policzka mokrego od łez patrząc na mnie z taką czułością, z jaką nikt w życiu, poza Julianem, na mnie nie patrzył. Następnie jej dłoń skierowała się ku mojemu leciutko zaokrąglonemu brzuchowi.
-Chcesz poznać płeć dziecka? -zapytała lekko zachrypniętym głosem.
Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę po czym kiwnęłam głową na znak potwierdzenia. Sophie kazała podwinąć mi bluzkę po czym nałożyła na mój brzuch niewielką ilość zimnego żelu. Sprawnie przesuwała urządzeniem podłączonym do komputera po wypukłości skrywającej dziecko. Głowę odwróconą miałam w przeciwnym kierunku w obawie, że jedno spojrzenie wystarczy by pokochać ten mały cud.
-Spójrz, to Twój syn. - szepnęła kobieta, jakby oglądanie nowego życia nadal było dla niej czymś nadzwyczajnym mimo wielu lat pracy w  tym zawodzie.
Powoli odwróciłam głowę, wzrok utkwiłam w ekranie na którym zobaczyłam małą główkę i pulsujące serduszko.
-Jest idealny. - wydusiłam z siebie zdając sobie sprawę z tego że się nie myliłam. Tyle wystarczyło, bym pokochała tego chłopca w moim łonie do szaleństwa.
Obie oniemiałe wpatrywałyśmy się w ekran, kiedy pojawiła się na nim także druga główka, kolejne dwie rączki, dwie nóżki i niewielki pulsujący punkcik będący drugim serduszkiem. Nie potrzebowałam wyjaśnienia by wiedzieć, że nie jedno, a dwoje dzieci, niemal do siebie przytulonych rośnie we mnie na dowód uczucia, które płonęło między mną, a Julianem, niczym dwa jabłuszka rozwijające się na jabłoni. Jabłuszka tak bardzo ze sobą powiązane, że jedno nie może przeżyć bez drugiego.
-Jest piękna.
-Kto? - zapytałam będąc w szoku zbyt dużym by zrozumieć o kim kobieta mówiła.
-Twoja córka, Lily.
Te słowa zabrzmiały tak niewyobrażalnie odlegle. Ja, która niedawno sama biegałam radośnie w pieluchach po ogromnym domu moich rodziców teraz miałam zostać mamą dwójki idealnych dzieci. Wyszłam z gabinetu lekarskiego rozanielona, niczym niesiona na skrzydłach zupełnie zapominając o konsekwencjach. Wiedziałam, że nie mogę zatrzymać dzieci, lecz niczego innego bardziej nie pragnęłam.Odważyłam się poinformować o tym Juliana i pozwolić mu zadecydować co dalej powinniśmy zrobić. Julian pokochał dzieci już w momencie, kiedy przyłożył dłoń do mojego brzucha po raz pierwszy. Nie potrafiliśmy zadecydować o ich oddaniu do adopcji. Kilka miesięcy później, kiedy śnieg sypał tak mocno, jakby Bogu przypadkowo otworzył się worek pełen białego puchu, nasze bliźnięta zaczęły dopominać się wyjścia na świat. Podczas porodu okazało się, że życie nie szczędzi mi niespodzianek. Poza chłopcem i dziewczynką, których oczekiwaliśmy, na świecie pojawiła się druga, malutka i mizerna dziewczynka. Dostała ona na imię Hope, pozostała dwójka to Christian i Sophie. Dzieci były wspaniałe, a ilekroć patrzyłam na Sophie dostrzegałam ciepły uśmiech kobiety, która niczym wróżka obsypała mój brzuch magicznym pyłkiem i wywróżyła najwspanialszą przyszłość, niczym w ulubionych bajkach z dzieciństwa. Tak więc za zakończenie dodam, że żyliśmy długo i szczęśliwie w ogromnym zamku wypełnionym miłością i radosnym śmiechem Trójki Najwspanialszych.

sobota, 17 listopada 2012

Serial killer cz.1

Nadya była moją najlepszą przyjaciółką. Każdą wolną chwilę spędzałyśmy razem, biegałyśmy w deszczu ochlapując się lodowatą wodą, czasami nawet całowałyśmy się. Kochałam ją. Nie jak siostrę czy przyjaciółkę. Kochałam ją w zupełnie inny sposób i uważałam to za wyjątkowe. Normalnie ludzie mnie brzydzili, nienawidziłam każdego ich oddechu. Natomiast jej każdy oddech chciała bym łapać i wciągać głęboko do płuc. Miałyśmy po siedemnaście lat. Wtedy odważyłam się wyznać przyjaciółce co tak naprawdę tkwi w moim sercu. Nie wiem czy byłam bardziej zaskoczona czy szczęśliwa, kiedy wyznała mi to samo. Świat zawirował. Pewnego dnia uciekłyśmy razem z domu zostawiając jedynie rodzicom karteczki o treści "Jesteśmy razem. Nadya i Caroline. Nie szukajcie nas. Wrócimy". Nie szukali. Pojechałyśmy w góry. Za dnia wspinałyśmy się wysoko, traktując życie, jakby nic nie mogło go nam odebrać. Bawiłyśmy się ryzykując, to było piękne. Kiedy zapadła noc tuliłyśmy się do siebie zasypiając. Ostatniego dnia naszego pobytu w tym miejscu Nadya zabrała mnie na długi spacer. Trzymałyśmy się za ręce, czego nie mogłyśmy robić będąc w rodzinnym mieście, gdzie nikt nie tolerował związków homoseksualnych. Poszłyśmy na most zakochanych, po którym spacerowało wiele par. W tym my - zupełnie prawdziwe razem. Zawiesiłyśmy złotą kłódeczkę z wygrawerowanym napisem "Nadya & Caroline na zawsze razem", a potem długo się całowałyśmy. W drodze powrotnej wstąpiłyśmy do małej, przytulnej knajpki, gdzie popijałyśmy gorącą czekoladę trzymając się za ręce. Nadya była piękna, nigdy nie potrafiłam oderwać wzroku od jej czarnych niczym węgiel oczu i kręconych włosów tego samego koloru. Była mulatką. I najpiękniejszą dziewczyną jaką znam. Na jednym z drzew wyryłyśmy nasze inicjały zamknięte w sercu. Wiele dzieciaków tak robiło, jak gdyby dwie literki wycięte na kawałku drzewa mogły być nieśmiertelne. Jakby mogły przejąć od niego długowieczność dzięki czemu związek mógłby trwać na zawsze. Każdy chciałby przecież miłości idealnej i ja taką przeżyłam. Aż do dnia, kiedy trzy lata po powrocie z naszej wycieczki Nadya zaginęła. Nie wracała przez miesiąc, dwa. Nie wróciła już nigdy. Jej ciało znaleziono w domku na drzewie, który razem budowałyśmy. Została zamordowana. Płakałam dniami i nocami, świat przestał dla mnie istnieć, każde wspomnienie bolało powracając jako żywe, podczas kiedy ona była martwa. Ten, kto nigdy nie stracił swojego świata nie zrozumie jak przerażający ból rozrywał moje serce. Nadya. Nadya. Nadya. Dlaczego wracasz do mnie jedynie w snach? Dlaczego nie mogę Cię dotknąć?

                 ***

Powrócić do miejsca wypełnionego wspomnieniami po brzegi po latach łez, cierpienia, akceptacji, zapomnienia to tak, jak odrywanie smaku truskawek na nowo. Wróciłam w góry, po których spacerowałam razem z Tobą. Będąc na szczycie czułam, że jestem bliżej Ciebie, bo przecież Ty byłaś w niebie. Zatrzymałam się nawet w tym samym hotelu. Wszędzie widziałam Ciebie, Twoją ciepłą twarz i nie potrafiłam nawet zatrzymać potoku łez płynącego z moich oczu. Wybrałam się na most, gdzie żyło najpiękniejsze nasze wspólne wspomnienie. Ono nigdy nie wyblaknie w mojej pamięci. Po dziś dzień, mimo upływu lat pamiętam Twoją karmazynową sukienkę i niesforne loki ściągnięte w wysoki kucyk. Miałaś czerwoną szminkę na utach. Nasza kłódeczka ciągle wisiała dumnie głosząc napis "Nadya & Caroline na zawsze razem". To było kłamstwo. Wracając przystanęłam przed szybą knajpy w której zatrzymałyśmy się tego wieczoru. Ciągle widzę nas razem przy tym stoliku po lewo od okna. Uśmiechasz się. Ja teraz też uśmiecham się przez łzy. Pocałowałyśmy się, a ludzie ochoczo bili nam brawa, pamiętasz? Nagle z budynku wyszedł starszy pan, którego w pierwszej chwili nie zauważyłam. Położył mi rękę na ramieniu. Szepnął, że nas pamięta. Że byłyśmy wspaniałe, jedyne mające odwagę tutaj by otwarcie pokazywać swoją odmienność. Twierdzi, że nas pokochał od pierwszej chwili. Wcisnął mi w ręce kawałek drewna, jednak nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Zrobiłam to dopiero, kiedy odszedł zostawiając mnie samą. Tabliczka wycięta z drzewa. Poznałam od razu nasze koślawe literki. N + C zamknięte w nierównym sercu. Widocznie drzewo zostało ścięte, ale starszy pan, zachował tę pamiątkę po nas. Kiedy wróciłam do hotelu okazało się, że ktoś zostawił dla mnie wiadomość. Bez pośpiechu wróciłam do pokoju nie otwierając listu, wzięłam prysznic i dopiero wtedy postanowiłam rozerwać kopertę. Przyłapałam się na tym, że serce bije mi jak oszalałe, jednak kiedy przeczytałam treść zamarło na dłuższą chwilę. Kim jesteś? - szepnęłam do skrawka papieru, który otwarcie głosił "To ja ją zabiłem."

niedziela, 23 września 2012

I że Cię nie opuszczę, aż do śmierci.

