Delikatny, miękki niczym kocie futerko sen. Kiedy tylko zamykam oczy wszystkie uczucia stają się o niebo silniejsze. Chłodny wiatr wpadający przez otwarte okno otula moje ciało, a gwiazdy wydają się świecić pod moimi powiekami. Czuję jak idę do nieba.
Widzę już nawet kręte schody w kolorze idealnie czystego śniegu. Trzymam się mocno złotej poręczy by nie spaść, przecież chcę być już na końcu tej drogi.
Kiedy przekraczam solidne, białe, zdobione pięknymi płaskorzeźbami drzwi jestem już w niebie. To co widzę rozczarowuje mnie.
Pusta polana przykryta śniegiem.
-Nie tak wyobrażałam sobie niebo - szepcę do siebie.
I wtedy pojawia się On. Cudowny mężczyzna ze szmaragdowymi oczami wpatrujący się bacznie w moje pomarszczone, nie oszczędzone przez czas ciało.
-To jeszcze nie jest niebo. - przemawia do mnie silnym, męskim głosem i łapie moją dłoń.
Dociera wtedy do mnie, że to najprawdziwszy anioł.
-Pomyśl o tym co najbardziej w życiu kochałaś - prosi, a ja przed oczami mam już obraz swojej młodości. Otwieram usta, by coś powiedzieć, a wtedy on kładzie na nich palec. Rozumiem, że teraz wszystkie słowa są zbędne.
Kiedy nadjeżdża biały pociąg wsiadam do niego i odjeżdżam nie oglądając się za siebie.
Kolejnym przystankiem jest moje niebo.
Chwila w której opuszczam pociąg jest najwspanialszą w moim życiu. Na nowo jestem młoda, wiatr delikatnie unosi moje naturalnie rude włosy i sprawia, że nie potrafię przestać się uśmiechać. Przestrzeń dookoła mnie jest wrzosowiskiem nad którym unoszą się kolorowe motyle, czyli tym co w życiu kochałam najbardziej. Pośród wrzosów dostrzegam młodego chłopaka, a kiedy go rozpoznaję zaczynam płakać. Biegnę do niego ile sił i modlę się byle tylko nie okazał się moim urojeniem.
Kiedy i on mnie poznaje - uśmiecha się i wyciąga ręce, a ja rzucam mu się na szyję przytulając tak mocno jak tylko potrafię.
Wygląda dokładnie tak jak w dniu w którym widziałam go po raz ostatni. Miałam wtedy piętnaście lat, on prawie szesnaście. Miał na sobie czarną koszulkę w której wyglądał wspaniale. Przeczesałam palcami jego loki nie mogąc uwierzyć, że to faktycznie on.
Chciałam coś powiedzieć, cokolwiek ale słowa grzęzły mi w gardle.
-Czekałem na Ciebie - powiedział zakładając mi włosy za ucho, a ja poczułam się jak przed laty, kiedy nogi miękły mi na dźwięk jego głosu.
-Ja także czekałam - mówię w końcu i zdaję sobie sprawę z tego jak mój głos bardzo drży.
Uśmiechnął się i objął mnie mocno kładąc głowę na moim ramieniu.
Przez wszystkie swojego lata układałam setki pytań i historii które bym mu opowiedziała, gdybym tylko go spotkała, ale teraz kiedy już tkwiłam w jego ramionach za nic nie potrafiłam przypomnieć sobie żadnej z nich. Jakby żadna nie była warta by zajmować te wspólne chwile.
-Opowiedz mi jak wyglądało Twoje życie... beze mnie - poprosiłam patrząc w jego piękne, szare oczy.
Usiadł po turecku i przyciągnął mnie do siebie.
-Ożeniłem się i przez chwilę myślałem, że jestem szczęśliwy. Wiesz, każdego ranka budziłem się przy kimś kto mnie kochał i kogo myślałem że i ja kocham, miałem córkę a potem nawet wnuka. Ale nawet nie wiesz jaką ulgę poczułem kiedy skończył mi się czas na ziemi. Miałem nadzieję, że Cię tu spotkam, a jeśli nawet nie to wiedziałem że zaczekam i razem spędzimy już tę wieczność która nam została.
Starałam się nie rozpłakać, choć było to trudne.
-Ja miałam męża, ale dziecka nigdy nie miałam szczęścia wydać na świat. Nie chciałam urodzić kogoś, kto nie byłby Twoim potomkiem. Za to nieustannie tworzyłam. Jestem... to znaczy byłam pisarką....
-Świat będzie za Tobą tęsknił - dodał smutno
-A kogo to obchodzi? Ja nie będę tęsknić za światem w którym nie było Ciebie.
Usiadłam mu na kolanach i ponownie się do niego przytuliłam. Czułam jego wspaniały zapach, wypełniłam nim całe swoje płuca.
-Pamiętasz jak kiedyś razem skakaliśmy przez kałuże? - zapytał w chwili gdy zaczął padać deszcz
Skinęłam głową, a on łapiąc mnie za rękę pobiegł przed siebie.
Skakaliśmy przez wrzosy i zagłębienia w ziemi w których zatrzymywała się woda.
Kładł swoje gorące dłonie na moich biodrach, obejmował, co jakiś czas przesuwał językiem po moich mokrych ustach.
-Tak bardzo Cię kocham - wyszeptał mi do ucha pozostawiając na moim karku swój gorący oddech.
-Ja Ciebie też - odpowiedziałam całując go. Wplatał mi co chwila palce w moje mokre włosy, a ja trzymałam go mocno oby tylko nie uleciał niczym mgła.
Pomógł mi przeskoczyć przez jeszcze jedną kałużę, a kiedy odwróciłam się by znów go pocałować jego już nie było.
Upadłam na ziemię płacząc, przeklinając i błagając Boga, by oddał mi to, co bezapelacyjnie należy do mnie.
Wtedy kolejne delikatne dźwięki zaczęły mnie wybudzać. Tak skończył się ten sen.
Spojrzałam na zegarek. Ósma rano, więc czas powrócić do życia.
Podeszłam do lustra w którym wciąż byłam tą starą kobietą która każdego wieczoru ukradkiem, by mąż nie widział całuje zdjęcie swojej pierwszej miłości i błaga już o śmierć, by być przy nim.
Zaparzyłam kawy i opierając się o próg pokoju spojrzałam na jeszcze śpiącego mężczyznę będącego moim mężem od przeszło sześćdziesięciu lat.
Patrzyłam na niego i wiedziałam na pewno, że go kocham, ale to nie on powinien zajmować to miejsce, które zajmuje.
Przypominając sobie swoją młodość z chłopcem śniącym mi się każdej nocy strasznie cierpię i czuję wtedy jak bardzo byłam samotna przez całe życie nawet otaczając się ludźmi.
Niektóre odcienie cierpienia przerażają mnie. Są jak wstęp do najciemniejszych odcieni samotności. Gdzie nie żyją już żadne motyle.
Mój mąż budzi się i uśmiecha na mój widok. Ja także się uśmiecham, bo wiem, że dzisiaj obudziłam się po raz ostatni. Przed moim oknem widzę stado motyli, a tuż za nim podąża chłopak za którym tęskniłam przez całe życie. Chcę już iść za nim, jednak wiem, że muszę dopełnić formalności.
Częstuję męża kawą i mówię że jeszcze na chwilę chcę się położyć. Wtedy moja dusza już ostatecznie opuszcza ciało i wędruje przez wrzosowiska w towarzystwie motyli i chłopca na którego czekała przeszło siedemdziesiąt lat.
sobota, 14 kwietnia 2012
niedziela, 8 kwietnia 2012
Mo chirdhe
-Angelo, mogę Cię o coś zapytać?
Mia była wyraźnie przybita. Jej zapuchnięte od płaczu oczy mówiły więcej niż wszystko.
-Oczywiście kochana, o co tylko chcesz. - odpowiedziała dziewczyna siląc się by jej głos wypadł najmilej jak to było tylko możliwe.
Nagle para zapłakanych, szmaragdowych oczu spoczęła właśnie na niej.
-Płakałaś kiedyś przez coś co zniknęło, mimo, że nigdy nie było Twoje? - jej głos drżał
Szatynka kucnęła przy rozbitej przyjaciółce i przesuwając dłonią po jej plecach odrzekła tylko:
-Oczywiście,wiele razy. - skłamała rzecz jasna. Nigdy nic podobnego jej się nie zdarzyło. - Czy coś stało się z Brianem? - dodała po chwili.
Mia pokręciła przecząco głową sprawiając, że jej niesforne loki zupełnie się teraz rozczochrały.
-Nie mówiłam Ci o tym nigdy, ale podobał mi się ktoś inny. To była dziewczyna. W zasadzie żaden cud natury, ale doprawdy mnie urzekła. Ta jej urocza inność i idealne usta. Zaprosiła mnie kiedyś na randkę, ale odmówiłam. Bo co innego mogłam zrobić?
Angelę zamurowało. Dotychczas nie miała pojęcia, że jej przyjaciółka... że podobają się jej dziewczyny.
-Mio, co się stało?
-Ona powiedziała mi... powiedziała mi jak najlepszej przyjaciółce, że ma nową dziewczynę. Powiedziała mi to w pełnym zaufaniu, a ja zamiast cieszyć się jej szczęściem pogłębiam swoją depresję siedząc w kącie i użalając się nad sobą. - zaszlochała po czym wstała i podeszła do szafy.
Zaczęła wyrzucać z niej wszystkie ubrania.
-Co robisz? - zapytała Angela.
-Nie mam pojęcia, ale muszę się czymś zająć zanim oszaleję. - odwróciła się i patrzyła teraz z uporem w oczy przyjaciółki. -Brian zupełnie mnie nie obchodzi, Caroline jest szczęśliwa z kimś innym, Luisa zmarła przed rokiem, a ja coraz bardziej tracę sens życia. To żałosne, ale powiedz mi Angelo co teraz będzie? Pamiętasz, było nas pięcioro. Martin, który zginął w wypadku, Luisa którą pokonał rak, Dominica która popełniła samobójstwo i my dwie. Jak Ty sobie poradzisz kiedy i ja do nich dołączę? - była nadzwyczaj opanowana, jakby przywykła do myśli, o śmierci.
Czy do tego w ogóle można przywyknąć? Czy da się zobaczyć świat bez siebie na nim? Poczuć smutek żałobników? Dla Angeli cieszącej się życiem i korzystającej z niego w pełni było to zupełnie nie do pojęcia, jednak Mia aż za często doświadczała tych uczuć. Żadnym wyzwaniem było dla niej mówienie głośno o tym jak to będzie, kiedy ona już będzie przeszłością nie roniąc ani jednej łzy.
-O czym Ty do cholery mówisz?!
-Wiesz przecież, że nie zmienię swojego zdania. Mogę wydawać się szczęśliwa, ale chcę umrzeć. I w żadnym razie nie dlatego że mi tak źle że ojeju, ale dlatego, że nigdy nie lubiłam życia.
Wróciła do wygrzebywania swoich rzeczy z szafy nie chcąc patrzeć na łzy zbierające się w oczach przyjaciółki.
W końcu nie wytrzymała napięcia i opierając głowę o drzwi szafy wyszeptała:
-Przepraszam Angelo, że przeczołgałam Cię przez moje bagno. Powinnam była przejść przez nie sama i sama w nim tonąć nie ciągnąć Ciebie za sobą.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, żeby się nie rozpłakać.
W jej głowie kłębiły się setki myśli. Nie wiedziała czy powinna żałować, że poznała Mię i pozostałych przyjaciół którzy nieustannie sprawiali jej przykrości i zawody czy mieć pretensje do siebie, że nie potrafiła ocalić żadnego z nich.
-Nie rób tego Mio, bądź rozważna. Kiedyś i do Ciebie przyjdzie szczęście, obiecuję. - powiedziała wychodząc z mieszkania przyjaciółki.
Dwa dni później znaleziono ciało Mii pływające w jeziorze. W kieszeni jeansów miała liścik zwinięty w kostkę. Woda nie wyrządziła mu większych szkód ponieważ był szczelnie zapieczętowany.
Ilekroć Angela go czytała łzy same spływały jej po policzkach.
Jego treść brzmiała tak:
"Kochana Angelo. Jeśli to czytasz, to znaczy że Twoja obietnica, że kiedyś szczęście przyjdzie i do mnie się spełniła. Proszę nie płacz, bo teraz jestem szczęśliwa jak jeszcze nigdy. Poza tym lubię pływać, a woda nie wygląda na zimną. Nawet jeśli... to nie potrwa długo. Właśnie jestem na schodach do nieba. Stawiam pierwszy krok. Kocham Cię Angelo, byłaś jedyną przyjaciółką która została ze mną do końca. A patrząc na to pozytywnie - nie mam już depresji. Koniec z lekarstwami i bezsennymi nocami. Szkoda, że nie możesz zobaczyć jak się uśmiecham. To wspaniałe uczucie, kiedy wiesz, że możesz zrobić już zupełnie wszystko bo koniec jest w Twoich rękach.
Strasznie Cię kocham i już niecierpliwie wyczekuję naszego spotkania po upływie określonego przez Boga czasu. Żegnaj aniołku <3
Mia"
***
Na uroczystości pogrzebowej było dużo osób, jednak daleko za nimi stała młoda kobieta w czarnym kapeluszu z ogromnym rondem. Zdaje się, że płakała, jednak bała się zbliżyć do grona pozostałych żałobników. Angela domyśliła się, że to musi być Caroline - dziewczyna która podobała się jej przyjaciółce.
Kiedy wszyscy odeszli już od świeżego grobu Mii piękna nieznajoma odważyła się do niego zbliżyć, jakby chciała porozmawiać z dziewczyną sam na sam co było już fizycznie nie możliwe.
Padła na kolana przed świeżo usypanym wzniesieniem ukrywającym pod sobą trumnę i wyszeptała 'Mo chridhe" co oznaczało "Moje Serce", a potem kilkakrotnie wypowiedziała imię "Mia", które w łacinie oznaczało "moje".
Mia była wyraźnie przybita. Jej zapuchnięte od płaczu oczy mówiły więcej niż wszystko.
-Oczywiście kochana, o co tylko chcesz. - odpowiedziała dziewczyna siląc się by jej głos wypadł najmilej jak to było tylko możliwe.
Nagle para zapłakanych, szmaragdowych oczu spoczęła właśnie na niej.
-Płakałaś kiedyś przez coś co zniknęło, mimo, że nigdy nie było Twoje? - jej głos drżał
Szatynka kucnęła przy rozbitej przyjaciółce i przesuwając dłonią po jej plecach odrzekła tylko:
-Oczywiście,wiele razy. - skłamała rzecz jasna. Nigdy nic podobnego jej się nie zdarzyło. - Czy coś stało się z Brianem? - dodała po chwili.
Mia pokręciła przecząco głową sprawiając, że jej niesforne loki zupełnie się teraz rozczochrały.
-Nie mówiłam Ci o tym nigdy, ale podobał mi się ktoś inny. To była dziewczyna. W zasadzie żaden cud natury, ale doprawdy mnie urzekła. Ta jej urocza inność i idealne usta. Zaprosiła mnie kiedyś na randkę, ale odmówiłam. Bo co innego mogłam zrobić?
Angelę zamurowało. Dotychczas nie miała pojęcia, że jej przyjaciółka... że podobają się jej dziewczyny.
-Mio, co się stało?
-Ona powiedziała mi... powiedziała mi jak najlepszej przyjaciółce, że ma nową dziewczynę. Powiedziała mi to w pełnym zaufaniu, a ja zamiast cieszyć się jej szczęściem pogłębiam swoją depresję siedząc w kącie i użalając się nad sobą. - zaszlochała po czym wstała i podeszła do szafy.
Zaczęła wyrzucać z niej wszystkie ubrania.
-Co robisz? - zapytała Angela.
-Nie mam pojęcia, ale muszę się czymś zająć zanim oszaleję. - odwróciła się i patrzyła teraz z uporem w oczy przyjaciółki. -Brian zupełnie mnie nie obchodzi, Caroline jest szczęśliwa z kimś innym, Luisa zmarła przed rokiem, a ja coraz bardziej tracę sens życia. To żałosne, ale powiedz mi Angelo co teraz będzie? Pamiętasz, było nas pięcioro. Martin, który zginął w wypadku, Luisa którą pokonał rak, Dominica która popełniła samobójstwo i my dwie. Jak Ty sobie poradzisz kiedy i ja do nich dołączę? - była nadzwyczaj opanowana, jakby przywykła do myśli, o śmierci.
Czy do tego w ogóle można przywyknąć? Czy da się zobaczyć świat bez siebie na nim? Poczuć smutek żałobników? Dla Angeli cieszącej się życiem i korzystającej z niego w pełni było to zupełnie nie do pojęcia, jednak Mia aż za często doświadczała tych uczuć. Żadnym wyzwaniem było dla niej mówienie głośno o tym jak to będzie, kiedy ona już będzie przeszłością nie roniąc ani jednej łzy.
-O czym Ty do cholery mówisz?!
-Wiesz przecież, że nie zmienię swojego zdania. Mogę wydawać się szczęśliwa, ale chcę umrzeć. I w żadnym razie nie dlatego że mi tak źle że ojeju, ale dlatego, że nigdy nie lubiłam życia.
Wróciła do wygrzebywania swoich rzeczy z szafy nie chcąc patrzeć na łzy zbierające się w oczach przyjaciółki.
W końcu nie wytrzymała napięcia i opierając głowę o drzwi szafy wyszeptała:
-Przepraszam Angelo, że przeczołgałam Cię przez moje bagno. Powinnam była przejść przez nie sama i sama w nim tonąć nie ciągnąć Ciebie za sobą.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, żeby się nie rozpłakać.
W jej głowie kłębiły się setki myśli. Nie wiedziała czy powinna żałować, że poznała Mię i pozostałych przyjaciół którzy nieustannie sprawiali jej przykrości i zawody czy mieć pretensje do siebie, że nie potrafiła ocalić żadnego z nich.
-Nie rób tego Mio, bądź rozważna. Kiedyś i do Ciebie przyjdzie szczęście, obiecuję. - powiedziała wychodząc z mieszkania przyjaciółki.
Dwa dni później znaleziono ciało Mii pływające w jeziorze. W kieszeni jeansów miała liścik zwinięty w kostkę. Woda nie wyrządziła mu większych szkód ponieważ był szczelnie zapieczętowany.
Ilekroć Angela go czytała łzy same spływały jej po policzkach.
Jego treść brzmiała tak:
"Kochana Angelo. Jeśli to czytasz, to znaczy że Twoja obietnica, że kiedyś szczęście przyjdzie i do mnie się spełniła. Proszę nie płacz, bo teraz jestem szczęśliwa jak jeszcze nigdy. Poza tym lubię pływać, a woda nie wygląda na zimną. Nawet jeśli... to nie potrwa długo. Właśnie jestem na schodach do nieba. Stawiam pierwszy krok. Kocham Cię Angelo, byłaś jedyną przyjaciółką która została ze mną do końca. A patrząc na to pozytywnie - nie mam już depresji. Koniec z lekarstwami i bezsennymi nocami. Szkoda, że nie możesz zobaczyć jak się uśmiecham. To wspaniałe uczucie, kiedy wiesz, że możesz zrobić już zupełnie wszystko bo koniec jest w Twoich rękach.
Strasznie Cię kocham i już niecierpliwie wyczekuję naszego spotkania po upływie określonego przez Boga czasu. Żegnaj aniołku <3
Mia"
***
Na uroczystości pogrzebowej było dużo osób, jednak daleko za nimi stała młoda kobieta w czarnym kapeluszu z ogromnym rondem. Zdaje się, że płakała, jednak bała się zbliżyć do grona pozostałych żałobników. Angela domyśliła się, że to musi być Caroline - dziewczyna która podobała się jej przyjaciółce.
Kiedy wszyscy odeszli już od świeżego grobu Mii piękna nieznajoma odważyła się do niego zbliżyć, jakby chciała porozmawiać z dziewczyną sam na sam co było już fizycznie nie możliwe.
Padła na kolana przed świeżo usypanym wzniesieniem ukrywającym pod sobą trumnę i wyszeptała 'Mo chridhe" co oznaczało "Moje Serce", a potem kilkakrotnie wypowiedziała imię "Mia", które w łacinie oznaczało "moje".
wtorek, 3 kwietnia 2012
Wspomnienie Layli Green.
2 lipca 1984r.
Ciemność. Nie widziałam nic poza nią, ale mimo to nie bałam się. Landon był tuż obok mnie. Ściskał moją dłoń.
-Zimno mi... gdzie jesteśmy? - zapytałam wtulając się w niego
-Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy, ale zaraz zabiorę Cię do domu. Obiecuję. - szepnął przesuwając dłonią po mojej głowie.
Szliśmy dalej w milczeniu, aż w końcu Landon zobaczył samotny, maleńki, pozbawiony oświetlenia domek.
-Chodź - szarpnął mnie za rękę, a ja bezwiednie podążałam za nim.
Drzwi otworzył nam starszy pan w podartym kapeluszu na głowie.
-Dobry wieczór - wybełkotał Landon -czy mógłby nas pan przenocować? Zgubiliśmy się.
-Oh te dzieciaki! No wchodźcie, wchodźcie. Mimo, że jest lipiec to noce mamy wyjątkowo zimne. -mężczyzna wydał się być sympatyczny, a kiedy się uśmiechnął dostrzegłam, że ma złote zęby.
-Czego wam potrzeba? - zapytał kiedy tylko przekroczyliśmy próg jego chatki -Napijecie się czegoś ciepłego? A może od razu zaprowadzić was do pokoju, w którym będziecie spać? -im dłużej na niego patrzyłam tym bardziej pewna byłam, że ten człowiek jest okropnie samotny, a widząc nas poczuł się jakby dostał nowe życie. Gotowa byłam nawet zgodzić się na herbatę i krótką pogawędkę z nim, jednak Landon mocno zacisnął dłoń na moim nadgarstku i powiedział, że jesteśmy bardzo zmęczeni, a herbaty z chęcią napijemy się rano. Pozostało mi jednak uśmiechnąć się i przytaknąć.
Kiedy miałam okazję rozejrzeć się dom wydawał się o wiele większy niż z zewnątrz. Miał nawet niewielkie pięterko, na którym były dwa pokoiki.
-Pościel jest czysta - nie musicie się obawiać. W tym pokoju nie było nikogo przez ostatnie czterdzieści lat. - powiedział odprowadzając nas pod drzwi pokoju i wręczając świeczkę. -Dobranoc dzieciaki. Gdybyście czegoś potrzebowali, to jestem na dole - rzekł wesoło i zszedł po skrzypiących schodach.
Kiedy znaleźliśmy się w środku zobaczyłam idealny porządek. Wszystkie rzeczy poskładane były w idealną kostkę, a gruba warstwa kurzu potwierdzała jedynie słowa starca.
W pokoju było jedno łóżko pościelone dla dwóch osób, niewielki stolik, szafa i dwa czerwone fotele. Było tam strasznie pusto. Żadnych obrazów na ścianach, które były jedynie kilkoma deskami nie pomalowanymi nawet na żaden kolor.
-Dlaczego nie chciałeś z nim porozmawiać? Na pewno jest samotny. Ucieszył by się. - zapytałam kiedy Landon gorączkowo próbował zapalić świecę, która dopiero co zgasła
-Obiecałem zabrać Cię do domu - szepnął dokładnie w chwili, kiedy świeca zapłonęła.
Usiadłam na fotelu na przeciw niego i zaczęłam mu się przyglądać. Wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Był jakby zdenerwowany, ręce mu się trzęsły, źrenice stały się ogromnymi spodkami, a po czole spływały mu krople potu.
-I to jest ten dom? - zapytałam w końcu.
Pokręcił przecząco głową i gestem pokazał bym dała mu rękę.
Sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął z niej mały, plastikowy woreczek i strzykawkę. Odruchowo cofnęłam się, jednak ufałam mu. Ponownie położyłam rękę na stoliku dygocząc ze strachu.
Landon zacisnął mi rzemyk na przedramieniu, a ja z uwagą obserwowałam każdy jego ruch.
-Na pewno wiesz co robisz? - wyjąkałam i zdałam sobie sprawę z tego, jak słaby nagle stał się mój głos.
Podwinął rękawy jakby nie usłyszał mojego pytania, jednak szybko zorientowałam się, że to właśnie jest odpowiedź. Jego ręce były w wielu miejscach pokryte śladami po wkłuciach.
Wyciągnął z kieszeni łyżeczkę i wysypał na nią biały proszek, a potem dodał kilka kropel soku z cytryny. Trzymał chwilę tę mieszankę na łyżeczce, nad ogniem świecy, a kiedy była już w zupełności płynna napełnił nią strzykawkę. Pomacał delikatnie moją rękę, jednak zanim wkuł mi się w żyłę popatrzył mi prosto w oczy jakby chciał upewnić się, że tego chcę, więc kiwnęłam nerwowo głową.
-Don't be scared baby. I'll take you home. - wyszeptał z miłością, ja poczułam zimno igły na swojej skórze, a potem delikatne ukłucie.
Czułam jak moja krew zaczyna płynąć szybciej niosąc ze sobą heroinę. Po chwili ta substancja wypełniła mnie w zupełności. Zrobiło mi się nagle ciepło i przyjemnie, ból jaki odczuwałam przy wkłuciu zniknął. Byłam szczęśliwa, że tu jestem, że jestem razem z Landonem i przez myśl przemknęło mi nawet, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, jednak siedziałam grzecznie w fotelu obserwując uważnie Landona powtarzającego tę samą czynność co przed chwilą. Kiedy i on wstrzyknął sobie swoją działkę zauważyłam, że od razu się uspokoił, ręce przestały mu się trząść, źrenice przybrały rozmiar główki szpilki, czyli taki jaki miały zazwyczaj kiedy go widywałam, a na jego twarzy zagościł uśmiech.
Usiadłam mu na kolanach i mocno go przytuliłam.
-Tak bardzo Cię kocham, Landon. - wyznałam szczerze przeczesując palcami jego ciemne włosy.
Zaczął mnie całować z taką namiętnością, jak jeszcze nigdy dotąd. Naszą pierwszą wspólną noc spędziliśmy zaćpani i nie pamiętam z tego nic poza tym, że chyba mi się podobało.
Rano, kiedy się obudziłam Landon już nie spał. Przesuwał opuszkami palców po mojej skórze i patrzył na mnie z troską.
-Dzisiaj też weźmiemy? - zapytałam od razu zdając sobie sprawę z tego jak bardzo mam na to ochotę.
-Więc już należysz do mojego świata, Layla - uśmiechnął się i sięgnął po strzykawkę.
Jego źrenice były maleńkie, a on sam spokojny jak baranek więc domyśliłam się, że już wziął.
Wstrzyknął mi moją dawkę i znów poczułam się wolna, jednak to było trochę inne uczucie niż zeszłego wieczoru. Teraz wydawało mi się, że lepiej kontroluję samą siebie. Szczęśliwa i spokojna ubrałam się i zeszłam z Landonem na dół po skrzypiących schodach, gdzie w fotelu siedział starszy pan z kapeluszem zsuniętym na oczy. Kiedy tylko usłyszał nasze kroki od razu podniósł głowę i powitał nas uśmiechem.
Tym razem także odmówiliśmy pogawędek i dziękując za gościnę wszyliśmy z jego chatki.
-Dlaczego nie chciałaś z nim porozmawiać? - zapytał jakby z przekory Landon
Uśmiechnęłam się jedynie, wiedząc, że zna odpowiedź na to pytanie.
Kiedy byłam naćpana nie czułam potrzeby rozmowy z kimkolwiek, a kiedy tylko trzeźwiałam pragnęłam kolejnej działki. I od tamtej nocy tak właśnie wyglądało moje życie. Dzień w dzień.
Często sama dziwiłam się jak szybko stałam się narkomanką i nie zauważyłam nawet dnia, w którym przestałam brać dla przyjemności, a zaczęłam dla przymusu.
Kiedy człowiek zbyt długo żyje w idealnym świecie ten realny wydaje się być bolesną iluzją, przykrym wspomnieniem.
Narkomański świat to nasza pełnia szczęścia, z której nie potrafimy zrezygnować, a jedyną miłością, której potrafimy być wierni jest pełna strzykawka.
Ciemność. Nie widziałam nic poza nią, ale mimo to nie bałam się. Landon był tuż obok mnie. Ściskał moją dłoń.
-Zimno mi... gdzie jesteśmy? - zapytałam wtulając się w niego
-Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy, ale zaraz zabiorę Cię do domu. Obiecuję. - szepnął przesuwając dłonią po mojej głowie.
Szliśmy dalej w milczeniu, aż w końcu Landon zobaczył samotny, maleńki, pozbawiony oświetlenia domek.
-Chodź - szarpnął mnie za rękę, a ja bezwiednie podążałam za nim.
Drzwi otworzył nam starszy pan w podartym kapeluszu na głowie.
-Dobry wieczór - wybełkotał Landon -czy mógłby nas pan przenocować? Zgubiliśmy się.
-Oh te dzieciaki! No wchodźcie, wchodźcie. Mimo, że jest lipiec to noce mamy wyjątkowo zimne. -mężczyzna wydał się być sympatyczny, a kiedy się uśmiechnął dostrzegłam, że ma złote zęby.