Byłam piękna, młoda. Kochałam imprezować, pić, palić. Kochałam ludzi i życie. Dla mnie nie było ograniczeń, za każdym razem robiłam to, co chciałam. Nie potrafiłam się bać i to chyba właśnie sprowadziło mnie na złą drogę. Ludzie najpierw patrzyli na mnie z pożądaniem, później - ze smutkiem. Lata mojej młodości były najwspanialsze i to one zadecydowały o tym kim jestem teraz. Gardziłam cichymi dziewczynkami z mojej klasy, zadawałam się tylko z tymi, którzy byli "fajni". Któregoś dnia wpadłam na ulicy na śliczną blondynkę. Patrząc na nią wiedziałam, że pchnęło nas ku sobie przeznaczenie, więc nie opierając się mu zaprzyjaźniłam się z Naomi. Niedługo od dnia naszego pierwszego spotkania byłyśmy już nierozłączne. Razem imprezowałyśmy, spędzałyśmy każdą wolną chwilę, a nawet założyłyśmy zespół rockowy. Pewnego dnia na próbę Naomi przyniosła ze sobą mały plastikowy woreczek, a w nim jakąś suszoną roślinę. Twierdziła, że to marihuana, że pomoże nam tworzyć dzięki czemu zespół się wybije. "Dla dobra zespołu wszystko" powiedziałam i wzięłam kilka głębokich machów. Naomi nie kłamała. Pomysły na nowe piosenki same wpadały do głowy, a nuty sprawnie układały się w piękną melodię. Po ziole świat był wiele piękniejszym miejscem, był pełen dobra i dobrych rzeczy. Nawet muzyka, brzmiała o niebo piękniej. Kiedy działanie narkotyku słabło czułam narastający ból głowy. Tak bardzo chciałam znowu zapalić, nie mogłam doczekać się następnej próby, ponieważ miałam nadzieję, że Naomi znów przyniesie zioło. Tak też się stało. Marihuana złączyła nas ze sobą jeszcze bardziej, związała nas niewidzialną nicią i popchnęła w przerażającą przyszłość. Przyszłość w której już żadna z nas nie znała słowa "nie". Byłyśmy szczęśliwe, byłyśmy najpopularniejszymi dziewczynami w szkole, a zaraz po zajęciach szłyśmy palić zioło. Teraz świat bez tego był zbyt ponury, pozbawiony tak wielu ważnych rzeczy. "Mogła byś załatwić coś mocniejszego?" zapytałam któregoś razu, a ona ze zrozumieniem skinęła głową. Następnego wieczoru przyniosła mi kokainę. Oczy iskrzyły mi się na samą myśl o narkotykach. Chciałam spróbować w życiu wszystkiego i bawić się całą młodość. "Pierwszy i ostatni raz, tak?" upewniłam się, a ona skinęła głową. Wciągnęłyśmy po kresce białego proszku. To co się z nami działo było o niebo lepsze od tego, co było po ziole. Świat był jeszcze piękniejszy, serce biło mi nadzwyczaj szybko przypominając, że jeszcze żyję, a źrenice pięknie porywały niemal całą tęczówkę. Chciałam być nieśmiertelna. Jednak działanie narkotyku nie może trwać wiecznie. "Oh, błagam. Naomi. Zrobię wszystko tylko pozwól mi się znów lepiej poczuć." jęknęłam błagalnie, a ona odpowiedziała mi jedynie "Nie mogę Ci na to pozwolić, ale wyjdę teraz do toalety i zostawię kokainę w tym woreczku na stole. Nie będzie mnie przez kilka minut, wykorzystaj je dobrze" i puściła mi oczko. Tak, wzięłam kolejną działkę, a potem kolejną i kolejną. Nigdy nie było końca. Idealna wizja świata jest zbyt trudna do porzucenia, a szczeniacka ciekawość zbyt trudna do okiełznania. Biała królowa zawładnęła moim światem na wieki. Przegrałam wszystkie swoje marzenia, pogrzebałam je pod grubą warstwą białego proszku, jednak jedno moje małe pragnienie w pewnym sensie się spełniło. Chciałam, żeby kiedyś koleżanki z klasy opowiadały o mnie swoim dzieciom. Tak też było, jednak nie mówiły im o naszym zespole, który zresztą upadł, czy żadnym moich talentów. Przestrzegały je przed ludźmi takimi jak ja. Przed narkomanami, zagubionymi dzieciakami trzymanymi przez silne szpony kokainy. Pierwsza działka była jakby słowami przysięgi. "I że Cię nie opuszczę, aż do śmierci". Należymy do Białej Armii i zawsze będziemy jej wierni. 

poniedziałek, 17 września 2012

Tato, tatusiu. Wróć.

Pewnego listopadowego dnia listonosz przyniósł mi list, na którym starannie wykaligrafowanym, pochyłym pismem widniały moje dane. Kiedy przeczytałem jego treść okazało się, że jestem potrzebny w innym miejscu na świecie. Niedługo przed Bożym Narodzeniem musiałem wbić się w mundur, a zapłakana żona i córka odprowadziły mnie na pociąg. Później zająłem miejsce w gigantycznym helikopterze i patrzyłem jak moje życie oddala się ode mnie. W kieszeni munduru, zaraz przy sercu nosiłem zdjęcie mojego anioła stróża, dla którego musiałem przeżyć. Miała na imię Alinka i w chwili kiedy opuszczałem dom miała cztery latka. Na jej małej główce kwitła burza kasztanowych loków, które odziedziczyła po swojej mamie, a jej zielone oczka skrzyły się niesfornym blaskiem. Za każdym razem kiedy zabiłem człowieka miałem przed oczami moje dziecko, powtarzałem sobie, że zabijam, by móc do niej wrócić. Do nich obu - żony i córki. I tak każdego dnia przez wiele lat zabijałem czyiś synów, mężów i ojców. Nieraz leżałem ranny na polu walki, czasem któryś z kolegów pomagał mi dojść do bazy, czasem musiałem doczołgiwać się tam sam. Za każdym razem jednak wolna życia była we mnie tak ogromna, że śmierć odprawiałem z kwitkiem. Któryś z kolegów śmiał się, że mam 9 żyć - jak kot. Prawda była taka, że miałem dwa życia -Małgosię i Alinkę. I to one tak skutecznie trzymały mnie w tym tak przepełnionym śmiercią miejscu. Kiedy miałem krótką chwilę żeby się przespać zazwyczaj ten czas wykorzystywałem na rozmyślaniu jak to będzie, kiedy wrócę już do domu, do mojego małego, przytulnego domku na przedmieściach spokojnej (w porównaniu z panującymi tu warunkami) Warszawy, wyobrażałem sobie moją żonę gotującą obiad dla naszej trójki, mnie samego obejmującego ją czule od tylu i naszą córkę, rozwiązującą pracę domową. Tak bardzo brakowało mi tych codziennych rzeczy, kłótni z żoną, radosnego śmiechu dziecka. Było ciężko, ale nigdy nie zazdrościłem młodszym kolegom, którzy swoich rodzin jeszcze się nie dorobili. Oni nie mieli tak naprawdę dokąd wracać, ich życie było jakby mniej warte kiedy było tak puste, kiedy nikt poza utęsknioną matką nie czekał.
Nie byłem w domu od trzynastu lat. Moja córka ma teraz lat siedemnaście i z pewnością nie rozpoznał bym jej na ulicy. Nadszedł dzień pożegnania z wojną, nawet huk wybuchów granatów czy wystrzału karabinów wydawał się jakby przyjaźniejszy, gdy wiedziałem, że niebawem znajdę się w domu, że teraz jestem już bezpieczny. Jednak nie byłem. Ostatniego dnia służby postanowiłem dać z siebie wszystko, by wrócić do domu i móc powiedzieć "uratowałem wczoraj cholernie dużo ludzkich żyć". Tak też było. Wśród nich była piękna muzułmanka z trójką dzieci, które z uśmiechem wdzięczności utkwiły w mojej pamięci. Kiedy żegnałem się z najmłodszym - trzyletnim maluchem usłyszałem przerażająco głośny huk, zobaczyłem zamierające ze strachu oczy dzieci i tamtej kobiety, jednak nadal nie wiedziałem co takiego się stało. Później było już tylko przyjemne ciepło i ciemność. Widziałem siebie z góry, okazało się, że pocisk przeszedł przez moje ciało na wylot, przez serce. Przez zdjęcie czteroletniej córki które od trzynastu lat ciągle tam nosiłem. Tak, zginąłem ostatniego dnia walki, jednak postanowiłem wrócić do domu, spotkać rodzinę. Zostawiając za sobą ludzkie ciało bez zbytniego sentymentu ruszyłem przed siebie, nie oglądając się ani razu. Wsiadłem w helikopter, zaraz obok najlepszego kolegi. Nie widział mnie, miał łzy w oczach. "Wojna to cholernie zła rzecz. My jesteśmy dobrzy bo umieramy by inni mogli żyć. Tylko szkoda Alekandra, dzisiaj... po raz pierwszy od dwunastu lat miał zobaczyć swoje dziecko" - wyjąkał cicho.
"Dzisiaj zobaczę swoje dziecko po raz pierwszy od trzynastu lat." - poprawiłem go w myślach i kręcąc się na niewygodnym fotelu przyglądałem się milczącym chłopakom wracającym do swoich domów. Czy któryś z nich zrezygnuje ze służby w wojsku? Czy dla któregoś to już za dużo? Czy któryś z nich się zakocha i zapragnie nigdy nie opuszczać swojej wybranki? Miałem szczerą nadzieję, że tak, bo w gruncie rzeczy miłość jest piękną wartością, choć czasami bardziej okrutną niż sama śmierć. Helikopter wylądował, teraz żołnierze się pożegnali poklepując po plecach i każdy szczęśliwy, że przeżył skierował się w swoją stronę. Tomek ruszył pociągiem do Gdańska, Antek do Krakowa, Mariusz obrał kurs na Płock, a ja pognałem ku ukochanej stolicy. W moim przedziale poza mną były jeszcze tylko dwie osoby. Na peronie też pustki, jednak pojawił się ktoś.. ta twarz...tak doskonale ją znałem. Studiowałem ją całymi godzinami. Małgosia. Teraz już widocznie starsza niż w dniu kiedy widziałem po raz ostatni, z pierwszymi siwymi pasemkami włosów, a u jej boku młoda kobieta. Przepiękna, której delikatne rysy i moje spojrzenie wyraźnie powiedziały mi na kogo patrzę. Kobiety rozglądały się dookoła, ich serca biły tak szybko, że niemal wyskoczyły z piersi. Więc jednak czekały. "Przepraszam, tak bardzo chciałem wrócić".