-Czego wam potrzeba? - zapytał kiedy tylko przekroczyliśmy próg jego chatki -Napijecie się czegoś ciepłego? A może od razu zaprowadzić was do pokoju, w którym będziecie spać? -im dłużej na niego patrzyłam tym bardziej pewna byłam, że ten człowiek jest okropnie samotny, a widząc nas poczuł się jakby dostał nowe życie. Gotowa byłam nawet zgodzić się na herbatę i krótką pogawędkę z nim, jednak Landon mocno zacisnął dłoń na moim nadgarstku i powiedział, że jesteśmy bardzo zmęczeni, a herbaty z chęcią napijemy się rano. Pozostało mi jednak uśmiechnąć się i przytaknąć.
Kiedy miałam okazję rozejrzeć się dom wydawał się o wiele większy niż z zewnątrz. Miał nawet niewielkie pięterko, na którym były dwa pokoiki.
-Pościel jest czysta - nie musicie się obawiać. W tym pokoju nie było nikogo przez ostatnie czterdzieści lat. - powiedział odprowadzając nas pod drzwi pokoju i wręczając świeczkę. -Dobranoc dzieciaki. Gdybyście czegoś potrzebowali, to jestem na dole - rzekł wesoło i zszedł po skrzypiących schodach.
Kiedy znaleźliśmy się w środku zobaczyłam idealny porządek. Wszystkie rzeczy poskładane były w idealną kostkę, a gruba warstwa kurzu potwierdzała jedynie słowa starca.
W pokoju było jedno łóżko pościelone dla dwóch osób, niewielki stolik, szafa i dwa czerwone fotele. Było tam strasznie pusto. Żadnych obrazów na ścianach, które były jedynie kilkoma deskami nie pomalowanymi nawet na żaden kolor.
-Dlaczego nie chciałeś z nim porozmawiać? Na pewno jest samotny. Ucieszył by się. - zapytałam kiedy Landon gorączkowo próbował zapalić świecę, która dopiero co zgasła
-Obiecałem zabrać Cię do domu - szepnął dokładnie w chwili, kiedy świeca zapłonęła.
Usiadłam na fotelu na przeciw niego i zaczęłam mu się przyglądać. Wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Był jakby zdenerwowany, ręce mu się trzęsły, źrenice stały się ogromnymi spodkami, a po czole spływały mu krople potu.
-I to jest ten dom? - zapytałam w końcu.
Pokręcił przecząco głową i gestem pokazał bym dała mu rękę.
Sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął z niej mały, plastikowy woreczek i strzykawkę. Odruchowo cofnęłam się, jednak ufałam mu. Ponownie położyłam rękę na stoliku dygocząc ze strachu.
Landon zacisnął mi rzemyk na przedramieniu, a ja z uwagą obserwowałam każdy jego ruch.
-Na pewno wiesz co robisz? - wyjąkałam i zdałam sobie sprawę z tego, jak słaby nagle stał się mój głos.
Podwinął rękawy jakby nie usłyszał mojego pytania, jednak szybko zorientowałam się, że to właśnie jest odpowiedź. Jego ręce były w wielu miejscach pokryte śladami po wkłuciach.
Wyciągnął z kieszeni łyżeczkę i wysypał na nią biały proszek, a potem dodał kilka kropel soku z cytryny. Trzymał chwilę tę mieszankę na łyżeczce, nad ogniem świecy, a kiedy była już w zupełności płynna napełnił nią strzykawkę. Pomacał delikatnie moją rękę, jednak zanim wkuł mi się w żyłę popatrzył mi prosto w oczy jakby chciał upewnić się, że tego chcę, więc kiwnęłam nerwowo głową.
-Don't be scared baby. I'll take you home. - wyszeptał z miłością, ja poczułam zimno igły na swojej skórze, a potem delikatne ukłucie.
Czułam jak moja krew zaczyna płynąć szybciej niosąc ze sobą heroinę. Po chwili ta substancja wypełniła mnie w zupełności. Zrobiło mi się nagle ciepło i przyjemnie, ból jaki odczuwałam przy wkłuciu zniknął. Byłam szczęśliwa, że tu jestem, że jestem razem z Landonem i przez myśl przemknęło mi nawet, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, jednak siedziałam grzecznie w fotelu obserwując uważnie Landona powtarzającego tę samą czynność co przed chwilą. Kiedy i on wstrzyknął sobie swoją działkę zauważyłam, że od razu się uspokoił, ręce przestały mu się trząść, źrenice przybrały rozmiar główki szpilki, czyli taki jaki miały zazwyczaj kiedy go widywałam, a na jego twarzy zagościł uśmiech.
Usiadłam mu na kolanach i mocno go przytuliłam.
-Tak bardzo Cię kocham, Landon. - wyznałam szczerze przeczesując palcami jego ciemne włosy.
Zaczął mnie całować z taką namiętnością, jak jeszcze nigdy dotąd. Naszą pierwszą wspólną noc spędziliśmy zaćpani i nie pamiętam z tego nic poza tym, że chyba mi się podobało.
Rano, kiedy się obudziłam Landon już nie spał. Przesuwał opuszkami palców po mojej skórze i patrzył na mnie z troską.
-Dzisiaj też weźmiemy? - zapytałam od razu zdając sobie sprawę z tego jak bardzo mam na to ochotę.
-Więc już należysz do mojego świata, Layla - uśmiechnął się i sięgnął po strzykawkę.
Jego źrenice były maleńkie, a on sam spokojny jak baranek więc domyśliłam się, że już wziął.
Wstrzyknął mi moją dawkę i znów poczułam się wolna, jednak to było trochę inne uczucie niż zeszłego wieczoru. Teraz wydawało mi się, że lepiej kontroluję samą siebie. Szczęśliwa i spokojna ubrałam się i zeszłam z Landonem na dół po skrzypiących schodach, gdzie w fotelu siedział starszy pan z kapeluszem zsuniętym na oczy. Kiedy tylko usłyszał nasze kroki od razu podniósł głowę i powitał nas uśmiechem.
Tym razem także odmówiliśmy pogawędek i dziękując za gościnę wszyliśmy z jego chatki.
-Dlaczego nie chciałaś z nim porozmawiać? - zapytał jakby z przekory Landon
Uśmiechnęłam się jedynie, wiedząc, że zna odpowiedź na to pytanie.
Kiedy byłam naćpana nie czułam potrzeby rozmowy z kimkolwiek, a kiedy tylko trzeźwiałam pragnęłam kolejnej działki. I od tamtej nocy tak właśnie wyglądało moje życie. Dzień w dzień.
Często sama dziwiłam się jak szybko stałam się narkomanką i nie zauważyłam nawet dnia, w którym przestałam brać dla przyjemności, a zaczęłam dla przymusu.
Kiedy człowiek zbyt długo żyje w idealnym świecie ten realny wydaje się być bolesną iluzją, przykrym wspomnieniem.
Narkomański świat to nasza pełnia szczęścia, z której nie potrafimy zrezygnować, a jedyną miłością, której potrafimy być wierni jest pełna strzykawka.
A co jeśli kiedyś wszystkie gwiazdy spadną z nieba?
Wakacje Jamie zaczęły się tragiczną wiadomością zmieniającą całe jej życie. Dokładnie w dniu zakończenia roku szkolnego odebrała wyniki badań przeprowadzanych niecałe dwa tygodnie wcześniej.
Do tej pory była pogodną osobą mającą mnóstwo wspaniałych znajomych. Zmieniło się to jednak dokładnie w chwili gdy przekroczyła próg gabinetu lekarskiego. Po zobaczeniu wyników jej badań lekarz uznał, że najpierw powinien porozmawiać z rodzicami dziewczyny, jednak ona upierała się, że chce wiedzieć pierwsza.
-Jamie...masz białaczkę... - w głosie mężczyzny dało się usłyszeć jak trudno jest mu wyznawać tę bolesną prawdę osobie dopiero wkraczającej w życie.
-Czy da się z tym coś zrobić?
-Przykro mi, ale jest już za późno. Każdy kolejny krok mógłby jednie pogorszyć tę sytuację.
Dziewczyna zbladła, a jej źrenice zamieniły się w gigantyczne spodki. Wstała i wyszła z gabinetu bez słowa. W głowie miała pustkę. Szła przed siebie - donikąd, czyli dokładnie w tym kierunku w którym zmierzało jej życie. Po długiej wędrówce okrężnymi drogami w końcu znalazła się w domu, gdzie czekali zmartwieni rodzice.
-Mam białaczkę - mruknęła i nagle jej własny głos wydał jej się zupełnie obcy.
Matka zaniosła się głośnym płaczem, a ojciec nie wiedział czy uspokajać szlochającą żonę czy chorą córkę.
-Ucisz ją. Ja chcę zadzwonić do Lewisa. -szepnęła dziewczyna wdrapując się na szczyt schodów prowadzących do jej pokoju.
Lewis był jej chłopakiem od trzech miesięcy. Wybrała numer do niego i przyłożyła słuchawkę do ucha. Po kilku sygnałach usłyszała jego jak zwykle radosny głos.
-Jak tam kochanie? -zamruczał
-Musimy się spotkać. Wpadniesz do mnie za pół godziny?
-Coś się stało?
-Po prostu przyjdź- warknęła odkładając słuchawkę.
Niedługo później rozległo się pukanie do drzwi. Pobiegła by otworzyć. W progu zobaczyła wysokiego bruneta w włosami zaczesanymi do góry - Lewisa. Wzięła go za rękę i wyciągnęła przed dom. Usiedli na trawie.
-Co jest Jamie? - zapytał wyraźnie zaniepokojony
-Mam mówić prosto z mostu?
W odpowiedzi skinął głową, a ona poczuła jak coś zawiązuje się na jej sercu.
-Mam białaczkę. Umrę.
Chłopak zbladł wydając z siebie cichy jęk rozżalenia.
-Powiedz, że żartujesz.
Spuściła wzrok. Pomyślała, że bardzo chciała by żartować. Chciała by uśmiechnąć się teraz i móc powiedzieć Lewisowi, że tak naprawdę chodziło o to, że nie może iść z nim na sobotnią imprezę bo zobowiązała się pilnować trzyletniego kuzyna. Ale nie mogła żadnej z tych rzeczy zrobić. Umierała i jej chłopak miał prawo o tym wiedzieć.
-Przykro mi - mruknął -Sorry, ale muszę spadać na obiad. Pogadamy o tym wieczorem na fejsie, ok?
Skinęła głową choć w rzeczywistości nie miała zamiaru z nim więcej o tym rozmawiać. A już na pewno nie przez internet.
Kiedy tylko chłopak zniknął jej z pola widzenia wybuchła płaczem i pobiegła przed siebie nie zwracając na nic uwagi.Znalazła się nad jeziorem. Usiadła na pomoście i zanurzyła stopy w chłodnej wodzie. Zaczął padać deszcz sprawiając, że krople wody spływały po ciele Jamie. Płakała jak dziecko chowając twarz w dłoniach.
- Co tu robisz w taką pogodę? Zmykaj do domu! - usłyszała męski głos.
Odwróciła się i ujrzała szatyna jej wzrostu bacznie wpatrującego się w nią swoimi zielonymi oczami.
Kiedy tylko zobaczył jej zapuchniętą od płaczu twarz natychmiast do niej podbiegł i zapytał czy może jakoś pomóc.
- Kim jesteś? - zapytała ocierając łzy
- Philip, przychodzę tu robić zdjęcia. - wskazał na swoją lustrzankę
Dziewczyna objęła nieznajomego chłopaka okazując tym swoją ufność i potrzebę kontaktu z ludźmi.
Po chwili milczenia opowiedziała mu o sytuacji w której się znalazła i o tym jak strasznie jej przykro, że jej chłopak potraktował ją tak w chwili kiedy wyznała mu, że przed nią jedynie kilka miesięcy życia.
Philip przytulił Jamie i siedzieli tak razem w milczeniu. Mimo że nie znali się tak naprawdę, to nie było niezręczne milczenie. Mieli wrażenie że spędzili razem całe lata.
-Kiedyś straciłem przyjaciółkę -powiedział przerywając ciszę.
-Opowiedz mi o niej - szepnęła Jamie siląc się na uśmiech.
-Znałem ją od zawsze. Mieszkała dwa domy dalej. Włosy zawsze ścinała tak jak chłopcy, nigdy nie nosiła sukienek. Była jedną z nas i to mi się w niej podobało. Wiesz o czym mówię, prawda? Po prostu pasowała. Uchodziła za twardą. Nie płakała kiedy się przewróciła. To jasne. Wychowywała się wśród chłopców, gdzie płacz był oznaką słabości, ale miała dobre serce. Wszystkie chore zwierzęta jakie znajdowała zanosiła do domu, a potem z tatą zawoziła do lecznicy dla zwierząt. Strasznie za nią tęsknię.
-Gdzie ona teraz jest? - zapytała Jamie choć wydawało jej się, że zna odpowiedź
Spojrzał na zachodzące słońce i mocniej zacisnął dłoń na ramieniu Jamie.
-Jest tam, gdzie Ty idziesz. Mam nadzieję, że się spotkacie. Mimo, że nie znam Cię, to wydajesz mi się być dobrą dziewczyną. Dobro po prostu bije od Ciebie.
W tej chwili dziewczyna przypomniała sobie wszystkie dobre rzeczy które w życiu robiła i zaczęła się zastanawiać czy zdąży zrobić kolejną taką rzecz.
-Obiecasz mi coś?
-Co takiego? -ogarnął dłonią jej mokre włosy z czoła
-Przyjdziesz na mój pogrzeb?
Oboje poczuli ogarniający ich smutek.
-Obiecuję, że przyjdę. Będę przychodził do Ciebie każdego dnia.
Uśmiechnęła się ponuro.
-Bardzo boję się śmierci - wyznała
-Wierzysz w Boga? - zapytał nagle Philip.
Dziewczyna skinęła głową.
-Napisz do niego list. Ja często to robię kiedy jest mi ciężko. Wtedy czuję naprawdę, że mam przyjaciela. Pytam o Etienne i proszę, by się nią opiekował. Wiem, że nie dostanę odpowiedzi, ale dzięki temu czuję się lepiej. Jestem w stanie lepiej poradzić sobie ze swoimi problemami.
-To dobry pomysł, dziękuję. Napiszę do niego jeszcze dziś wieczór. - na jej twarzy pojawił się pierwszy tego dnia szczery uśmiech, a niebo przeszył blask zachodzącego słońca.
***
Drogi Boże,
Mamy 25 października. Przepraszam, że dawno do Ciebie nie pisałem, jednak to w żadnym razie nie oznacza, że zapomniałem o Tobie.
Chciałbym Ci powiedzieć, że Jamie zmarła. Stało się to dziś wieczorem. Zabiła ją choroba. Spodziewałem się tego oczywiście, ale zabolało mnie to wyjątkowo bardzo.