                                                                    ***

Tato, tatusiu. Więc jednak nie wróciłeś. Dzisiaj dostałyśmy list od jednego z Twoich kolegów. To takie przykre, że nigdy nie zdążyłam przeżyć z Tobą takich chwil jak moje koleżanki. Chciałam chodzić z Tobą na ryby, chciałam, żebyś zabrał mnie nad morze, którego jeszcze nigdy nie widziałam, czy w góry. Chciałam się z Tobą śmiać na głos, tak szczerze jak z najlepszym kumplem. Ale żadna z moich koleżanek nie może powiedzieć, że jej tata, jest bohaterem. Ja mogę, tatusiu bo Ty nim byłeś i jesteś. Zawsze będziesz. Nie musiałam grać z Tobą w piłkę, żeby wiedzieć, że jesteś najlepszym tatą na świecie. Chciałeś żebym żyła w bezpieczniejszym miejscu i poświęciłeś temu życie. Zawsze będę nosić nasze jedyne wspólne zdjęcie przy sercu, jednak teraz... . Tato, tatusiu. Wróć.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Tajemniczy Kapelusznik.

Wyrzuciłam stare zdjęcia, wszystko co mogło by przypominać mi o przeszłości. Nie o jakimś konkretnym momencie, lecz o wszystkim co wydarzyło się przed dniem dzisiejszym. Oparłam się o kontener na śmieci i zaczęłam szlochać. Po chwili już płakałam jak małe dziecko, chowając twarz w dłoniach. Kiedy tylko opuściłam lewą rękę poczułam, że coś ciepłego zaciska się na niej z niemałą siłą. Powiodłam wzrokiem w tamtym kierunku i ujrzałam męską rękę ubraną w czarną, skórzaną rękawiczkę (była późna jesień), której właścicielem okazał się być przystojny mężczyzna z kapeluszem na głowie, przyodziany w czarny płaszcz. Jego oczy, wpatrujące się w moje łzy spływające po policzkach, były smutne.
-Straciłaś dzisiaj swoje życie? -zagadnął nie puszczając mojej dłoni.
-Tak.
-Chodź ze mną.
-Dokąd?
-Nie wiem, nie mam pojęcia. Po prostu chodź, przeżyjmy ten dzień razem. Zróbmy milion głupich rzeczy, zaszalejmy, ale bez imion. Dzisiejszy dzień minie i Ty pójdziesz na wschód, a ja na zachód. I nigdy więcej już się nie spotkamy. Co o tym sądzisz?
-Tak, tak zróbmy. - uśmiechnęłam się przez łzy i trzymając się za ręce poszliśmy w kierunku parku.
Wsiedliśmy w pierwszy lepszy pociąg, a kiedy już wysiedliśmy żadne z nas nie wiedziało gdzie jest.
-Przydało by się coś do picia, zajarania. Nie sądzisz? - zapytałam, a on przytaknął.
-Nie mam kasy,a Ty masz coś?
-Nie wzięłam nic z domu, ale czy to problem?
Chwilę później już chowaliśmy butelki wódki pod płaszcze, papierosy też udało nam się zwinąć. Uciekliśmy ze sklepu nie mogąc przestać się śmiać, mimo, że za nami biegło kilku wściekłych facetów. Kiedy już ich zgubiliśmy wpadliśmy na pewnego chłopaka, któremu z kieszeni wypadło kilka skrętów i niewielki woreczek z białym proszkiem w środku. Kokaina. Wszyscy troje staliśmy w bezruchu osłupieni wpatrując się w towar leżący na chodniku.
-Macie to, ale nie mówcie nikomu. Błagam. - mężczyzna zebrał szybko te rzeczy i wcisnął je w ręce mojego towarzysza.
-Nikomu nie powiemy. - mężczyzna uśmiechnął się szeroko i schował narkotyki w kieszeni płaszcza. Później poszliśmy posiedzieć nad jeziorem.
-Paliłaś kiedyś skręty? - zapytał wyciągając jednego.
-Bo to raz? - zaśmiałam się i wyciągnęłam mu go z rąk.
Wypaliliśmy go wspólnie, czułam się świetnie. On też. To było tak zwane przełamanie lodów. Później paliliśmy jednego za drugim, piliśmy, wcieraliśmy sobie kokainę w dziąsła i tańczyliśmy na plaży.
-Kocham Cię! - krzyknęłam rzucając się na szyję chłopakowi, a on objął mnie mocno.
-Tak, wiem o tym. Ale pamiętaj o umowie. -uśmiechnął się smutno.
-Nie możemy pieprzyć tej umowy?
-Nie. - jego głos był stanowczy.
Zrezygnowana pocałowałam go, chociaż byłam niemal pewna że odsunie mnie od siebie. O dziwo nie zrobił tego. Całowaliśmy się długo i namiętnie, aż wreszcie upadliśmy na chłodny piasek i głęboko oddychaliśmy patrząc sobie prosto w oczy ze źrenicami wielkości główki szpilki.
-Co jeszcze szalonego dzisiaj zrobimy?
-Będziemy żyć z całych sił, aż zabraknie nam oddechu tak jak przed chwilą.
-Dobrze.
Wtedy znów zaczął mnie całować, moje ręce automatycznie zaczęły rozpinać jego płaszcz, potem wsunęły się pod koszulę, a nawet za pasek spodni. On także nie pozostał mi dłużny.
-Chcesz tego? Na pewno? Bo nigdy więcej się już nie spotkamy i nie chcę byś miała mi to za złe.
-Dzisiaj zaczynam nowe życie. Zaczęłam je dokładnie w chwili kiedy się pojawiłeś. Właśnie uczę się żyć. Naucz mnie kochać. Wiem, czego chcę i chcę tego na pewno. A jeśli będę żałować, to co z tego. Chcę mieć wspomnienia.
-Dzisiaj jest dzisiaj. Nie myśl o przyszłości ani przeszłości.
-Dobrze. Jednak mimo wszystko... proszę. Żadnych ograniczeń, nie dzisiaj.
W odpowiedzi ściągnął mi koszulkę.
-Jak sobie życzysz - szepnął czule, całując mnie po szyi.
Jak się słusznie domyślacie zrobiliśmy to na plaży, na samym jej środku gdzie z pewnością nas ktoś widział, jednak nikt nie podchodził, za co serdecznie im dziękuję. Tajemniczy nieznajomy okazał się być świetnym kochaniem, a może to tylko narkotyki pozwoliły mi wszystko lepiej odczuć.
Kiedy obudziłam się rano on ciągle przy mnie był. Leżał oparty na łokciu i patrzył jak śpię.
-Nie chciałem odchodzić bez pożegnania.
Uśmiechnęłam się by podziękować mu za to.
-Masz jeszcze trochę kokainy?
Pokazał mi odrobinkę białego proszku która spoczywała na dnie plastikowego woreczka. Wzięliśmy ją, nazywając "koką pożegnalną". Około południa Tajemniczy Kapelusznik, jak zaczęłam go nazywać stwierdził, że to czas, abyśmy się pożegnali. Zaprotestowałam, jednak zgodnie z umową tak właśnie musiało się stać. Przy pomocy kompasu który wyciągnął z kieszeni wyznaczył wschód, na który miałam się skierować, a sam ruszył w przeciwnym kierunku.
-Mogę jeszcze o coś zapytać? - krzyknęłam za nim.
Przystanął na chwilę, a potem odwrócił się i spojrzał w moją stronę.
-Tak?
-Kim jesteś?
-Umowa! - przypomniał mi i bezceremonialnie szybkim krokiem ruszył w swoją stronę.
Stałam tak jeszcze chwilę w miejscu patrząc jak jego płaszcz unoszą podmuchy wiatru.
-Mam na imię Olivia. -spróbowałam ponownie niemal mając już łzy w oczach.
-Aleksander. -odpowiedział nawet się nie zatrzymując po czym zniknął za zakrętem.
Usiadłam na mokrym piasku i zaczęłam płakać, jednak przypomniały mi się jego słowa - "Dzisiaj jest dzisiaj. Nie myśl o przyszłości ani przeszłości." po czym wstałam, otrzepałam upiaszczone spodnie i rzucając ostatnie tęskne spojrzenie na miejsce w którym się kochaliśmy ruszyłam w swoim kierunku. Zgodnie z umową nigdy więcej nie spotkałam Aleksandra, czy Tajemniczego Kapelusznika jak zwykłam go nazywać w swoim wspomnieniu tamtej nocy.