Dziękuję Ci za to, że pozwoliłeś mi się z nią zaprzyjaźnić. Spędziliśmy razem dokładnie cztery miesiące, jednak uważam, że to były najważniejsze miesiące w jej życiu ponieważ były tymi ostatnimi. Uczyłem ją żyć od nowa, tak jak małe dzieci uczy się chodzić. Pokazałem jej rzeczy dzięki którym znów z radością poznawała świat. Żałuję jedynie, że zabrałeś ją tak wcześnie. Jamie miała ledwie szesnaście lat i nigdy nie poszła do liceum o którym marzyła, ponieważ nie pozwoliła na to choroba. Ale myślę, że dobrze wypełniłem swoje zadanie, które mi powierzyłeś. Troszczyłem się o nią przez cały czas i nauczyłem ją pewnym krokiem iść w niepewną przyszłość. Moja rola już się zakończyła. Teraz jedynie mogę odwiedzać jej grób i przynosić jej każdego dnia świeże róże, które tak kochała kiedy była wśród nas.Opiekę nad nią powierzam Tobie. Proszę bądź dla niej łaskaw. To dobra dziewczyna. I powiedz jej proszę, aby cierpliwie czekała na mnie w niebie.
Czuję się jakby wszystkie gwiazdy zgasły. A co jeśli taki dzień kiedyś faktycznie nadejdzie?
Do zobaczenia.
Philip Clarkson
Do tej pory była pogodną osobą mającą mnóstwo wspaniałych znajomych. Zmieniło się to jednak dokładnie w chwili gdy przekroczyła próg gabinetu lekarskiego. Po zobaczeniu wyników jej badań lekarz uznał, że najpierw powinien porozmawiać z rodzicami dziewczyny, jednak ona upierała się, że chce wiedzieć pierwsza.
-Jamie...masz białaczkę... - w głosie mężczyzny dało się usłyszeć jak trudno jest mu wyznawać tę bolesną prawdę osobie dopiero wkraczającej w życie.
-Czy da się z tym coś zrobić?
-Przykro mi, ale jest już za późno. Każdy kolejny krok mógłby jednie pogorszyć tę sytuację.
Dziewczyna zbladła, a jej źrenice zamieniły się w gigantyczne spodki. Wstała i wyszła z gabinetu bez słowa. W głowie miała pustkę. Szła przed siebie - donikąd, czyli dokładnie w tym kierunku w którym zmierzało jej życie. Po długiej wędrówce okrężnymi drogami w końcu znalazła się w domu, gdzie czekali zmartwieni rodzice.
-Mam białaczkę - mruknęła i nagle jej własny głos wydał jej się zupełnie obcy.
Matka zaniosła się głośnym płaczem, a ojciec nie wiedział czy uspokajać szlochającą żonę czy chorą córkę.
-Ucisz ją. Ja chcę zadzwonić do Lewisa. -szepnęła dziewczyna wdrapując się na szczyt schodów prowadzących do jej pokoju.
Lewis był jej chłopakiem od trzech miesięcy. Wybrała numer do niego i przyłożyła słuchawkę do ucha. Po kilku sygnałach usłyszała jego jak zwykle radosny głos.
-Jak tam kochanie? -zamruczał
-Musimy się spotkać. Wpadniesz do mnie za pół godziny?
-Coś się stało?
-Po prostu przyjdź- warknęła odkładając słuchawkę.
Niedługo później rozległo się pukanie do drzwi. Pobiegła by otworzyć. W progu zobaczyła wysokiego bruneta w włosami zaczesanymi do góry - Lewisa. Wzięła go za rękę i wyciągnęła przed dom. Usiedli na trawie.
-Co jest Jamie? - zapytał wyraźnie zaniepokojony
-Mam mówić prosto z mostu?
W odpowiedzi skinął głową, a ona poczuła jak coś zawiązuje się na jej sercu.
-Mam białaczkę. Umrę.
Chłopak zbladł wydając z siebie cichy jęk rozżalenia.
-Powiedz, że żartujesz.
Spuściła wzrok. Pomyślała, że bardzo chciała by żartować. Chciała by uśmiechnąć się teraz i móc powiedzieć Lewisowi, że tak naprawdę chodziło o to, że nie może iść z nim na sobotnią imprezę bo zobowiązała się pilnować trzyletniego kuzyna. Ale nie mogła żadnej z tych rzeczy zrobić. Umierała i jej chłopak miał prawo o tym wiedzieć.
-Przykro mi - mruknął -Sorry, ale muszę spadać na obiad. Pogadamy o tym wieczorem na fejsie, ok?
Skinęła głową choć w rzeczywistości nie miała zamiaru z nim więcej o tym rozmawiać. A już na pewno nie przez internet.
Kiedy tylko chłopak zniknął jej z pola widzenia wybuchła płaczem i pobiegła przed siebie nie zwracając na nic uwagi.Znalazła się nad jeziorem. Usiadła na pomoście i zanurzyła stopy w chłodnej wodzie. Zaczął padać deszcz sprawiając, że krople wody spływały po ciele Jamie. Płakała jak dziecko chowając twarz w dłoniach.
- Co tu robisz w taką pogodę? Zmykaj do domu! - usłyszała męski głos.
Odwróciła się i ujrzała szatyna jej wzrostu bacznie wpatrującego się w nią swoimi zielonymi oczami.
Kiedy tylko zobaczył jej zapuchniętą od płaczu twarz natychmiast do niej podbiegł i zapytał czy może jakoś pomóc.
- Kim jesteś? - zapytała ocierając łzy
- Philip, przychodzę tu robić zdjęcia. - wskazał na swoją lustrzankę
Dziewczyna objęła nieznajomego chłopaka okazując tym swoją ufność i potrzebę kontaktu z ludźmi.
Po chwili milczenia opowiedziała mu o sytuacji w której się znalazła i o tym jak strasznie jej przykro, że jej chłopak potraktował ją tak w chwili kiedy wyznała mu, że przed nią jedynie kilka miesięcy życia.
Philip przytulił Jamie i siedzieli tak razem w milczeniu. Mimo że nie znali się tak naprawdę, to nie było niezręczne milczenie. Mieli wrażenie że spędzili razem całe lata.
-Kiedyś straciłem przyjaciółkę -powiedział przerywając ciszę.
-Opowiedz mi o niej - szepnęła Jamie siląc się na uśmiech.
-Znałem ją od zawsze. Mieszkała dwa domy dalej. Włosy zawsze ścinała tak jak chłopcy, nigdy nie nosiła sukienek. Była jedną z nas i to mi się w niej podobało. Wiesz o czym mówię, prawda? Po prostu pasowała. Uchodziła za twardą. Nie płakała kiedy się przewróciła. To jasne. Wychowywała się wśród chłopców, gdzie płacz był oznaką słabości, ale miała dobre serce. Wszystkie chore zwierzęta jakie znajdowała zanosiła do domu, a potem z tatą zawoziła do lecznicy dla zwierząt. Strasznie za nią tęsknię.
-Gdzie ona teraz jest? - zapytała Jamie choć wydawało jej się, że zna odpowiedź
Spojrzał na zachodzące słońce i mocniej zacisnął dłoń na ramieniu Jamie.
-Jest tam, gdzie Ty idziesz. Mam nadzieję, że się spotkacie. Mimo, że nie znam Cię, to wydajesz mi się być dobrą dziewczyną. Dobro po prostu bije od Ciebie.
W tej chwili dziewczyna przypomniała sobie wszystkie dobre rzeczy które w życiu robiła i zaczęła się zastanawiać czy zdąży zrobić kolejną taką rzecz.
-Obiecasz mi coś?
-Co takiego? -ogarnął dłonią jej mokre włosy z czoła
-Przyjdziesz na mój pogrzeb?
Oboje poczuli ogarniający ich smutek.
-Obiecuję, że przyjdę. Będę przychodził do Ciebie każdego dnia.
Uśmiechnęła się ponuro.
-Bardzo boję się śmierci - wyznała
-Wierzysz w Boga? - zapytał nagle Philip.
Dziewczyna skinęła głową.
-Napisz do niego list. Ja często to robię kiedy jest mi ciężko. Wtedy czuję naprawdę, że mam przyjaciela. Pytam o Etienne i proszę, by się nią opiekował. Wiem, że nie dostanę odpowiedzi, ale dzięki temu czuję się lepiej. Jestem w stanie lepiej poradzić sobie ze swoimi problemami.
-To dobry pomysł, dziękuję. Napiszę do niego jeszcze dziś wieczór. - na jej twarzy pojawił się pierwszy tego dnia szczery uśmiech, a niebo przeszył blask zachodzącego słońca.
***
Drogi Boże,
Mamy 25 października. Przepraszam, że dawno do Ciebie nie pisałem, jednak to w żadnym razie nie oznacza, że zapomniałem o Tobie.
Chciałbym Ci powiedzieć, że Jamie zmarła. Stało się to dziś wieczorem. Zabiła ją choroba. Spodziewałem się tego oczywiście, ale zabolało mnie to wyjątkowo bardzo.
Dziękuję Ci za to, że pozwoliłeś mi się z nią zaprzyjaźnić. Spędziliśmy razem dokładnie cztery miesiące, jednak uważam, że to były najważniejsze miesiące w jej życiu ponieważ były tymi ostatnimi. Uczyłem ją żyć od nowa, tak jak małe dzieci uczy się chodzić. Pokazałem jej rzeczy dzięki którym znów z radością poznawała świat. Żałuję jedynie, że zabrałeś ją tak wcześnie. Jamie miała ledwie szesnaście lat i nigdy nie poszła do liceum o którym marzyła, ponieważ nie pozwoliła na to choroba. Ale myślę, że dobrze wypełniłem swoje zadanie, które mi powierzyłeś. Troszczyłem się o nią przez cały czas i nauczyłem ją pewnym krokiem iść w niepewną przyszłość. Moja rola już się zakończyła. Teraz jedynie mogę odwiedzać jej grób i przynosić jej każdego dnia świeże róże, które tak kochała kiedy była wśród nas.Opiekę nad nią powierzam Tobie. Proszę bądź dla niej łaskaw. To dobra dziewczyna. I powiedz jej proszę, aby cierpliwie czekała na mnie w niebie.
Czuję się jakby wszystkie gwiazdy zgasły. A co jeśli taki dzień kiedyś faktycznie nadejdzie?
Do zobaczenia.
Philip Clarkson
Porcelanowa miłość.
Porcelanowa Księżniczka ubrana w piękną, balową suknię tańczyła w objęciach Księcia z plastiku na balu. Dziewczyna miała złote, długie i lekko kręcone włosy luźno rozpuszczone, a na nich diadem wysadzany drogimi kamieniami, które przy świetle mieniły się i rzucały tęczowe refleksy. Jej uśmiech był równie sztuczny jak jej partnera. Cóż się dziwić. Zostali stworzeni przez ludzi bez wyobraźni po to by władać nie istniejącym królestwem. Nonsens, prawda?
Książę ubrany w smoking mocno trzymał swoją partnerkę w ramionach. Kochał ją całym swoim plastikowym sercem, jednak przeznaczony był im tylko ten jeden taniec. W chwili wybicia północy dziewczyna miała należeć do księcia z innego królestwa. Zapierała się ciągle, że go nie kocha, jednak ojciec zmusza ją do ślubu.
Jako królewska córka nie mogła przynosić hańby rodzinie, więc zmuszona była się zgodzić na to małżeństwo.
Czas upływał nie ubłagalnie i delikatne dźwięki pianina stopniowo cichły. Do północy zostało jedynie pięć minut. Ostatnie pięć minut kiedy Książę mógł patrzeć na swoją Księżniczkę. Poprosił o kolejny taniec, a ona zgodziła się. I tak wirowali w rytm muzyki dopóki nie wybiła północ. Później musieli się sobie ukłonić i odejść udając nieznajomych. Na pożegnanie dziewczyna wyznała Księciu, że go kocha całym swoim porcelanowym serduszkiem i żałuje, że nie może z nim być. Nie odpowiedział nic. Zapewniał ją o swoich uczuciach już wiele razy. Teraz każde słowo było już zbędne. Księżniczka kolejnego dnia miała stać się żoną innego mężczyzny.
Tej nocy ani Księżniczka nie widziała swojego Księcia, ani on jej mimo, że szukali się wśród tłumu. O trzeciej nad ranem Książę wrócił do swojego królestwa gdzie czekał na niego stęskniony pies i pusty zamek po którym roznosiło się echo jego kroków. Wiedział doskonale, że w tym miejscu kogoś brakuje, a ta niezmącona niczym cisza była wręcz nieznośna.
Przez długi czas nie mógł jeszcze zasnąć rozmyślając o swojej ukochanej. Tymczasem ona wirowała w ramionach swojego przyszłego męża. Jej serce przepełnione było rozgoryczeniem i żalem, jednak na twarzy ciągle malował się porcelanowy uśmiech.
Kolejnego dnia, kiedy Książę jadł kolację w samotności, jego ukochana spoglądała przez okno wkładając suknię ślubną. Biała, ciągnąca się aż do ziemi, z wspaniałą koronką na plecach idealnie wyglądała na porcelanowej Księżniczce, a na jej złotych włosach teraz znajdował się piękny welon. Włożyła ona jeszcze pantofelki i przyglądała się sobie w lustrze przeciągając dłonią po talii. Mimo uśmiechu na twarzy była bardzo nieszczęśliwa, a po jej porcelanowym policzku spłynęła łza. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. W tym momencie do pokoju Księżniczki weszła służąca pary młodej i zawiadomiła, że Pan Młody jest już gotowy i czekać będzie na nią w kościele. Dziewczyna otarła łzę i ujmując bukiecik kwiatów w dłonie ruszyła przed siebie. Niedługo później stała już przed kościołem, przed którym zebrał się tłum gości przybyłych na ślub.
Król poprowadził swoją córkę do ołtarza uśmiechając się dumnie do poddanych. Słowa przysięgi zupełnie nie chciały przejść dziewczynie przez gardło, a w jej myślach ciągle był Książę. Nim wypowiedziała sakramentalne "tak" wrota kościoła otworzyły się i zaskoczony tłum ujrzał w nich młodego chłopaka. Księżniczka natychmiast go rozpoznała i jej uśmiech nagle stał się nad wyraz szczery. Nie zważając na nic pobiegła w jego kierunku, a wszyscy obrzucili ją zaskoczonym i pogardliwym spojrzeniem. Król był wściekły, jednak i to ją nie obchodziło. Jej Książę przybył by ją uratować, znalazł ją - zagubioną Księżniczkę w bajce do której nie pasuje, by napisać własną.
Przed kościołem stał biały koń na którym Książę przyjechał. Usiedli na nim i pojechali do swojego bajkowego świata.Można by rzec, że żyli razem długo i szczęśliwie jednak...
Kiedy wstawał nowy dzień na świecie ludzi Książę i Księżniczka na nowo stawali się zabawkami i całą wieczność czekali by znów móc być razem. Wraz z zachodem słońca cała historia powtarzała się i każdej nocy Książę tracił swoją ukochaną i odnajdywał ją, a co dzień kochał ją jeszcze bardziej niż poprzedniej nocy.