środa, 25 lipca 2012

Klub Marionetek Śmierci.

To były walentynki. Magiczna data czternastego lutego, kiedy to wszystko tonie w przesłodzonych serduszkach, a na ulicach widać jedynie zakochanych. Miałem nieodparte wrażenie, że jestem jedyną samotną osobą tego dnia, jednak mimo wszystko patrzenie na całujące się pary sprawiało mi jakąś przyjemność. Było już ciemno, a miasta jak to miasta nocą były pięknie oświetlone. Zawsze to kochałem. Tamta noc była jednak wyjątkowa. Wyraźnie zmęczony przystanąłem na chwilę i przeciągnąłem się. Wtedy ktoś złapał mnie za rękę. Podobało mi się uczucie które mnie wtedy wypełniło - taki wewnętrzny spokój, przekonanie że teraz już wszystko będzie dobrze. Samochody i przechodnie zniknęli w przeciągu chwili. Byliśmy tylko my - ja i tajemnicza kobieta która ujmowała moją dłoń. Kiedy się jej przyjrzałem zauważyłem, że ma zielone oczy ze źrenicami węża i płonęła w nich pasja, namiętność. Miała piękne malinowe usta, które jak się potem okazało także malinami smakowały, a jej kręcone, ciemne włosy opadały na piersi. Chciałem zapytać o jej imię, o to co się dzieje, jednak kiedy tylko otworzyłem usta ona przyłożyła do nich palec na znak bym nic nie mówił. Rozbrzmiała muzyka, a moje ciało nagle jej się poddało. Zaczęliśmy tańczyć wirując na środku opustoszałych ulic. To było tango, a dziewczyna tańczyła wspaniale. Czułem, że do siebie pasujemy, że nasze ciała tak idealnie się uzupełniają i uwielbiałem patrzeć w jej oczy w których widziałem więcej namiętności, podniecenia i erotyki niż w niejednym filmie pornograficznym. Muzyka, która zdawała się rozbrzmiewać w moim sercu ciągle grała, kiedy dziewczyna przytuliła mnie mocno do siebie i zaczęła całować. Żadna z moich byłych nie całowała tak wspaniale jak ona. Raz po raz wsuwała mi język w usta, wodziła nim po moim podniebieniu, zębach. Początkowo całowała mnie delikatnie, potem z coraz większą pasją. Miałem wrażenie, że niedługo popchnie mnie na środek ulicy i zerwie ubrania, jednak tak się nie stało. Kiedy muzyka ucichła mieliśmy dokładnie sześć minut na rozmowę.
-Kim jesteś? - zapytałem w końcu, a ona jedynie patrzyła na mnie uśmiechając się zadziornie.
-Jestem Śmiercią. - wysyczała w końcu.
Miała lekko zachrypnięty i seksowny głos.
-Co Ty mówisz? - moją pierwszą myślą było to, że z pewnością uciekła z zakładu psychiatrycznego.
Jednak w przeciągu sekundy jej piękne, młode i zgrabne ciało uległo rozkładowi. Nagle kobieta miała na sobie podartą suknię, a jej ciało odchodziło od kości. Jedyne co się nie zmieniło, to jej wężowe oczy. Wtedy uznałem, że to ja oszalałem, jednak i to nie było prawdą.
-Nadal masz ochotę ze mną tańczyć, całować mnie? - zapytała.
Odpowiedź powinna być oczywista, jedynak mi to pytanie dało dużo do myślenia. Mimo, że była przerażająca w sercu czułem coś co mogę nazwać przyciąganiem. Nie chciałem, żeby ta wspólna chwila się skończyła, patrząc na nią ciągle widziałem tę piękną i seksowną szatynkę. Odgarnąłem jej włosy z czoła i skinąłem głową. Nie wydawała się być zaskoczona.
-Nie jesteś pierwszym, który nie chce mnie opuszczać. -powiedziała jakby po to, żeby się pochwalić.
-Dlaczego chcę przy Tobie zostać?
-Jeśli raz posmakujesz śmierci, chcesz być na zawsze martwy. I to nie jest magia. To kwestia Twoich pragnień.
-Więc pozwolisz mi ze sobą pójść?
-Nie. Chciałam jedynie, żebyś mnie zasmakował i pożądał przez resztę życia. Ale spokojnie, jeszcze się spotkamy. Za wiele lat, kiedy będziesz umierał w swoim ciepłym łóżku przyjdę po Ciebie. Pocałuję Cię i pójdziesz ze mną, zgoda?
-Nie. Chcę iść teraz. Cała wieczność to zbyt wiele.
Skinęła głową i ponownie mnie pocałowała, a ja czułem jakby wypijała całą moją duszę. Jakbym stawał się marionetką. Kiedy spojrzałem na swoje dłonie okazało się że są one pozbawione ciała.
-Co się stało?
-Witaj w moich szeregach, kochany. Witaj w Klubie Marionetek Śmierci.
Patrzyłem na nią z osłupieniem.
-Myliłeś się, jeśli myślałeś, że będę Cię kochać. Ludzie kochają śmierć, to ich ludzka słabość, ale śmierć nie ma słabości. Śmierć nie kocha. - szepnęła mi do ucha.
Potem wszystko zaczęło płonąć żywym ogniem, ja sam również. Moje życie spłonęło na moich oczach, a następnie zatopiło się w nieprzeniknionych ciemnościach. Nigdy więcej nie ujrzałem światła, ale też nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Zmarłem w dzień zakochanych, będąc zakochanym do szaleństwa i nadal, po wielu latach wpatruję się w moją pustkę i tęsknię za tamtym dniem. Mimo, że nie żyję moje serce uporczywie bije. Bije dla Śmierci.

piątek, 20 lipca 2012

I like pills..

Niebieska kapsułka daje szczęście, czerwona namiętność, zielona spokój, żółta złudzenia.Wszystkie z nich są magią. Codziennie rozkładam przed sobą paletę barw - każda z nich ma inne działanie. Moja krew jest tęczowa, dzisiaj wypełniają ją wszystkie kolory, serce bije mi szybciej. To piękny dzień, świat mógłby się nie kończyć. Oczywiście do czasu kiedy nie skończą się wszystkie kolory. One są w życiu ważne, nadają mu charakteru. Moje życie jest nieziemsko kolorowe. Kocham je takim jakim jest, a później trzeźwieję. Oczywiście nie na długo. Kolory mają do siebie to, że można je przyjąć na nowo kiedy działanie słabnie. Próbowałam też swego czasu koloru białego, on nie jest kapsułką. Jest śniegiem sypiącym się między moimi palcami, spadającym z nieba i wsiąkającym głęboko w moje żyły. Czasem tak mało jest we mnie życia. Po prostu trwam, jestem tu, czasem gdzieś indziej. Czasem kocham, czasem nienawidzę - to wszystko zależy od koloru. Kiedy świat blaknie zasypiam - tak właśnie wygląda moje tęczowe życie. Nikt przecież nie obiecywał, że po drugiej stronie tęczy wszystko będzie okej. Przerażający statek płynie po morzu, które widzę tylko ja. To morze jest różowe, jak moje magiczne tabletki, które dają mi siłę. Na statku są złe istoty, które chcą mnie zabić. Nie, nie pozwolę, nie umrę. Nie z ich rąk. Sama podejmę tę krwawą decyzję. Sama chcę zdecydować z jakim kolorem przed oczami zasnę, dopilnować by to nie była standardowa czerń. Moje życie jest niczym bajka, choć wcale nie jest piękne. Jest po prostu nierealne do tego stopnia, że sama w nie nie wierzę. Oh, Boże gdybyś istniał zadbał byś o mnie. Ale dzisiaj...to jest właśnie ten dzień, na który czekałam tak długo. Dłużej już czekać nie mogę. Dziewczyny kochają rozchylać wargi do pocałunku, ja także. Po moich ustach, języku, zębach przesuwają się magiczne kolory niczym język ukochanego. Są takie delikatne, tak pięknie pachną śmiercią. Wszystkie jedna po drugiej cicho lądują w moim żołądku, szepcą mi, że kochają i obiecują że będą kochać do końca mojego istnienia. Tak, wierzę im. One jedyne nigdy nie kłamią, są zbyt idealne. Dzisiaj jestem szczęśliwa, odczuwam potrzebę bliskości drugiego człowieka silniej niż zwykle, może dlatego, że to już koniec, ale w gruncie rzeczy jestem spokojna. Widzę rzeczy których nie widzą inni i to jest magia. Nic nie czuję, nie czuję samej siebie. Nawet biorąc w palce pędzel moje życie jest puste, ja jestem pusta, moje płótno i moja "sztuka". Przeciągam różnymi kolorami po materiale, zostawiam na nim trwały ślad. Kolory nigdy mnie nie opuszczą, tak bardzo je kocham. W chwilę później mam przed oczami łąkę. Wydaje mi się, że sama ją namalowałam swoimi farbami. To dobrze, obraz skończony, drzwi otwarte. Można odejść. Czuję jak upadam, a potem wznoszę się wysoko do nieba. Ląduję w morzu różnokolorowych kapsułek. Wsuwam do ust każdą po kolei aż w końcu wypełniają mnie całą. To piękne, niebo jednak istnieje i właśnie jestem w raju. W moim własnym kolorowym raju. Już nawet moje włosy nie są koloru blond, a pięknej zieleni. Odpłynęłam na zawsze czy na chwilę? Teraz już wiem, że na zawsze. Bo spotkała mnie największa tragedia jaką mogłam sobie wyobrazić. Zamknęłam oczy i widziałam tę standardową ciemność, czerń. Ale to nie ważne. Teraz będę w niebie kolorów, teraz nic się nie będzie liczyć. Odchodzę pozostawiając za sobą moją łąkę. Anioły prowadzą mnie tęczą, a ja ostrożnie stawiam każdy krok. Mogła bym się z niej zsunąć - życie jest przecież tak kruche. Wybucham szaleńczym śmiechem, przecież jestem już martwa. Staję na rękach, a w konsekwencji spadam z mojej pięknej tęczy. Płynę w bezdenną otchłań. Oh, nie. Dla mnie już na zawsze zapanowała czerń. It's not my fault that I like pills. -nucę zapadając się w ciemność.

Hey, can I kill you?

Przez wiele lat moje życie pozbawione było ludzi, uczuć i wszystkiego co się z tym wiąże. Dzisiaj jednak jest inaczej. A wszystko zaczęło się pewnego październikowego wieczoru, kiedy to sączyłem piwo w barze. Usiadła wtedy przy mnie piękna dziewczyna, której nigdy nie zapomnę. Miała na imię Allie i kiedy ją tylko ujrzałem wiedziałem, że jest kobietą na którą czekałem. Nie, nie chodzi mi tu o jakąś piękną miłość, czy inną historię która skończy się happy endem. Pamiętam, że zaproponowałem jej spacer, a ona - młoda, piękna i naiwna szybko się zgodziła. Tak więc spacerowaliśmy sennymi uliczkami Londynu w strugach deszczu. Przystanąłem na chwilę wpatrując się w nią jak to robią zakochani chłopcy.
-Mogę zrobić Ci zdjęcie? - zapytałem siląc się na najbardziej czarujący uśmiech jaki mogłem z siebie wykrzesać.
Zgodziła się skinięciem głowy, więc uwieczniłem ją na swoim telefonie.
-Wiesz, zawsze marzyłam o pocałunku w deszczu. - szepnęła nieśmiało chowając dłonie w kieszeniach jeansów.
-Jak każda dziewczyna. - zaśmiałem się cicho, jednak pocałowałem ją.
To był piękny, długi i namiętny pocałunek. Jej język błądził po moim podniebieniu, delikatnie muskał moje zęby. To było wspaniałe do tego stopnia, że aż przeszły mnie zimne dreszcze. Wyciągnąłem papierosa - moje ulubione black devile.
-Chcesz? -zapytałem kierując ku niej paczkę.
Wzięła go ode mnie, jednak na tyle niezgrabnie bym wiedział, że robi to po raz pierwszy w życiu. Chwilę później nauczyłem ją jak się zaciągać, a potem jeszcze długo się całowaliśmy. Jej dłonie raz po raz wsuwały się pod moją koszulkę lub za pasek spodni, co bardzo mi się podobało. Przez chwilę nawet myślałem, żeby odejść od swoich zamiarów, jednak ta namiętność która żyła we mnie była zbyt silna. Przed oczami miałem obraz dzieciństwa, kiedy znęcałem się nad owadami odrywając im nóżki i skrzydełka, a potem patrzyłem na ich agonię w cierpieniu. Kiedy miałem dziesięć lat zabiłem pierwszego szczura. Zrobiłem mu sekcję zwłok, mimo, że jeszcze się ruszał. Tak jakby rozkroiłem go żywcem i cieszyłem się widokiem wypływającej z jego wnętrzności ciepłej krwi. Kiedy sąsiadom zaczęły znikać domowe zwierzątka podejrzenia padły na mnie, więc i ja zniknąłem.  Wtedy jednak nie liczyło się nic poza kobietą którą trzymałem w objęciach. Właściwie, nie wiem czy zasłużyła nawet na miano kobiety, miała co najwyżej jakieś siedemnaście lat i dlatego jej krew dała mi najwięcej życia.
-Słuchaj... Ty spełniłaś swoje marzenie o pocałunku w deszczu więc i ja chciałbym spełnić swoje... chciałbym coś z Tobą zrobić.. - szepnąłem jej do ucha.
Uśmiechnęła się ukazując swoje idealnie białe zęby.
-Rób co zechcesz - zamruczała jak rasowy kot przesuwając językiem po swoich pełnych ustach.
-Chciałbym Cię zabić -złapałem ją mocno za ramię i na mojej twarzy zagościł najprawdziwszy uśmiech w moim życiu.
-Więc lubisz na ostro? - zaśmiała się, a ja odgasiłem jej papierosa na otwartej dłoni.
-Chcę Cię zabić - powtórzyłem z naciskiem.
Zapadła martwa cisza w której nie słyszałem nic poza biciem naszych serc. Jakby biły dla siebie i z pewnością tak było. Wyciągnąłem z kieszeni mój ulubiony składany nóż i ostrożnie obróciłem go w palcach patrząc na przerażenie w jej oczach.
-Nie zrobisz tego... - wydała z siebie zduszony jęk, a na moich rękach pojawiła się jej ciepła krew.
-Czyżby? - zaśmiałem się oblizując swoje zakrwawione palce.
Blask w jej oczach gasł bardzo powoli, nawet zdążyła cicho zapłakać. Z każdą sekundą jej dusza odchodziła coraz dalej i w pewnym sensie trafiała do mnie. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że nie jestem tak bezduszny jak myślałem. Usiadłem przy niej i przez chwilę głaskałem ją po kasztanowych włosach.
-Widzisz, ja żywię się duszami różnych istot. To naprawdę nie Twoja wina, że Twoja krew pachniała tak pięknie. Ale mogę oddać Ci przysługę - mówiłem do umierającej Allie - powiedz że mnie kochasz, nikt nie powinien umierać nie kochając i nie będąc kochanym.
-Kocham Cię - szepnęła z wysiłkiem, a ja odpowiedziałem jej tym samym.
To były jej ostatnie słowa, po których jej dusza w całości wypełniła moje puste dotychczas serce. Zajęła w nim wyjątkowe miejsce - w końcu była tą pierwszą. 
Zostawiłem jej nawet na pamiątkę mój ulubiony nóż wbity w jej brzuch. Ułożyłem ciało tak, by to wyglądało na samobójstwo i odszedłem zostawiając ją martwą na deszczu, nie oglądając się za siebie ani razu.
Kilka dni później wydrukowali artykuł o samobójstwie siedemnastolatki pod którym dali jej zdjęcie. Wyciąłem je starannie i powiesiłem na tablicy korkowej nad łóżkiem. Popełniłem w życiu wiele morderstw. Tak wiele, że nawet sam pomyliłem się w rachubie, nie wszystkich imion nawet znałem, ale Allie szczególnie zapadła mi w pamięć. Za każdym razem przed snem mam jej obraz przed oczami, czuję jej ciepły oddech na sobie, a na wargach ciągle mam smak czekolady. Zabijanie stało się dla mnie monotonią, więc każde zabójstwo było coraz bardziej okrutne. Potrzebowałem krwi, potrzebowałem nowych dusz, ponieważ byłem zbyt samotny. Dziś dusza każdej z nich znajduje się w moim sercu, czuję ją każdą z osobna, pamiętam gasnący blask w oczach każdej z nich. Jestem szczęśliwy, że to robię. Zabijanie daje mi życie. Jestem z tego cholernie dumny, bo wiem, że ktoś czeka na mnie w niebie, o ile ono istnieje. W każdym razie one wszystkie tam są, dla nich wszystkim jestem Bogiem. Bo kim mógłbym być dla osób którym dałem to co najpiękniejsze-śmierć?

środa, 18 lipca 2012

Tonight we all die young...