Książę ubrany w smoking mocno trzymał swoją partnerkę w ramionach. Kochał ją całym swoim plastikowym sercem, jednak przeznaczony był im tylko ten jeden taniec. W chwili wybicia północy dziewczyna miała należeć do księcia z innego królestwa. Zapierała się ciągle, że go nie kocha, jednak ojciec zmusza ją do ślubu.
Jako królewska córka nie mogła przynosić hańby rodzinie, więc zmuszona była się zgodzić na to małżeństwo.
Czas upływał nie ubłagalnie i delikatne dźwięki pianina stopniowo cichły. Do północy zostało jedynie pięć minut. Ostatnie pięć minut kiedy Książę mógł patrzeć na swoją Księżniczkę. Poprosił o kolejny taniec, a ona zgodziła się. I tak wirowali w rytm muzyki dopóki nie wybiła północ. Później musieli się sobie ukłonić i odejść udając nieznajomych. Na pożegnanie dziewczyna wyznała Księciu, że go kocha całym swoim porcelanowym serduszkiem i żałuje, że nie może z nim być. Nie odpowiedział nic. Zapewniał ją o swoich uczuciach już wiele razy. Teraz każde słowo było już zbędne. Księżniczka kolejnego dnia miała stać się żoną innego mężczyzny.
Tej nocy ani Księżniczka nie widziała swojego Księcia, ani on jej mimo, że szukali się wśród tłumu. O trzeciej nad ranem Książę wrócił do swojego królestwa gdzie czekał na niego stęskniony pies i pusty zamek po którym roznosiło się echo jego kroków. Wiedział doskonale, że w tym miejscu kogoś brakuje, a ta niezmącona niczym cisza była wręcz nieznośna.
Przez długi czas nie mógł jeszcze zasnąć rozmyślając o swojej ukochanej. Tymczasem ona wirowała w ramionach swojego przyszłego męża. Jej serce przepełnione było rozgoryczeniem i żalem, jednak na twarzy ciągle malował się porcelanowy uśmiech.
Kolejnego dnia, kiedy Książę jadł kolację w samotności, jego ukochana spoglądała przez okno wkładając suknię ślubną. Biała, ciągnąca się aż do ziemi, z wspaniałą koronką na plecach idealnie wyglądała na porcelanowej Księżniczce, a na jej złotych włosach teraz znajdował się piękny welon. Włożyła ona jeszcze pantofelki i przyglądała się sobie w lustrze przeciągając dłonią po talii. Mimo uśmiechu na twarzy była bardzo nieszczęśliwa, a po jej porcelanowym policzku spłynęła łza. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. W tym momencie do pokoju Księżniczki weszła służąca pary młodej i zawiadomiła, że Pan Młody jest już gotowy i czekać będzie na nią w kościele. Dziewczyna otarła łzę i ujmując bukiecik kwiatów w dłonie ruszyła przed siebie. Niedługo później stała już przed kościołem, przed którym zebrał się tłum gości przybyłych na ślub.
Król poprowadził swoją córkę do ołtarza uśmiechając się dumnie do poddanych. Słowa przysięgi zupełnie nie chciały przejść dziewczynie przez gardło, a w jej myślach ciągle był Książę. Nim wypowiedziała sakramentalne "tak" wrota kościoła otworzyły się i zaskoczony tłum ujrzał w nich młodego chłopaka. Księżniczka natychmiast go rozpoznała i jej uśmiech nagle stał się nad wyraz szczery. Nie zważając na nic pobiegła w jego kierunku, a wszyscy obrzucili ją zaskoczonym i pogardliwym spojrzeniem. Król był wściekły, jednak i to ją nie obchodziło. Jej Książę przybył by ją uratować, znalazł ją - zagubioną Księżniczkę w bajce do której nie pasuje, by napisać własną.
Przed kościołem stał biały koń na którym Książę przyjechał. Usiedli na nim i pojechali do swojego bajkowego świata.Można by rzec, że żyli razem długo i szczęśliwie jednak...
Kiedy wstawał nowy dzień na świecie ludzi Książę i Księżniczka na nowo stawali się zabawkami i całą wieczność czekali by znów móc być razem. Wraz z zachodem słońca cała historia powtarzała się i każdej nocy Książę tracił swoją ukochaną i odnajdywał ją, a co dzień kochał ją jeszcze bardziej niż poprzedniej nocy.
"Świeca gaśnie wraz ze mną".
Zimny, listopadowy deszcz. Oh, tak. Uwielbiam go. I mówię to bez cienia ironii.
Jestem wielkim fanem jesiennych wieczorów, spacerów po zmroku i lodowatego deszczu lejącego się strumieniami. Nie widać wtedy moich łez, smutnych oczu i rozgoryczonego wyrazu twarzy.
Często znikam na wiele godzin i wędrując przez tętniące życiem miasto z papierosem w ustach zmierzam donikąd. Dokładnie tak jak moje życie.
Czasem myślę, że mógłbym udzielać korepetycji z dziedziny bycia człowiekiem bez przyszłości.
Co to w ogóle znaczy?
Zawsze przed nami jest jakaś przyszłość. Zła czy dobra - nieważne, ale jest.
Jednak na mnie nie czeka już nic. Boję się każdego jutra gorszego od poprzedniego.
A może właśnie najgorsze mam już za sobą?
Moja mama zginęła w wypadku samochodowym cztery lata temu, dokładnie w moje jedenaste urodziny. Z ojcem nie dogaduję się zupełnie. On zresztą ma swój świat w którym mnie nie potrzebuje. Jest hazardzistą.
Marzenie o normalnej rodzinie jest dla mnie zbyt odległym niebem, bo na tym polu nic już nie może być normalne.
Odkąd pamiętam jestem dzieckiem wiecznie smutnym. Podobno też nie mam uczuć, jednak ja się po prostu z nimi ukrywam.
Nie widzę sensu w okazywaniu ich ludziom, którzy wyśmieją to, lub zabawią się Twoim kosztem i odejdą. Bo nikt nie zostaje na zawsze.
Tak więc wszystko co czuję przelewam na papier. Mam cały stos rysunków. Wszystkie nadzwyczaj smutne i ponure, jednak nie potrafię powiedzieć dlaczego tak trudno narysować mi coś wesołego pokroju jednorożca pasącego się na łące.
Podobno mam talent, ale nie zgadzam się zupełnie z opinią innych ludzi. Rysowanie jest dla mnie jedynie odskocznią od świata, lekarstwem na wszystko i wielką pasją.
W przyszłości chciałbym iść na medycynę. Ambitne i piękne plany, co?
Chcę po prostu wyrwać się z tego bagna i nigdy nie wrócić. Zacząć nowe życie, w nowym świecie. Zapomnieć o tym co było i żyć dalej lub umrzeć.
Jestem jednym z tych dziwaków, który pragnie śmierci.
Szaleństwo - prawda?
Ale nie dziwcie mi się, proszę. Kiedy w życiu jesteś samotną wyspą dryfującą po nieznanym i pełnym niebezpieczeństw oceanie... z czasem jest zbyt trudno.
Pewnego wieczoru, jak codziennie wychodzę z domu. Tym razem mam ze sobą świeczkę, ponieważ w najbliższej okolicy wysiadł prąd.
Nie wiem sam dlaczego nie wziąłem ze sobą latarki czy czegokolwiek innego. Mam tylko tę świeczkę, papierosy, zapalniczkę, telefon i dwadzieścia dolarów.
Ludzie pozamykani w swoich domach od czasu do czasu wyglądają przez okno przyglądając się wariatowi, który podczas ulewy próbuje z zapaloną świecą przejść przez miasto.
Już pierwsza kropla powinna zgasić płomień, jednak on jest nad wyraz silny.
Nie mam pojęcia dokąd iść, więc pozwalam swoim nogom się prowadzić.
Tak docieram na dach wieżowca.
Z przerażeniem spoglądam w dół i stwierdzam, że chciałbym teraz umrzeć. Siadam na skraju "przepaści" i zastanawiam się nad ostatecznym krokiem.
Jestem u bram spełnienia mojego marzenia. Do oczu napływają mi łzy, a w pamięci odradzają się wszystkie zarówno piękne jak i bolesne wspomnienia. Przed oczami mam całe swoje dzieciństwo, lata z matką, które już mocno wyblakły w mojej pamięci i właśnie się na tym przyłapuję, przypominam sobie dni, kiedy jeszcze znaczyłem coś dla ojca i czas kiedy pierwszy i ostatni raz w życiu byłem zakochany.
To ostatnie pochłania mnie do reszty. Nie widziałem tej dziewczyny od przeszło dwóch lat, ale do dziś przed snem myślę tylko o niej i nigdy o nikim innym, pamiętam każdy jej uśmiech i ułożenie włosów. Zdaję sobie sprawę z tego, że tęsknię za nią, jednak mam przecież w telefonie zapisany jej numer. Szybko go odszukuję i klikam "połącz". Po kilku sygnałach słyszę jej ciepły głos.
-Olivia - szepcę i zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie mam pojęcia co chcę jej powiedzieć.
Dziewczyna zdaje się mnie nie pamiętać co boli w szczególności mocno, jednak kiedy przypominam jej swoje imię, pamięta już kim jestem.
-Ja... chciałbym Cię przeprosić za wszystko. Za to, że zachowywałem się jak rozpieszczone dziecko i za to, że zepsułem. - słyszę jak mój własny głos drży
Odpowiada mi cisza w słuchawce i wiem, że Olivia nie wie zupełnie co odpowiedzieć. Domyśla się na pewno moich uczuć, jednak mówię jeszcze do słuchawki oklepane "kocham Cię" i rozłączam się.
Kładę się na zimnym i mokrym dachu budynku płacząc jak małe dziecko, a świeca stoi obok mnie i mimo deszczu ogień z uporem pali się. W środku siebie czuję przerażającą nienawiść i wiem, że nie chcę aby było tak dłużej. Wyciągam papierosa i paląc go bardzo powoli delektuję się jego smakiem. W tej chwili mój telefon zaczyna wibrować i na wyświetlaczu widzę numer Olivii, jednak nie odbieram. Doskonale wiem, że to co chce powiedzieć zabolało by mnie zbyt mocno.
Kiedy dzwoni po raz kolejny nie dając za wygraną rzucam telefon przed siebie. Spada z dachu wieżowca roztrzaskując się w drobny mak.
-Więc tak to wygląda - myślę sobie i gaszę papierosa.
Stając na krawędzi dachu zauważam, że świeca jakby przygasa. Uśmiecham się patrząc w niebo, bo wiem, że to już koniec mojej wędrówki. Już w tej chwili żałuję, że to skończyło się właśnie tak i w tym właśnie miejscu, jednak decyzja została już podjęta.
Robię krok w przód. Słyszę jedynie świst powietrza. Świeca prawie gaśnie. W mojej głowie jest zupełna pustka, ostatnia myśl nie poświęcona zupełnie niczemu. W końcu czuję mocne zderzenie z ziemią i przerażający ból. Mam na tyle siły by otworzyć oczy i widzę, że w tej chwili właśnie świeca gaśnie wraz ze mną.
Jestem wielkim fanem jesiennych wieczorów, spacerów po zmroku i lodowatego deszczu lejącego się strumieniami. Nie widać wtedy moich łez, smutnych oczu i rozgoryczonego wyrazu twarzy.
Często znikam na wiele godzin i wędrując przez tętniące życiem miasto z papierosem w ustach zmierzam donikąd. Dokładnie tak jak moje życie.
Czasem myślę, że mógłbym udzielać korepetycji z dziedziny bycia człowiekiem bez przyszłości.
Co to w ogóle znaczy?
Zawsze przed nami jest jakaś przyszłość. Zła czy dobra - nieważne, ale jest.
Jednak na mnie nie czeka już nic. Boję się każdego jutra gorszego od poprzedniego.
A może właśnie najgorsze mam już za sobą?
Moja mama zginęła w wypadku samochodowym cztery lata temu, dokładnie w moje jedenaste urodziny. Z ojcem nie dogaduję się zupełnie. On zresztą ma swój świat w którym mnie nie potrzebuje. Jest hazardzistą.
Marzenie o normalnej rodzinie jest dla mnie zbyt odległym niebem, bo na tym polu nic już nie może być normalne.
Odkąd pamiętam jestem dzieckiem wiecznie smutnym. Podobno też nie mam uczuć, jednak ja się po prostu z nimi ukrywam.
Nie widzę sensu w okazywaniu ich ludziom, którzy wyśmieją to, lub zabawią się Twoim kosztem i odejdą. Bo nikt nie zostaje na zawsze.
Tak więc wszystko co czuję przelewam na papier. Mam cały stos rysunków. Wszystkie nadzwyczaj smutne i ponure, jednak nie potrafię powiedzieć dlaczego tak trudno narysować mi coś wesołego pokroju jednorożca pasącego się na łące.
Podobno mam talent, ale nie zgadzam się zupełnie z opinią innych ludzi. Rysowanie jest dla mnie jedynie odskocznią od świata, lekarstwem na wszystko i wielką pasją.
W przyszłości chciałbym iść na medycynę. Ambitne i piękne plany, co?
Chcę po prostu wyrwać się z tego bagna i nigdy nie wrócić. Zacząć nowe życie, w nowym świecie. Zapomnieć o tym co było i żyć dalej lub umrzeć.
Jestem jednym z tych dziwaków, który pragnie śmierci.
Szaleństwo - prawda?
Ale nie dziwcie mi się, proszę. Kiedy w życiu jesteś samotną wyspą dryfującą po nieznanym i pełnym niebezpieczeństw oceanie... z czasem jest zbyt trudno.
Pewnego wieczoru, jak codziennie wychodzę z domu. Tym razem mam ze sobą świeczkę, ponieważ w najbliższej okolicy wysiadł prąd.
Nie wiem sam dlaczego nie wziąłem ze sobą latarki czy czegokolwiek innego. Mam tylko tę świeczkę, papierosy, zapalniczkę, telefon i dwadzieścia dolarów.
Ludzie pozamykani w swoich domach od czasu do czasu wyglądają przez okno przyglądając się wariatowi, który podczas ulewy próbuje z zapaloną świecą przejść przez miasto.
Już pierwsza kropla powinna zgasić płomień, jednak on jest nad wyraz silny.
Nie mam pojęcia dokąd iść, więc pozwalam swoim nogom się prowadzić.
Tak docieram na dach wieżowca.
Z przerażeniem spoglądam w dół i stwierdzam, że chciałbym teraz umrzeć. Siadam na skraju "przepaści" i zastanawiam się nad ostatecznym krokiem.
Jestem u bram spełnienia mojego marzenia. Do oczu napływają mi łzy, a w pamięci odradzają się wszystkie zarówno piękne jak i bolesne wspomnienia. Przed oczami mam całe swoje dzieciństwo, lata z matką, które już mocno wyblakły w mojej pamięci i właśnie się na tym przyłapuję, przypominam sobie dni, kiedy jeszcze znaczyłem coś dla ojca i czas kiedy pierwszy i ostatni raz w życiu byłem zakochany.