Nazywam się Harry i jestem człowiekiem, który całe życie spędził w wielkiej samotni. Pewnej grudniowej nocy obudziłem się o trzeciej nad ranem i już nie mogłem zasnąć. Usiadłem wtedy na łóżku ze szklanką wody i do mojej głowy wdarła się pewna myśl. "Widzisz Harry, masz te swoje pieprzone osiemdziesiąt cztery lata i nigdy nie kochałeś nikogo ani niczego poza swoimi pieniędzmi i pracą" i ta myśl była nadzwyczaj prawdziwa. Prowadziłem wielką firmę, byłem bogaty, miałem piękny dom w którym stało pianino. Czego chcieć więcej? No cóż...poza tym nie miałem niczego. Nie ożeniłem się, a i zakochany byłem tylko jeden, jedyny raz w życiu - na studiach. Te myśli zaczęły mnie przytłaczać. Chwiejnym krokiem podreptałem do korytarza gdzie naciągnąłem ciepłe buty na bose stopy, zimową kurtkę i czapkę na łysiejącą już, siwą głowę. Postanowiłem iść na spacer. Nogi zaniosły mnie w pewne bardzo dziwne miejsce. Cmentarz. Cichy, smutny, pokryty grubą warstwą grudniowego śniegu, z lekka przerażający. Posmutniałem jeszcze bardziej kiedy zrozumiałem, że nie mam kogo na nim odwiedzić. Mimo wszystko wszedłem na jego teren i splatając ręce na plecach spacerowym krokiem zacząłem się przechadzać alejkami. Na każdym nagrobku widniało nazwisko człowieka, który kogoś kochał, złamał komuś serce, który odszedł, który miał swoją, odrębną historię. Jeśli któryś z owych grobów w jakiś szczególny sposób przykuł moją uwagę, zatrzymywałem się przy nim i wymyślałem historię która nie miała nic wspólnego z prawdą, a która jednak mogłaby się wydarzyć. Przykładowo dla Allie Sanders zmarłej w 1832 roku ułożyłem historię miłosną, w której ona jako piękna kobieta z burzą loków uciekła ze swoim ukochanym do obcego kraju, ponieważ ich rodzice nie akceptowali tego związku, a Rona Everetta uczyniłem miejscowym śpiewakiem noszącym wytworny beret i idealnie wypastowane buty. Przez chwilę czułem jakbym znał tych ludzi, jakby byli dla mnie ważni i jakbym ja był ważny dla nich i to przytłoczyło mnie jeszcze bardziej. Już kierowałem się ku bramie cmentarza z zamiarem powrotu do domu, do ciepłego łóżka gdy dostrzegłem skromny nagrobek z nazwiskiem Lindy McCain. Poczułem, że serce nieprzyjemnie tłucze mi się w piersi, Linda była moją pierwszą i ostatnią dziewczyną. Na tablicy było nawet jej czarno-białe zdjęcie z czasów kiedy miała jakieś trzydzieści lat. Nosiła długie, proste włosy, miała piękne kobiece kształty i... nie jestem pewien czy dobrze widziałem, ponieważ światło księżyca nie było zbyt mocne, ale kiedy owe zdjęcie zostało zrobione Linda chyba była w ciąży. Podkreślone było także, że odeszła jako młoda kobieta, mając ledwo trzydzieści siedem lat ginąc w wypadku lotniczym. Ja osobiście bałem się latać, jednak pamiętam jak dwudziestokilkuletnia Linnie (tak ją pieszczotliwie nazywałem) zawsze namawiała mnie na dalekie podróże samolotem czy chociażby skok na bungee. Tak bardzo kochała wysokość i intensywne życie, jakby była nieśmiertelna. Niestety jednak nie była, nikt nie był. Postanowiłem więc na chwilę przysiąść na ławeczce i spędzić te kilka minut w towarzystwie mojej jedynej dziewczyny.
-Linnie...tyle lat Cię nie widziałem... oh, gdybym tylko wiedział, że nie żyjesz z pewnością przyszedł bym na pogrzeb. Ale nie wiedziałem. Chyba byłaś za dobra, bo ja, jak sama kiedyś stwierdziłaś jestem zły do szpiku kości i co? Ciągle tu jestem - uśmiechnąłem się -Ciekaw jestem czy mnie jeszcze pamiętasz...
-Pamiętam - ten zachrypnięty gardłowy głos poznał bym wszędzie.
Odwróciłem się, jednak w pobliżu nie było nikogo. Jedynie wiatr uginał raz po raz łyse, pokryte cienką warstwą białego puchu drzewa.
-Linnie? - szepnąłem w ciemność jednak tym razem nikt mi nie odpowiedział -Linnie, jeśli tu jesteś...
-Jeśli tu jestem to co? - zobaczyłem zarys postaci który zniknął w ciągu sekundy.
-Proszę nie krzywdź mnie - serce tłukło się w mojej piersi jak oszalałe.
Poczułem na twarzy czyiś zimny oddech. To jej. Zawsze była taka nadzwyczajnie zimna. Linda była jedyną kobietą jaką w życiu całowałem. I teraz, po niemal pięćdziesięciu latach od jej śmierci znów mogłem wsunąć język w jej lodowate, piękne usta, znów czułem smak cytryny. Linnie zawsze pachniała i smakowała jak cytryna. Chciałem położyć dłonie na jej twarzy, znów badać jej kształty jak przed laty, jednak kobieta rozpłynęła się w powietrzu, na które natrafiły moje ręce.
-Do cholery, czy ja mam halucynacje? Przecież to nie może się dziać naprawdę - mruknąłem ponuro, lekko zawiedziony, że nie mogę znów jej dotknąć.
Poczułem jak zimne ręce zaciskają się na moim gardle i jak ktoś przybliża swoją twarz do mojej.
-Powiedz, że mnie kochasz - szepnęła
-Czemu?
-Powiedz!
-K..k...kocham Cię...
-Bardzo ładnie. Widzisz, chciałam, żebyś ten ostatni raz w życiu wyznał mi miłość. Żebyś poczuł że przy mnie szybciej bije Ci serce.
Biło.
Nie zdążyłem już odpowiedzieć, ponieważ jej dłonie oplatały mi szyję jak stalowe łańcuchy zaciskając się na niej z nadludzką siłą.
Poczułem że tonę we własnej krwi wdzierającej mi się do mózgu. Pachniała cytrynami. A kiedy pękła mi żyła w ręce zaczął się sączyć z niej bezbarwny płyn, który okazał się sokiem z cytryny.
W tej chwili poczułem, że czas się cofa. Znów miałem dwadzieścia trzy lata i trzymałem Lindę w objęciach na szkolnym balu. Całowałem ją, była taka piękna, że chciałbym żeby owa chwila trwała wiecznie. Jednak to nierealne, nic nie trwa wiecznie. Każda chwila, każda miłość, każde wspomnienie, każda przyjaźń, każde uczucie, każda historia, każdy człowiek umiera. I nic nie da się na to poradzić. Ostatnimi słowami jakie usłyszałem z ust Lindy były słowa naszej ulubionej piosenki.
Tonight we all die young.

poniedziałek, 16 lipca 2012

I have no feelings...

-Jesteś pieprzonym chujem! Z niczym nie radzisz sobie jak trzeba! Nawet głupiego "kocham" nie mówiłeś mi od miesięcy! - krzyczałam do niego przez łzy.
-A Ty?! Ty jesteś zimną suką. No powiedz sama. Jesteś ze mną tylko żeby nie być sama, bo nie umiesz kochać!
-Nienawidz...-nie pozwolił mi dokończyć zamykając moje usta pocałunkiem.
Po raz pierwszy w życiu w moim sercu coś drgnęło.
Odsunęłam się od niego ostrożnie, potem jeszcze dalej. Po policzkach spływały mi strumienie łez.
-Nienawidzę Cię tak bardzo - szepnęłam i wyszłam z domu mocno trzaskając drzwiami.
Cały mój świat wirował. Otuliłam się własnymi ramionami, noc była zimna i ciemna. Sama nie wiem czy dygotałam bardziej z zimna czy strachu. Jednak najradośniejszą wtedy myślą było to, że mieszkam nad samym oceanem. Kilometr spacerkiem i znajdę się nad wielką wodą. Wyciągnęłam z kieszeni jeansów lekko pomiętą paczkę papierosów. Przeklęłam się w myślach, ponieważ oficjalnie rzucałam palenie.
-Jebać to - szepnęłam do siebie wsuwając tytoniowy rulonik w usta, a następnie go podpalając.
Pierwszy buch wzięłam bardzo duży i lekko zakasłałam. Widać moje płuca już odzwyczaiły się od tytoniowego dymu. Zdążyłam jeszcze kilka razy się porządnie zaciągnąć i dostrzegłam całodobowy sklep monopolowy. Siedział pod nim starszy mężczyzna, z daleka widać było, że jest pijany.
-Daj panienko dolara. Chociaż tyle no. Pić mi się chce.
-Masz i pieprz się stary pijaku - rzuciłam w jego stronę jednodolarowy banknot i weszłam do sklepu.
Półki aż uginały się pod ciężarem różnych alkoholi. Po chwili z zaplecza wyłoniła się młoda kobieta.
-W czym mogę pomóc? - zapytała uprzejmie.
-Daj mi coś mocnego. - mruknęłam rzucając dwadzieścia dolarów na ladę.
Chwilę to trwało jednak wyszukała jakąś dobrą wódkę. Wyszłam z budynku nawet nie oczekując na resztę, chciałam jak najszybciej zapomnieć. Zapomnieć o tym kim jestem i co czuję. A właściwie czego nie czuję, ponieważ nie miałam uczuć.
Droga nad ocean upłynęła mi szybciej kiedy miałam butelkę w jednej ręce i zapalonego papierosa w drugiej. Kiedy znalazłam się już na plaży byłam lekko wcięta. Usiadłam na wystającym z ziemi konarze, na którym zawsze siadałam z Alanem. Zaniosłam się głośnym szlochem. Księżyc w pełni zdawał się mi współczuć, rozumieć co czuję.
-Moje życie jest takie puste. - szepnęłam do siebie. -Alan ma zupełną rację, że nie mam uczuć. To naprawdę moja wina, że nikt nigdy nie nauczył mnie kochać? Dla mnie naprawdę jest już za późno?
-Nigdy nie jest za późno, młoda damo. - usłyszałam gruby, męski głos.
Odwróciłam się i moim oczom ukazał się starszy pan opierający się o swoją laskę. Jego siwe włosy lśniły w blasku księżyca. Przysiadł obok mnie i popatrzył głęboko w moje oczy jakby chciał odczytać z nich duszę.
-Opowiedz mi o tym, skarbie. - poprosił.
Wzięłam większego łyka wódki i wyciągnęłam butelkę w jego stronę. Starszy pan okazał się być abstynentem.
-Nie ma o czym opowiadać. Widzi pan, bo ja nie mam uczuć. To takie okropne, bo ja je kiedyś miałam. Oh, miałam jakieś piętnaście lat, nie więcej i kochałam pewnego chłopca. Wie pan, nie byłam w nim zakochana, tylko go kochałam i tego jestem pewna, bo jeszcze nic w moim życiu nie było takie prawdziwe. Ale on odszedł. I nigdy więcej go już nie zobaczyłam. Wtedy zrozumiałam, że nie ma sensu kochać. I nigdy więcej już nie kochałam, chociaż jestem w związku. Wie pan, on to czuje. On wie, że ja dzielę z nim łóżko, ale moje serce nie bije szybciej kiedy go widzę. Że ono nie bije dla niego.
-Czy nie sądzisz, że powinnaś odnaleźć chłopca którego kochałaś będąc młodą dziewczynką? Podobno najprawdziwsza jest ta pierwsza miłość.
-To by było dobre dla mnie. Bardzo dobre, bo być może znów bym zobaczyła ten czarujący uśmiech, poczuła jego oddech na sobie, ale widzi pan...nie pójdę do niego, nie zapukam w jego drzwi i nie spieprzę mu tym życia. Jestem egoistką ale nie do tego stopnia, żeby zniszczyć wszystko co kocha.
-To piękne co mówisz i w żadnym razie nie świadczy o Twoim egoizmie. Świadczy jedynie o tym jak bardzo go kochasz. Ale co w tej sytuacji zrobisz?
Butelka była prawie pusta, a mnie język się wyraźnie plątał.
-Nie mam pojęcia co zrobię, psze pana.
-Mów mi "dziadku". Nigdy nie miałem wnuczki choć tak bardzo pragnąłem.
Przytuliłam się do mojego dziadka i cicho załkałam, a on pogładził mnie po głowie czego nikt inny nigdy nie zrobił.
-Wiesz czemu tu przychodzę? W tym miejscu utopiła się moja żona czterdzieści lat temu. Bardzo się kochaliśmy, ale któregoś dnia ona po prostu odeszła. I nigdy nie wróciła. Zostawiła mi po sobie córkę. Teraz Elizabeth jest już dorosła, jest kardiochirurgiem. Ale jest też człowiekiem i niestety nie może mi podarować wnuczka z pewnych względów.
-Jakich? - zapytałam ocierając łzy wierzchem dłoni.
-Jej dziewczyna ma na imię Naomi i jest naprawdę piękna.
Głęboko westchnęłam.
-Wiesz dziadziu, ja już zdecydowałam co zrobię.
-Co takiego?
-Chcę stąd odejść. Nawet tego nie poczuję. Tylko proszę, nie broń mi. Ja tam będę szczęśliwa.
Liczyłam na protesty, zakazy, jednak usłyszałam tylko:
-Dobrze, jeśli da Ci to szczęście to iść w ten świat. - w oczach błyszczały mu łzy.
Ucałowałam go w policzek i przytuliłam ostatni raz.
-Zrobisz dla mnie coś jeszcze? -zapytałam cicho łkając
-Tak?
-Znajdź Michaela i powiedz mu  proszę... powiedz mu, że niejaka Emily McClaire go kochała, a teraz czeka na niego w niebie. Powiedz mu to proszę. A jeśli poznasz kiedyś mojego Alana powiedz mu, że chciałam go kochać.
Wyciągnął ku mnie swój telefon.
-Sama powiedz Alanowi, to co chcesz powiedzieć. Michaelem się zajmę, bez obaw.
Wzięłam komórkę i wystukałam na niej dobrze znany mi numer.
Odebrał po pierwszym sygnale.
-Próbowałam Cię kochać, dobrze o tym wiesz. Po prostu nie umiałam, mam zbyt zimne serce. A teraz już odchodzę.
-Co Ty mówisz?! Gdzie jesteś?
-Na plaży. Mój dziadek właśnie prowadzi mnie do ołtarza.
-Nic nie rób! Zaczekaj tam! I nie rozłączaj się! -krzyknął spanikowany jednak ja już przyciskałam czerwony przycisk.
-Dziękuję dziadziu - szepnęłam oddając mu telefon i skierowałam się w stronę oceanu.
Ostrożnie stawiałam każdy krok, bo każdy z nich był ostatni. Woda okazała się lodowata, jednak to mi nie przeszkadzało. Strach oplótł mi ręce wokół szyi, a kiedy usłyszałam z daleka głos Alana zacisnął je na dobre.
-Wyjdź stamtąd kochanie! Błagam Cię, wyjdź!
Zatęskniłam za nim, jednak woda wołała do mnie głosem Michaela. Zawróciłam i biegiem rzuciłam się ku chłopakowi. Padłam w jego ramiona i długo całowałam dygocząc z zimna.
-Tak bardzo Cię kocham - wypowiedziałam te słowa po raz pierwszy w życiu. I były one zupełnie szczere.
Dopiero kiedy w lodowatej wodzie czekałam na śmierć moje serce zapłonęło żywym ogniem. A dziadek chyba widział, że tak to się skończy. W każdym razie kiedy ponownie spojrzałam na konar wystający z ziemi jego już tam nie było. W oddali majaczyła ciemna postać przysadzistego mężczyzny. Widziałam na pewno, że odwrócił się na chwilę i mi pomachał. Odmachałam mu. Wtedy Alan popatrzył na mnie z troską.
-Co robisz? - spytał.
-Dziadzio - szepnęłam i uśmiechnęłam się promiennie, jednak kiedy ponownie spojrzałam w tamto miejsce po człowieku nie było już nawet najmniejszego śladu. Jedynie cichy wiatr jeszcze pachniał jego perfumami i miłością.
-Noc jest jeszcze młoda, a życie dopiero się zaczyna - szepnęłam Alanowi do ucha i delikatnie musnęłam jego wargi.
Wróciliśmy do domu trzymając się za ręce, jak jeszcze nigdy dotąd.

środa, 13 czerwca 2012

Ludzie to szkarady o żelaznym sercu

Navy wylądowała w świecie pełnym dziwnych istot nie będących ludźmi. Mijając ich na ulicy dokładnie widziała ich niedoskonałe ciała zaczynając od ostrych szponów, poprzez zniekształcone kończyny, kończąc na smoczych łbach zamiast głów i ślinie skapującej z głośnym pluskiem na chodniki. Część tych potworów majaczących w oddali miała także skrzydła, jednak żaden z nich nie był aniołem.
Dziewczyna przechodziła tuż obok nich nie kryjąc zniesmaczenia wzbudzanego ich odrażającym wyglądem i ciągnącego się za nim zapachem zgniłego mięsa.
Pewnego zimowego wieczoru, kiedy Navy siedziała w barze "Eden" i sączyła przez słomkę piwo z sokiem żurawinowym przysiadła się do niej jedna ze szkarad imieniem Louis.
Dziewczyna łypała na niego pogardliwie, jednak on zdawał się tego nie zauważać. Z niemałą ekscytacją opowiadał jej o swoich dalekich podróżach raz po raz obryzgując ją śliną.
-Wybacz Louis, ale nie chcę z Tobą rozmawiać. -powiedziała przepraszającym tonem podnosząc się z krzesła.
Mężczyzna o smoczym łbie przez chwilę przypatrywał się jej z uwagą. W jego oczach dostrzec można było coś na kształt wściekłości, smutku i cienia zrozumienia za razem.
-Ponieważ jestem potworem, prawda? - zapytał przeszywając ją zimnym wzrokiem na wskroś.
Delikatnie pokiwała głową.
Wtedy poczuła gadzią łapę na swojej ręce, która uparcie ciągnęła ją z powrotem ku krzesłu z którego przed chwilą się podniosła. Dziewczyna przysiadła jeszcze na chwilę wpatrując się w smutne smocze oczy.
-Widzisz Navy...wszyscy ludzie są potworami. Tylko w lustrze widzą kogoś pięknego, ale to złudzenie.
-Nie! Gdzieś tam - machnęła ręką nakreślając w powietrzu krąg - musi być ktoś piękny dla mnie!
Louis pokiwał głową w geście zrozumienia.
-Masz rację. Jednak dopóki nie odkryjesz piękna tego kogoś on na zawsze będzie dla Ciebie szkaradą.
Te słowa wprawiły Navy w zadumę. Teraz siedząc w towarzystwie Louisa zupełnie nie miała ochoty odejść od niego byle dalej.Oparła głowę na dłoniach i przez chwilę przyglądała się swojemu towarzyszowi. Jego oczy wydawały się jej teraz bardziej błękitne i głębokie i poprzednio, a część ciemnej, smoczej skóry delikatnie pobladła. Tak zaczęła się ich znajomość.
Widywali się coraz częściej, aż w końcu Louis zupełnie przestał przypominać potwora którym był ledwo przed miesiącem.
Po pół roku nieustających spotkań stali się przyjaciółmi, a niedługo później to uczucie przerodziło się w płomienną miłość.
Chłopak miał teraz oczy koloru oceanu i kasztanowe włosy sięgające mu do szyi.
-Cieszę się, że pokazałeś mi, że aby odkryć piękno człowieka należy go poznać. -mówiła mu zawsze nim zasnęła, a on w odpowiedzi jedynie się uśmiechał i przytulał ją mocniej do siebie.
Jednak pewnego dnia stało się coś, czego Navy nigdy się nie spodziewała.
Louis odszedł, jak każdy kto choć przez chwilę zajmował miejsce w jej życiu.
Odszedł z inną kobietą, mimo, że zastrzegał, że nigdy nie pokocha nikogo poza Navy.
Wtedy właśnie dziewczyna zrozumiała, że ludzie są potworami. Szkaradami o żelaznym sercu i tak już zawsze ich postrzegała.
A w długie, zimowe wieczory tęskniąc z Louisem spryskiwała jego perfumami swoje łóżko i wspominała chwile, kiedy obiecywał jej wieczność.