To ostatnie pochłania mnie do reszty. Nie widziałem tej dziewczyny od przeszło dwóch lat, ale do dziś przed snem myślę tylko o niej i nigdy o nikim innym, pamiętam każdy jej uśmiech i ułożenie włosów. Zdaję sobie sprawę z tego, że tęsknię za nią, jednak mam przecież w telefonie zapisany jej numer. Szybko go odszukuję i klikam "połącz". Po kilku sygnałach słyszę jej ciepły głos.
-Olivia - szepcę i zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie mam pojęcia co chcę jej powiedzieć.
Dziewczyna zdaje się mnie nie pamiętać co boli w szczególności mocno, jednak kiedy przypominam jej swoje imię, pamięta już kim jestem.
-Ja... chciałbym Cię przeprosić za wszystko. Za to, że zachowywałem się jak rozpieszczone dziecko i za to, że zepsułem. - słyszę jak mój własny głos drży
Odpowiada mi cisza w słuchawce i wiem, że Olivia nie wie zupełnie co odpowiedzieć. Domyśla się na pewno moich uczuć, jednak mówię jeszcze do słuchawki oklepane "kocham Cię" i rozłączam się.
Kładę się na zimnym i mokrym dachu budynku płacząc jak małe dziecko, a świeca stoi obok mnie i mimo deszczu ogień z uporem pali się. W środku siebie czuję przerażającą nienawiść i wiem, że nie chcę aby było tak dłużej. Wyciągam papierosa i paląc go bardzo powoli delektuję się jego smakiem. W tej chwili mój telefon zaczyna wibrować i na wyświetlaczu widzę numer Olivii, jednak nie odbieram. Doskonale wiem, że to co chce powiedzieć zabolało by mnie zbyt mocno.
Kiedy dzwoni po raz kolejny nie dając za wygraną rzucam telefon przed siebie. Spada z dachu wieżowca roztrzaskując się w drobny mak.
-Więc tak to wygląda - myślę sobie i gaszę papierosa.
Stając na krawędzi dachu zauważam, że świeca jakby przygasa. Uśmiecham się patrząc w niebo, bo wiem, że to już koniec mojej wędrówki. Już w tej chwili żałuję, że to skończyło się właśnie tak i w tym właśnie miejscu, jednak decyzja została już podjęta.
Robię krok w przód. Słyszę jedynie świst powietrza. Świeca prawie gaśnie. W mojej głowie jest zupełna pustka, ostatnia myśl nie poświęcona zupełnie niczemu. W końcu czuję mocne zderzenie z ziemią i przerażający ból. Mam na tyle siły by otworzyć oczy i widzę, że w tej chwili właśnie świeca gaśnie wraz ze mną.
Czym jest samotność?~
Czym tak naprawdę jest samotność?
Przekleństwem? A może darem?
Samotność jest wtedy, kiedy czujesz się tak niepożądany, że Twoje serce zdaje się dźwigać ogromny ciężar. Gdy nie ma nikogo, kto martwił by się o Ciebie, kiedy w środku nocy pójdziesz do lasu i nie wrócisz przez kolejne trzy dni, nikt nie dzwoni, a jedyne sms-y jakie dostajesz to te od operatora sieci.
Uciekasz w nałogi, bo nie możesz przyjść do ludzi.
Nikogo i tak nie obchodzą łzy w Twoich oczach.
Dlaczego ludzie są nam aż tak bardzo potrzebni? Czy nie można być szczęśliwym będąc samotnym?
Ludzie ranią. Wszyscy. W szczególności ci, których kochamy.
Magia słów jest ogromna.
Jedno "kocham Cię" może podarować Ci uśmiech i urocze iskierki w oczach na kilka kolejnych dni, jedno "nienawidzę" wywoła kilka marnych łez i poczucie bezsensu na długie tygodnie.
Łatwiej zapomnieć o tym, że ktoś nam kiedyś wyznał miłość, niż o tym, że nas znienawidził.
To boli, zawsze.
Pojawiają się tysiące pytań.
Dlaczego? Ale jak to możliwe? Co teraz będzie?
Czy istnieje na nie jakakolwiek konkretna odpowiedź?
Kiedy ludzie utwierdzają nas w przekonaniu, jak bardzo jesteśmy im nie potrzebni sami zaczynamy nienawidzić i niszczyć się od środka.
Każdy dzień staje się pusty i monotonny.
Wyjścia z kolegami? Kino? Łyżwy? Wypad pod namioty? Przyjaźnie? Pierwsze miłości?
Nie.
Książki, gorąca herbata, paczka chusteczek do otarcia łez, komputer i samotne spacery bez celu. Mały, pusty świat samotnika.
Ludzie samotni zawsze mają czas, nigdzie im się nie spieszy. Potrafią stanąć na środku ulicy i patrzeć na innych.
Nikt nie chce być samotny. Ludzie dają poczucie bezpieczeństwa, radość i pozwolą zapominać o problemach.
Podobnie jak narkotyki.
Więc chyba odkryliśmy już jedną z przyczyn narkomanii?
To boli, kiedy nie pasujesz choć bardzo się starasz. Mały puzzelek nie pasujący do żadnej układanki.
Całe życie szukamy odpowiedniego miejsca dla siebie często jednak go nie znajdując.
Spotykamy ludzi, którzy także nigdzie nie pasują i tworzymy własną układankę tylko po to, by w chwili śmierci pochwalić się ułożonym obrazkiem.
Tylko po co to wszystko?
Po co te łzy?
Ludzie to istoty egoistyczne i bezduszne. Przychodzą i odchodzą. Nikt nie zostaje na zawsze.
Przekleństwem? A może darem?
Samotność jest wtedy, kiedy czujesz się tak niepożądany, że Twoje serce zdaje się dźwigać ogromny ciężar. Gdy nie ma nikogo, kto martwił by się o Ciebie, kiedy w środku nocy pójdziesz do lasu i nie wrócisz przez kolejne trzy dni, nikt nie dzwoni, a jedyne sms-y jakie dostajesz to te od operatora sieci.
Uciekasz w nałogi, bo nie możesz przyjść do ludzi.
Nikogo i tak nie obchodzą łzy w Twoich oczach.
Dlaczego ludzie są nam aż tak bardzo potrzebni? Czy nie można być szczęśliwym będąc samotnym?
Ludzie ranią. Wszyscy. W szczególności ci, których kochamy.
Magia słów jest ogromna.
Jedno "kocham Cię" może podarować Ci uśmiech i urocze iskierki w oczach na kilka kolejnych dni, jedno "nienawidzę" wywoła kilka marnych łez i poczucie bezsensu na długie tygodnie.
Łatwiej zapomnieć o tym, że ktoś nam kiedyś wyznał miłość, niż o tym, że nas znienawidził.
To boli, zawsze.
Pojawiają się tysiące pytań.
Dlaczego? Ale jak to możliwe? Co teraz będzie?
Czy istnieje na nie jakakolwiek konkretna odpowiedź?
Kiedy ludzie utwierdzają nas w przekonaniu, jak bardzo jesteśmy im nie potrzebni sami zaczynamy nienawidzić i niszczyć się od środka.
Każdy dzień staje się pusty i monotonny.
Wyjścia z kolegami? Kino? Łyżwy? Wypad pod namioty? Przyjaźnie? Pierwsze miłości?
Nie.
Książki, gorąca herbata, paczka chusteczek do otarcia łez, komputer i samotne spacery bez celu. Mały, pusty świat samotnika.
Ludzie samotni zawsze mają czas, nigdzie im się nie spieszy. Potrafią stanąć na środku ulicy i patrzeć na innych.
Nikt nie chce być samotny. Ludzie dają poczucie bezpieczeństwa, radość i pozwolą zapominać o problemach.
Podobnie jak narkotyki.
Więc chyba odkryliśmy już jedną z przyczyn narkomanii?
To boli, kiedy nie pasujesz choć bardzo się starasz. Mały puzzelek nie pasujący do żadnej układanki.
Całe życie szukamy odpowiedniego miejsca dla siebie często jednak go nie znajdując.
Spotykamy ludzi, którzy także nigdzie nie pasują i tworzymy własną układankę tylko po to, by w chwili śmierci pochwalić się ułożonym obrazkiem.
Tylko po co to wszystko?
Po co te łzy?
Ludzie to istoty egoistyczne i bezduszne. Przychodzą i odchodzą. Nikt nie zostaje na zawsze.
"Mieszkamy w jaskiniach naszych serc".
Mieszkam w najciemniejszych zakątkach Twojego serca. To coś na wzór jaskini. Czasem słaby płomień światła wpada do środka, jednak nie pozwala mi się stamtąd wydostać.
Umieram żyjąc w Tobie.
Jestem jedynie Twoim wspomnieniem, które kiedyś stanie się martwym.
Chcesz bym tam mieszkał, prawda?
Dostarczam Ci tlen i skutecznie wypełniam pustkę w Twoim sercu.
Kiedyś też byłaś częścią mnie. Czy jesteś nią nadal? Wiem, że chcesz tego. Waham się.
Chyba Cię kocham, lecz próbuję zapomnieć. Twoje niejasne gry zabijają mnie. Chciałbym żebyś po prostu opowiedziała mi o swoich uczuciach, jednak to nie jest możliwe.
Nie teraz, prawda?
Mieszkając w Twoim sercu widzę jak bardzo zamknięte jest dla ludzi. Nie potrafisz kochać nikogo. Mieszkam tu sam. W otoczeniu zimnych kamieni. A wydawało się, że Twoje serduszko zbudowane jest z delikatnego puszku.
Proszę, nie pozwól mi odjeść. Nigdy nie pozwól na to, by ktoś poza mną zamieszkał w Twoim sercu, bo wtedy i moje własne stanie się kamiennym głazem.
Czuję, że Ty też mieszkasz we mnie. Czuję każdy Twój ruch. Widzę Cię w moich gestach. Widzę Cię nawet w swoich oczach kiedy patrzę w lustro.
Na moim sercu wygrawerowane jest Twoje imię. Nie chcę by kiedykolwiek ten ślad zniknął z mojego życia.
Wydaje mi się, że tworzysz mnie, że bez Ciebie nie mógł bym istnieć, lecz nie mam pewności.
Dajesz mi schronienie w deszczowe dni, a Twoje ramiona zawsze są szeroko otwarte.
Nawet jeśli cierpisz pozwolisz mi się wyżalić, przytulisz i sprawisz że przez resztę życia będę chciał być tylko przy Tobie.
Oboje śnimy o sobie, wiemy jak bardzo się kochamy więc dlaczego nie pozwolimy sobie być razem?
Czy już zawsze tak będzie, że ja przytulając się do poduszki będę myślał o Tobie, a Ty o mnie?
Tańczysz w deszczu. Twoja mokra sukienka wiruje przysłaniając cały mój świat.
Patrzę w Twoje oczy wiem, że nie chcę widzieć nic więcej.
Chcę zatańczyć z Tobą. I tańczyć tak przez całe życie.
Mieszkamy w jaskiniach naszych serc. Kiedy się widzimy dociera do nas promień światła. Kiedy jesteś blisko zawsze jest wiosna.
Proszę, bądź już zawsze.
Umieram żyjąc w Tobie.
Jestem jedynie Twoim wspomnieniem, które kiedyś stanie się martwym.
Chcesz bym tam mieszkał, prawda?
Dostarczam Ci tlen i skutecznie wypełniam pustkę w Twoim sercu.
Kiedyś też byłaś częścią mnie. Czy jesteś nią nadal? Wiem, że chcesz tego. Waham się.
Chyba Cię kocham, lecz próbuję zapomnieć. Twoje niejasne gry zabijają mnie. Chciałbym żebyś po prostu opowiedziała mi o swoich uczuciach, jednak to nie jest możliwe.
Nie teraz, prawda?
Mieszkając w Twoim sercu widzę jak bardzo zamknięte jest dla ludzi. Nie potrafisz kochać nikogo. Mieszkam tu sam. W otoczeniu zimnych kamieni. A wydawało się, że Twoje serduszko zbudowane jest z delikatnego puszku.
Proszę, nie pozwól mi odjeść. Nigdy nie pozwól na to, by ktoś poza mną zamieszkał w Twoim sercu, bo wtedy i moje własne stanie się kamiennym głazem.
Czuję, że Ty też mieszkasz we mnie. Czuję każdy Twój ruch. Widzę Cię w moich gestach. Widzę Cię nawet w swoich oczach kiedy patrzę w lustro.
Na moim sercu wygrawerowane jest Twoje imię. Nie chcę by kiedykolwiek ten ślad zniknął z mojego życia.
Wydaje mi się, że tworzysz mnie, że bez Ciebie nie mógł bym istnieć, lecz nie mam pewności.
Dajesz mi schronienie w deszczowe dni, a Twoje ramiona zawsze są szeroko otwarte.
Nawet jeśli cierpisz pozwolisz mi się wyżalić, przytulisz i sprawisz że przez resztę życia będę chciał być tylko przy Tobie.
Oboje śnimy o sobie, wiemy jak bardzo się kochamy więc dlaczego nie pozwolimy sobie być razem?
Czy już zawsze tak będzie, że ja przytulając się do poduszki będę myślał o Tobie, a Ty o mnie?
Tańczysz w deszczu. Twoja mokra sukienka wiruje przysłaniając cały mój świat.
Patrzę w Twoje oczy wiem, że nie chcę widzieć nic więcej.
Chcę zatańczyć z Tobą. I tańczyć tak przez całe życie.
Mieszkamy w jaskiniach naszych serc. Kiedy się widzimy dociera do nas promień światła. Kiedy jesteś blisko zawsze jest wiosna.
Proszę, bądź już zawsze.
"Najlepszym lekarstwem na rozgrzanie serca są wspomnienia".
Idę samotnie ulicą. Jest mroźna zima, a ja mam na sobie jedynie podarty płaszcz i brudną czapkę. Z uwagą obserwuję ludzi nieustannie spieszących się. Przystaję i patrzę na ich markowe ubrania, drogie telefony i piękne kobiety czy przystojnych mężczyzn u boku. Ja mam jedynie mały woreczek w którym taszczę cały swój dobytek, psa - najlepszego przyjaciela towarzyszącego mi od lat i dowód osobisty w kieszeni zniszczonych spodni mówiący, że nazywam się Anthony Smith i jestem bezdomnym.
Dlaczego wylądowałem na ulicy?
Zapewne nazwiecie mnie dziwakiem, ale... z własnej woli wyrzekłem się domu i ogniska rodzinnego.
Nie jestem alkoholikiem. Nie jestem uzależniony od niczego poza moim Theodorem - psiakiem, którego przed laty znalazłem w kontenerze na śmieci z połamanymi łapami i rozerwanym lewym uchem. Bez zastanowienia zabrałem go ze sobą i od tamtej pory jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Oboje wzajemnie wybawiamy się od samotności, zimna czy śmierci.
Ludzie pytają, czy nie mam czasem ochoty ogrzać sobie serca chociaż kropelką nalewki wiśniowej czy piwa. Zawsze odpowiadam przecząco. Najlepszym lekarstwem na rozgrzanie serca są dla mnie wspomnienia. Jako młody chłopiec byłem artystą. Rysowałem, grałem na gitarze, śpiewałem. Zawsze niezależnym i odstającym od społeczeństwa. Ojciec twierdził, że zmienię się z chwilą zawarcia małżeństwa. Posłuchałem go i jako dziewiętnastolatek ożeniłem się z niejaką Margaret, z którą mam zresztą dwie córki - Mariah i Vicky.
Miałem wszystko- dobrą pracę, kochającą żonę i dzieci, pieniądze, piękny dom i wiele innych rzeczy, które niestety szczęścia mi nie dawały. Ciągle potrzebowałem wolności.
Pewnego wieczoru włożyłem na siebie płaszcz, który nawet teraz, po pięćdziesięciu jeden latach mam na sobie, zapiąłem psu smycz i całując żonę i dzieci w policzki wyszedłem z domu. W pośpiechu napisałem jeszcze kartkę do Margaret i wsunąłem ją w kieszeń jej kurtki.
Na kartce napisałem jedynie, że przepraszam za takie świństwo jakie właśnie jej robię, ale jestem typem człowieka który po prostu musi być wolny.
Nigdy nie potrafił bym żyć w tych ciasnych klatkach zwanych biurami.
Nadzwyczaj odpowiada mi moja wędrówka po świecie.
Problemy pojawiają się dopiero nocą kiedy zimno dwa razy mocniej daje się we znaki. Niegdyś sypiałem w schroniskach dla bezdomnych, ale od dnia w którym nie chcieli mnie wpuścić z Theodorem nie pojawiłem się tam już ani razu. Miłość zdecydowanie nie jest dla mnie, ale przyjaźń sobie cenię.
Kiedy samotność zaczyna dawać mi się we znaki opowiadam Theodorwi różne historie. Psiak zawsze patrzy na mnie z ogromną ciekawością w tych błyszczących ślepiach. Wydaje się mnie rozumieć i nigdy nie jest znudzony, nawet kiedy moje opowieści są przerażająco nieciekawe.
Jedzeniem zawsze dzielimy się na pół. Traktuję go jak człowieka, jak równego sobie. Głównie dlatego, że to właśnie ten pies nauczył mnie większości ludzkich odruchów.
Czy czegoś się boję?
Owszem. Dwóch rzeczy. Boję się ludzi, szczególnie tych młodych którzy nie szanują takich jak ja. Nazywają śmieciami tylko dlatego, żeby pokazać się przed kolegami. To przykre że nasze społeczeństwo kiedyś skazane będzie wyłącznie na takich ludzi.Osobiście uważam, że aby kogoś szanować wystarczy spojrzeć na świat jego oczami. Nie wykluczone, że Ci młodzieńcy skończą podobnie jak ja, jednak oni jeszcze nie potrafią tego zrozumieć. Na szczęście Theodor zawsze mnie broni, nigdy nie pozwala krzywdzić. Tak jak ja jego. Wspaniale się uzupełniamy.
Drugą rzeczą której się boję, jest odejście Theodora. Przeżyłem z nim ostatnie dwanaście lat mojego życia. Każdy dzień przepełniony jest jego wesołym spojrzeniem. Tak, on ciągle jest wesoły bo choć brakuje nam jedzenia czy ciepła, to ma mnie. Szkoda, że ludzie nie potrafią kochać taką bezwarunkową miłością jak zwierzęta.
Idę ośnieżonym chodnikiem Moje życie wygląda dokładnie tak samo przez pięćdziesiąt jeden lat.
Wędrówki bez celu, przyglądanie się wystawom sklepów i ludziom.
Do dziś patrzę na to wszystko i nie mogę uwierzyć jak bardzo ludzie kochają pieniądze.
Mam ochotę stanąć na środku ulicy i krzyknąć "Hej ludzie! Jesteście bogaci, jednak ja jestem bogatszy od was wszystkich. Czy widzicie co mam? Mam przyjaciela".
Pod wpływem impulsu robię to, o czym przed chwilą jedynie marzyłem.
Ludzie zatrzymują się, jedni biją mi brawo, inni obrzucają pogardliwym spojrzeniem.
W tłumie rozpoznaję twarz kobiety, serce bije mi mocniej jednak nie ufam swoim oczom.
Mam siedemdziesiąt siedem lat więc wzrok może mnie zawodzić.
Jednak nie tym razem.
Kobieta także wydaje się mnie poznawać. Przedziera się przez tłum odpychając ludzi łokciami. Zaraz za nią idzie młoda dziewczyna. Na oko siedemnastolatka.
Podchodzą do mnie i patrzą ni to z pogardą ni to z podziwem. Nie wiem czy powinienem spodziewać się siarczystego policzka. Uparcie patrzę na kobiety, a one na mnie.
-Czy pan.. nazywa się Pan Anthony Smith?..- mówi w końcu starsza
Serce bije mi niebywale szybko.
Kiwam głową.
Na jej twarzy pojawia się rumieniec i wyraźne zakłopotanie. Sięga do torebki. Wyjmuje portfel.
-co Pani robi? - pytam przekonany, że chce wręczyć mi jakieś pieniądze, jednak ona wyciąga zdjęcie.
Podaje mi je, a ja z uwagą je oglądam.
Poznaję na nim siebie - młodego chłopca tulącego swoją żonę i dwie małe córeczki.
Patrzę na kobietę z niedowierzaniem. Teraz już wyraźnie ją poznaję.
-Mariah, to.. to Ty? - upewniam się, a ona przytakuje.
Kręci mi się w głowie.
-Ta młoda dama to zapewne Twoja...?
-To Twoja wnuczka, tato - szepce z czułością
Pierwszy raz od lat usłyszałem słowo "tato" skierowane do mnie. Zaczynam żałować, że nie było mnie przy moich córkach kiedy dorastały, kiedy mnie potrzebowały, że nie było mnie w ogóle.
Zdobywam się na odwagę by ją przytulić. Nie protestuje.
Widzę w jej oczach inteligencję i siłę. Poza tym jest bardzo piękną i dojrzałą kobietą.
Pomyśleć, że zostawiłem ją na pastwę losu kiedy miała ledwie siedem lat.
Patrzę na nią i wiem, że Margaret dała jej wszystko co mogła jej dać.
Zaprasza mnie do domu na herbatę, jednak mówię, że wolał bym odwiedzić jej matkę. We trójkę udajemy się do mieszkania mojej żony. Bardzo boję się jej reakcji, jednak odważnie stawiam kroki. Pukam do drzwi. Od razu poznaję kobietę, która je otwiera. Margaret nie zmieniła się prawie w ogóle przez te wszystkie lata.
-Jesteś taka piękna - wycedzam bez namysłu, a ona wyraźnie mnie nie poznaje. Patrzy na Mariah, a później na mnie. Na jej twarzy pojawia się uśmiech.
-Anthony? - pyta niepewnie, a ja potwierdzam.
Wpuszcza mnie do mieszkania, które niegdyś należało także do mnie. Wchodzę i zostaję poczęstowany gorącą herbatą.
Każdy kąt tego domu przypomina mi moje młodzieńcze lata. Na komodzie zauważam kartkę. Odruchowo podnoszę ją na wysokość głowy i czytam. Ogarnia mnie przerażanie. Poznaję tę pożółkłą już kartkę. To ją zostawiłem tamtego wieczoru w ramach wyjaśnienia.
W tym momencie słyszę dzwonek do drzwi. Margaret otwiera i w progu widzę młodszą córkę. Ta poznaje mnie bez problemu i staje jak wryta.
-tato..- w jej oczach widzę łzy
Nie jestem pewien czy powinienem podejść, przytulić ją. Nie było mnie przecież tyle lat.
Czuję się niepewnie więc zmierzam w stronę drzwi.
-przepraszam - rzucam na pożegnanie, jednak czuję czyjąś dłoń na ramieniu.
Staję jak wryty i czekam na to co będzie dalej.
-czekałam na Ciebie tato - słyszę głos Vicky
-Wszyscy na Ciebie czekaliśmy -dodaje także Margaret
Na sercu robi mi się lżej. Ciężar tych wszystkich samotnych lat jakby się rozpłynął.
Tęskniły. Więc ktoś naprawdę za mną tęsknił.
W oczach czuję łzy, jednak wiem, że nie mogę się teraz rozpłakać.
Odwracam się i widzę moją żonę obejmującą czule obie córki. To piękny obrazek jednak wiem, że czegoś w nim brakuje. Mnie. Staję obok nich i czuję, że obrazek nareszcie jest pełny.
Przy mnie siada także Theodor, wie, że jest częścią rodziny.
-Zamieszkaj ze mną ponownie, Anthony - proponuje Margaret a ja obiecuję przemyśleć tę propozycję
Theodor jest szczęśliwy, łasi się do mnie i ciągle przytula. Zauważam, że zachowuje się dziwnie, jednak dopiero następnego dnia zauważam co było przyczyną jego zachowania.
Rano odnajduję Theodora martwego. Nadal nie dowierzam w to co się tak właściwie stało.
Klękam przy nim i wiem, że on tak właśnie chciał się ze mną pożegnać.
Bronił mnie przez całe życie, żałuję teraz że ja nie mogłem uchronić go przed mrocznym kosiarzem zbierającym krwawe żniwo.
Czuję okropną pustkę w sercu. Ten psiak zajmował w nim wyjątkowe miejsce. Miejsce, którego nigdy nic nie zapełni.
Dlaczego wylądowałem na ulicy?
Zapewne nazwiecie mnie dziwakiem, ale... z własnej woli wyrzekłem się domu i ogniska rodzinnego.
Nie jestem alkoholikiem. Nie jestem uzależniony od niczego poza moim Theodorem - psiakiem, którego przed laty znalazłem w kontenerze na śmieci z połamanymi łapami i rozerwanym lewym uchem. Bez zastanowienia zabrałem go ze sobą i od tamtej pory jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Oboje wzajemnie wybawiamy się od samotności, zimna czy śmierci.
Ludzie pytają, czy nie mam czasem ochoty ogrzać sobie serca chociaż kropelką nalewki wiśniowej czy piwa. Zawsze odpowiadam przecząco. Najlepszym lekarstwem na rozgrzanie serca są dla mnie wspomnienia. Jako młody chłopiec byłem artystą. Rysowałem, grałem na gitarze, śpiewałem. Zawsze niezależnym i odstającym od społeczeństwa. Ojciec twierdził, że zmienię się z chwilą zawarcia małżeństwa. Posłuchałem go i jako dziewiętnastolatek ożeniłem się z niejaką Margaret, z którą mam zresztą dwie córki - Mariah i Vicky.
Miałem wszystko- dobrą pracę, kochającą żonę i dzieci, pieniądze, piękny dom i wiele innych rzeczy, które niestety szczęścia mi nie dawały. Ciągle potrzebowałem wolności.
Pewnego wieczoru włożyłem na siebie płaszcz, który nawet teraz, po pięćdziesięciu jeden latach mam na sobie, zapiąłem psu smycz i całując żonę i dzieci w policzki wyszedłem z domu. W pośpiechu napisałem jeszcze kartkę do Margaret i wsunąłem ją w kieszeń jej kurtki.
Na kartce napisałem jedynie, że przepraszam za takie świństwo jakie właśnie jej robię, ale jestem typem człowieka który po prostu musi być wolny.
Nigdy nie potrafił bym żyć w tych ciasnych klatkach zwanych biurami.
Nadzwyczaj odpowiada mi moja wędrówka po świecie.
Problemy pojawiają się dopiero nocą kiedy zimno dwa razy mocniej daje się we znaki. Niegdyś sypiałem w schroniskach dla bezdomnych, ale od dnia w którym nie chcieli mnie wpuścić z Theodorem nie pojawiłem się tam już ani razu. Miłość zdecydowanie nie jest dla mnie, ale przyjaźń sobie cenię.
Kiedy samotność zaczyna dawać mi się we znaki opowiadam Theodorwi różne historie. Psiak zawsze patrzy na mnie z ogromną ciekawością w tych błyszczących ślepiach. Wydaje się mnie rozumieć i nigdy nie jest znudzony, nawet kiedy moje opowieści są przerażająco nieciekawe.
Jedzeniem zawsze dzielimy się na pół. Traktuję go jak człowieka, jak równego sobie. Głównie dlatego, że to właśnie ten pies nauczył mnie większości ludzkich odruchów.
Czy czegoś się boję?
Owszem. Dwóch rzeczy. Boję się ludzi, szczególnie tych młodych którzy nie szanują takich jak ja. Nazywają śmieciami tylko dlatego, żeby pokazać się przed kolegami. To przykre że nasze społeczeństwo kiedyś skazane będzie wyłącznie na takich ludzi.Osobiście uważam, że aby kogoś szanować wystarczy spojrzeć na świat jego oczami. Nie wykluczone, że Ci młodzieńcy skończą podobnie jak ja, jednak oni jeszcze nie potrafią tego zrozumieć. Na szczęście Theodor zawsze mnie broni, nigdy nie pozwala krzywdzić. Tak jak ja jego. Wspaniale się uzupełniamy.
Drugą rzeczą której się boję, jest odejście Theodora. Przeżyłem z nim ostatnie dwanaście lat mojego życia. Każdy dzień przepełniony jest jego wesołym spojrzeniem. Tak, on ciągle jest wesoły bo choć brakuje nam jedzenia czy ciepła, to ma mnie. Szkoda, że ludzie nie potrafią kochać taką bezwarunkową miłością jak zwierzęta.
Idę ośnieżonym chodnikiem Moje życie wygląda dokładnie tak samo przez pięćdziesiąt jeden lat.
Wędrówki bez celu, przyglądanie się wystawom sklepów i ludziom.
Do dziś patrzę na to wszystko i nie mogę uwierzyć jak bardzo ludzie kochają pieniądze.
Mam ochotę stanąć na środku ulicy i krzyknąć "Hej ludzie! Jesteście bogaci, jednak ja jestem bogatszy od was wszystkich. Czy widzicie co mam? Mam przyjaciela".
Pod wpływem impulsu robię to, o czym przed chwilą jedynie marzyłem.
Ludzie zatrzymują się, jedni biją mi brawo, inni obrzucają pogardliwym spojrzeniem.
W tłumie rozpoznaję twarz kobiety, serce bije mi mocniej jednak nie ufam swoim oczom.
Mam siedemdziesiąt siedem lat więc wzrok może mnie zawodzić.
Jednak nie tym razem.
Kobieta także wydaje się mnie poznawać. Przedziera się przez tłum odpychając ludzi łokciami. Zaraz za nią idzie młoda dziewczyna. Na oko siedemnastolatka.