sobota, 14 kwietnia 2012

Chłopiec z motylami.

Delikatny, miękki niczym kocie futerko sen. Kiedy tylko zamykam oczy wszystkie uczucia stają się o niebo silniejsze. Chłodny wiatr wpadający przez otwarte okno otula moje ciało, a gwiazdy wydają się świecić pod moimi powiekami. Czuję jak idę do nieba.
Widzę już nawet kręte schody w kolorze idealnie czystego śniegu. Trzymam się mocno złotej poręczy by nie spaść, przecież chcę być już na końcu tej drogi.
Kiedy przekraczam solidne, białe, zdobione pięknymi płaskorzeźbami drzwi jestem już w niebie. To co widzę rozczarowuje mnie.
Pusta polana przykryta śniegiem.
-Nie tak wyobrażałam sobie niebo - szepcę do siebie.
I wtedy pojawia się On. Cudowny mężczyzna ze szmaragdowymi oczami wpatrujący się bacznie w moje pomarszczone, nie oszczędzone przez czas ciało.
-To jeszcze nie jest niebo. - przemawia do mnie silnym, męskim głosem i łapie moją dłoń.
Dociera wtedy do mnie, że to najprawdziwszy anioł.
-Pomyśl o tym co najbardziej w życiu kochałaś - prosi, a ja przed oczami mam już obraz swojej młodości. Otwieram usta, by coś powiedzieć, a wtedy on kładzie na nich palec. Rozumiem, że teraz wszystkie słowa są zbędne.
Kiedy nadjeżdża biały pociąg wsiadam do niego i odjeżdżam nie oglądając się za siebie.
Kolejnym przystankiem jest moje niebo.
Chwila w której opuszczam pociąg jest najwspanialszą w moim życiu. Na nowo jestem młoda, wiatr delikatnie unosi moje naturalnie rude włosy i sprawia, że nie potrafię przestać się uśmiechać. Przestrzeń dookoła mnie jest wrzosowiskiem nad którym unoszą się kolorowe motyle, czyli tym co w życiu kochałam najbardziej. Pośród wrzosów dostrzegam młodego chłopaka, a kiedy go rozpoznaję zaczynam płakać. Biegnę do niego ile sił i modlę się byle tylko nie okazał się moim urojeniem.
Kiedy i on mnie poznaje - uśmiecha się i wyciąga ręce, a ja rzucam mu się na szyję przytulając tak mocno jak tylko potrafię.
Wygląda dokładnie tak jak w dniu w którym widziałam go po raz ostatni. Miałam wtedy piętnaście lat, on prawie szesnaście. Miał na sobie czarną koszulkę w której wyglądał wspaniale. Przeczesałam palcami jego loki nie mogąc uwierzyć, że to faktycznie on.
Chciałam coś powiedzieć, cokolwiek ale słowa grzęzły mi w gardle.
-Czekałem na Ciebie - powiedział zakładając mi włosy za ucho, a ja poczułam się jak przed laty, kiedy nogi miękły mi na dźwięk jego głosu.
-Ja także czekałam - mówię w końcu i zdaję sobie sprawę z tego jak mój głos bardzo drży.
Uśmiechnął się i objął mnie mocno kładąc głowę na moim ramieniu.
 Przez wszystkie swojego lata układałam setki pytań i historii które bym mu opowiedziała, gdybym tylko go spotkała, ale teraz kiedy już tkwiłam w jego ramionach za nic nie potrafiłam przypomnieć sobie żadnej z nich. Jakby żadna nie była warta by zajmować te wspólne chwile.
-Opowiedz mi jak wyglądało Twoje życie... beze mnie - poprosiłam patrząc w jego piękne, szare oczy.
Usiadł po turecku i przyciągnął mnie do siebie.
-Ożeniłem się i przez chwilę myślałem, że jestem szczęśliwy. Wiesz, każdego ranka budziłem się przy kimś kto mnie kochał i kogo myślałem że i ja kocham, miałem córkę a potem nawet wnuka. Ale nawet nie wiesz jaką ulgę poczułem kiedy skończył mi się czas na ziemi. Miałem nadzieję, że Cię tu spotkam, a jeśli nawet nie to wiedziałem że zaczekam i razem spędzimy już tę wieczność która nam została.
Starałam się nie rozpłakać, choć było to trudne.
-Ja miałam męża, ale dziecka nigdy nie miałam szczęścia wydać na świat. Nie chciałam urodzić kogoś, kto nie byłby Twoim potomkiem. Za to nieustannie tworzyłam. Jestem... to znaczy byłam pisarką....
-Świat będzie za Tobą tęsknił - dodał smutno
-A kogo to obchodzi? Ja nie będę tęsknić za światem w którym nie było Ciebie.
Usiadłam mu na kolanach i ponownie się do niego przytuliłam. Czułam jego wspaniały zapach, wypełniłam nim całe swoje płuca.
-Pamiętasz jak kiedyś razem skakaliśmy przez kałuże? - zapytał w chwili gdy zaczął padać deszcz
Skinęłam głową, a on łapiąc mnie za rękę pobiegł przed siebie.
Skakaliśmy przez wrzosy i zagłębienia w ziemi w których zatrzymywała się woda.
Kładł swoje gorące dłonie na moich biodrach, obejmował, co jakiś czas przesuwał językiem po moich mokrych ustach.
-Tak bardzo Cię kocham - wyszeptał mi do ucha pozostawiając na moim karku swój gorący oddech.
-Ja Ciebie też - odpowiedziałam całując go. Wplatał mi co chwila palce w moje mokre włosy, a ja trzymałam go mocno oby tylko nie uleciał niczym mgła.
Pomógł mi przeskoczyć przez jeszcze jedną kałużę, a kiedy odwróciłam się by znów go pocałować jego już nie było.
Upadłam na ziemię płacząc, przeklinając i błagając Boga, by oddał mi to, co bezapelacyjnie należy do mnie.
Wtedy kolejne delikatne dźwięki zaczęły mnie wybudzać. Tak skończył się ten sen.
Spojrzałam na zegarek. Ósma rano, więc czas powrócić do życia.
Podeszłam do lustra w którym wciąż byłam tą starą kobietą która każdego wieczoru ukradkiem, by mąż nie widział całuje zdjęcie swojej pierwszej miłości i błaga już o śmierć, by być przy nim.
Zaparzyłam kawy i opierając się o próg pokoju spojrzałam na jeszcze śpiącego mężczyznę będącego moim mężem od przeszło sześćdziesięciu lat.
Patrzyłam na niego i wiedziałam na pewno, że go kocham, ale to nie on powinien zajmować to miejsce, które zajmuje.
Przypominając sobie swoją młodość z chłopcem śniącym mi się każdej nocy strasznie cierpię i czuję wtedy jak bardzo byłam samotna przez całe życie nawet otaczając się ludźmi.
Niektóre odcienie cierpienia przerażają mnie. Są jak wstęp do najciemniejszych odcieni samotności. Gdzie nie żyją już żadne motyle.
Mój mąż budzi się i uśmiecha na mój widok. Ja także się uśmiecham, bo wiem, że dzisiaj obudziłam się po raz ostatni. Przed moim oknem widzę stado motyli, a tuż za nim podąża chłopak za którym tęskniłam przez całe życie. Chcę już iść za nim, jednak wiem, że muszę dopełnić formalności.
Częstuję męża kawą i mówię że jeszcze na chwilę chcę się położyć. Wtedy moja dusza już ostatecznie opuszcza ciało i wędruje przez wrzosowiska w towarzystwie motyli i chłopca na którego czekała przeszło siedemdziesiąt lat.