Podchodzą do mnie i patrzą ni to z pogardą ni to z podziwem. Nie wiem czy powinienem spodziewać się siarczystego policzka. Uparcie patrzę na kobiety, a one na mnie.
-Czy pan.. nazywa się Pan Anthony Smith?..- mówi w końcu starsza
Serce bije mi niebywale szybko.
Kiwam głową.
Na jej twarzy pojawia się rumieniec i wyraźne zakłopotanie. Sięga do torebki. Wyjmuje portfel.
-co Pani robi? - pytam przekonany, że chce wręczyć mi jakieś pieniądze, jednak ona wyciąga zdjęcie.
Podaje mi je, a ja z uwagą je oglądam.
Poznaję na nim siebie - młodego chłopca tulącego swoją żonę i dwie małe córeczki.
Patrzę na kobietę z niedowierzaniem. Teraz już wyraźnie ją poznaję.
-Mariah, to.. to Ty? - upewniam się, a ona przytakuje.
Kręci mi się w głowie.
-Ta młoda dama to zapewne Twoja...?
-To Twoja wnuczka, tato - szepce z czułością
Pierwszy raz od lat usłyszałem słowo "tato" skierowane do mnie. Zaczynam żałować, że nie było mnie przy moich córkach kiedy dorastały, kiedy mnie potrzebowały, że nie było mnie w ogóle.
Zdobywam się na odwagę by ją przytulić. Nie protestuje.
Widzę w jej oczach inteligencję i siłę. Poza tym jest bardzo piękną i dojrzałą kobietą.
Pomyśleć, że zostawiłem ją na pastwę losu kiedy miała ledwie siedem lat.
Patrzę na nią i wiem, że Margaret dała jej wszystko co mogła jej dać.
Zaprasza mnie do domu na herbatę, jednak mówię, że wolał bym odwiedzić jej matkę. We trójkę udajemy się do mieszkania mojej żony. Bardzo boję się jej reakcji, jednak odważnie stawiam kroki. Pukam do drzwi. Od razu poznaję kobietę, która je otwiera. Margaret nie zmieniła się prawie w ogóle przez te wszystkie lata.
-Jesteś taka piękna - wycedzam bez namysłu, a ona wyraźnie mnie nie poznaje. Patrzy na Mariah, a później na mnie. Na jej twarzy pojawia się uśmiech.
-Anthony? - pyta niepewnie, a ja potwierdzam.
Wpuszcza mnie do mieszkania, które niegdyś należało także do mnie. Wchodzę i zostaję poczęstowany gorącą herbatą.
Każdy kąt tego domu przypomina mi moje młodzieńcze lata. Na komodzie zauważam kartkę. Odruchowo podnoszę ją na wysokość głowy i czytam. Ogarnia mnie przerażanie. Poznaję tę pożółkłą już kartkę. To ją zostawiłem tamtego wieczoru w ramach wyjaśnienia.
W tym momencie słyszę dzwonek do drzwi. Margaret otwiera i w progu widzę młodszą córkę. Ta poznaje mnie bez problemu i staje jak wryta.
-tato..- w jej oczach widzę łzy
Nie jestem pewien czy powinienem podejść, przytulić ją. Nie było mnie przecież tyle lat.
Czuję się niepewnie więc zmierzam w stronę drzwi.
-przepraszam - rzucam na pożegnanie, jednak czuję czyjąś dłoń na ramieniu.
Staję jak wryty i czekam na to co będzie dalej.
-czekałam na Ciebie tato - słyszę głos Vicky
-Wszyscy na Ciebie czekaliśmy -dodaje także Margaret
Na sercu robi mi się lżej. Ciężar tych wszystkich samotnych lat jakby się rozpłynął.
Tęskniły. Więc ktoś naprawdę za mną tęsknił.
W oczach czuję łzy, jednak wiem, że nie mogę się teraz rozpłakać.
Odwracam się i widzę moją żonę obejmującą czule obie córki. To piękny obrazek jednak wiem, że czegoś w nim brakuje. Mnie. Staję obok nich i czuję, że obrazek nareszcie jest pełny.
Przy mnie siada także Theodor, wie, że jest częścią rodziny.
-Zamieszkaj ze mną ponownie, Anthony - proponuje Margaret a ja obiecuję przemyśleć tę propozycję
Theodor jest szczęśliwy, łasi się do mnie i ciągle przytula. Zauważam, że zachowuje się dziwnie, jednak dopiero następnego dnia zauważam co było przyczyną jego zachowania.
Rano odnajduję Theodora martwego. Nadal nie dowierzam w to co się tak właściwie stało.
Klękam przy nim i wiem, że on tak właśnie chciał się ze mną pożegnać.
Bronił mnie przez całe życie, żałuję teraz że ja nie mogłem uchronić go przed mrocznym kosiarzem zbierającym krwawe żniwo.
Czuję okropną pustkę w sercu. Ten psiak zajmował w nim wyjątkowe miejsce. Miejsce, którego nigdy nic nie zapełni.
Historia Aghaty Evans.
Nazywam się Aghata i chciała bym opowiedzieć wam historię swojego życia.
Liczę sobie już dziewięćdziesiąt trzy wiosny i od wielu lat mieszkam w Londynie.
Urodziłam się w Paryżu, jednak kiedy miałam ledwo pięć lat moi rodzice rozwiedli się. Mama spakowała nasze rzeczy i wyszła z domu trzymając mnie za rękę i tuląc mojego młodszego brata w ramionach. Od tamtego czasu mieszkam właśnie w Anglii. Zapewne ciekawi was jak zniosłam rozstanie rodziców? Otóż chyba byłam z tego powodu szczęśliwa. Mój tato był bardzo przystojnym mężczyzną, więc korzystał z tego zdradzając mamę. Tak przynajmniej słyszałam w rozmowach dorosłych. Sama nigdy o nim z mamą ani nikim innym nie rozmawiałam. Nie czułam potrzeby mieć go przy sobie.Już nawet prawie go nie pamiętam. Od czasu naszej wyprowadzki widziałam go może jeszcze dwa czy trzy razy. Wiem jedynie, że ożenił się ponownie i doczekał czwórki dzieci. Wtedy właśnie przestał się mną i Jonathanem interesować zupełnie. Nie dawał mamie żadnych pieniędzy na nasze utrzymanie więc żyliśmy bardzo skromnie.
Widziałam, że jest jej bardzo ciężko. Całymi dniami musiała pracować by móc zapewnić nam odpowiednie warunki. Często rezygnowałam z wielu przyjemności by móc zająć się bratem. Nie miałam znajomych i ogólnie rzecz biorąc byłam uważana za osobę nudną i ponurą. Ja jednak byłam po prostu zmęczona tym wszystkim. Wiele razy miewałam myśli samobójcze, których szybko się pozbywałam, bo mimo wszystko nadzwyczaj kochałam życie. Nadal je kocham mimo wielu niepowodzeń jakich w życiu doświadczyłam.
Byłam pilną uczennicą. Zawsze najlepszą w klasie. Dlatego też dostałam się do wymarzonego liceum. Uczyłam się, by kiedyś móc zarabiać pieniądze, których brakowało mojej mamie.
Jonathan z wiekiem stawał się coraz bardziej przystojny. Przypominał mi ojca. Miał czarne jak węgle oczy i kasztanowe loki. Ja w tamtych czasach byłam typowym brzydkim kaczątkiem. Miałam płomiennie rude włosy, zapadnięte zielone oczy, wychudzoną twarz obsianą tysiącem piegów i masę kompleksów więc nawet nie dbałam o to jak wyglądam. Zatopiłam się w książkach i zanim się obejrzałam byłam szczęśliwą studentką medycyny. Jednak to nie zupełnie tak, że nie widziałam świata poza książkami. W czasach szkoły średniej byłam szalenie zakochana w pewnym chłopaku imieniem Matt. Uwielbiałam jego ciepłe spojrzenie i sposób w jaki się do mnie zwracał. Przez długi czas jedynie się kolegowaliśmy, a później stał się moim chłopakiem. Doprawdy nie wiem co on wtedy we mnie widział, ale jestem mu bardzo wdzięczna, że pozwolił mi się czuć piękną i kochaną co pomogło mi w osiąganiu swoich osobistych sukcesów.
W czasie kiedy moje życie kwitło Jonathan powoli sięgał dna. Miał ledwie piętnaście lat kiedy wszedł w narkotykowe bagno. Jako szesnastolatek był już silnie uzależniony od kokainy i heroiny. Widziałam co się z nim dzieje, ale nie potrafiłam w żaden sposób pomóc.
Mimo swojego uzależnienia, które wyniszczyło jego organizm bardzo mocno nadal był nieziemsko przystojnym chłopcem. Miał na pęczki dziewczyn, które szybko lądowały w jego łóżku. Kiedy jedna z jego kochanek oświadczyła mu, że spodziewa się dziecka popadł także w alkoholizm. Po drodze, od jednej z dziewcząt zaraził się AIDS. W wieku dwudziestu jeden lat, kiedy ja kończyłam już studia medyczne ze specjalizacją: psychiatra i zabierałam się do pracy nad doktoratem mój brat zmarł. To wydarzenie potwornie mną wstrząsnęło, jednak jeszcze bardziej zmotywowało mnie do dalszej pracy. W niedługim czasie byłam już doktorem psychiatrą. W pewnym sensie swój sukces zawdzięczałam jego śmierci. Moim marzeniem było pomaganie takim ludziom jak on. Bo Jonathan nie był złym człowiekiem. On po prostu był zagubiony.
Przez wszystkie te lata mój związek z Mattem kwitł. Chłopak traktował mnie jak księżniczkę. Bardzo mnie kochał, a ja równie mocno kochałam jego. Wydawało mi się wtedy, że będziemy razem już zawsze. Byłam młoda i nie wiedziałam, że życie nie pisze pięknych scenariuszy. Któregoś dnia zdecydowałam, że chcę wyjechać na misję do jednego z tych wielu biednych krajów. Nic nie mówiąc Mattowi zabrałam się za załatwianie wszystkich potrzebnych formalności. Kiedy pewnego wieczoru oddałam mu się po raz pierwszy... było tak magicznie. Wierzyłam w to, że tak będzie już zawsze. Niecały miesiąc później powiedziałam mu o moich planach dotyczących wyjazdu. Zapytał jedynie czy już podjęłam ostateczną decyzję. Odpowiedziałam twierdząco. Myślałam, że zechce pojechać ze mną. Jako nauczyciel angielskiego byłby tam bardzo przydatny. Ale wtedy właśnie bajka się skończyła. Mimo wielu zapewnień o wielkiej miłości jaką do mnie żywi bez mrugnięcia okiem oznajmił, że to koniec naszego związku. Nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby zrezygnować dla niego ze swoich planów mimo, że pewnie właśnie tego oczekiwał. Przez wiele dni byłam mocno rozbita. Nawet wyjazd do Kenii czy wielogodzinna, ciężka praca nie pozwoliły mi zapomnieć o nieszczęściu jakie spotkało mnie w Anglii. Tęskniłam za domem, spracowaną matką, bratem który od lat już nie żył czy nawet za Mattem, który potraktował mnie bardzo podle. Nikomu o tym nie wspominałam, ale kiedy powiedziałam mu, że nie chcę go nigdy więcej widzieć wymierzył mi siarczysty policzek. To jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu słuszności swojego czynu.W czasie pobytu w Kenii codziennie wieczorem przyglądałam się sobie w lustrze. Z każdym dniem byłam coraz chudsza, ale moja twarz wydawała mi się o niebo ciekawsza. Zapadnięte oczy były jakby szczęśliwsze i nadzwyczaj tajemnicze. Cerę miałam idealną. Tylko te piegi nie dawały mi spokoju. Z czasem jednak i one zniknęły, a włosy spalone od Afrykańskiego słońca nabrały pięknego, miedzianego odcienia. Ponad rok spędziłam w Kenii. Na trzy miesiące przez wyjazdem zakochałam się w jednym z tamtejszych mężczyzn. On, jak później się okazało również zwrócił na mnie uwagę. Dlatego wróciłam do Anglii tylko by pozałatwiać wszelakie formalności i powróciłam do Kenii. Imienia mojego wybranka dzisiaj nawet nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Byłam z nim ledwo kilka miesięcy i to wiele lat temu. Musicie mi wybaczyć te drobne nieścisłości. Pamiętam jednak doskonale jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu jakby to było dzisiaj. Dziewięć miesięcy i cztery dni po jednym z najbardziej erotycznych przeżyć w moim życiu na świat przyszła nasza córka. Była piękną dziewczynką nieziemsko podobną do ojca. Miała piękną, ciemną karnację i bujne, czarne loki. Wybraliśmy dla niej imię Diana, ponieważ nie chciałam nadawać dziecku imienia w języku suahili. Kilka miesięcy po jej narodzinach miał odbyć się nasz ślub. Jednak kilka dni przed ceremonią jedna z tamtejszych kobiet powiedziała mi "Aghato, przemyśl to co robisz nim zwiążesz się z tym mężczyzną na całe życie. Tu panują inne zasady, inny świat do którego Ty, kochanie nie pasujesz. Przypomnij sobie wszystkie sceny zazdrości, to że nie możesz być przy nim zawsze tylko dlatego, że tak mówi nasza tradycja. Bierz Dianę i wracaj do Anglii nim nie jest za późno".
Długo myślałam nad słowami, które usłyszałam. Kiedy nadszedł dzień ceremonii wbiłam się w białą i brzydką suknię by przysiąc mężczyźnie, co do którego swych uczuć nie byłam pewna, miłość i wierność do śmierci. Szłam jak na skazanie. Miałam na sercu niebywały ciężar. Kiedy już mieliśmy podpisać dokumenty czyniące nas małżeństwem ze łzami w oczach powiedziałam, że nie wyjdę za niego. Nie pamiętam już nawet czy w tamtej chwili tego żałowałam, ale dziś jestem pewna, że postąpiłam słusznie. Nie mając czasu na pakowanie się czy przebieranie złapałam tylko walizkę i wrzuciłam do niej kilka najpotrzebniejszych rzeczy, a potem wzięłam Dianę na ręce i udałam się na lotnisko. Droga była długa i męcząca, ale w końcu znalazłyśmy się na miejscu nie mając nawet biletów, które później kupiłam za bardzo dużą sumę pieniędzy. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło by sprawdzić nasze dokumenty. Nie miałam zgody mojego niedoszłego męża na pobyt Diany w Anglii, jednak nie przejmowałam się tym zupełnie. To były inne czasy a ojciec mojej córeczki nawet nie był człowiekiem cywilizowanym. Zostawiłam mu jedynie kartkę w języku suahili którego nauczyłam się podczas pobytu w Kenii, na której napisałam, że wracam do Anglii, zabieram dziecko ze sobą i żeby nas nie szukał, a zdjęcia córki będę mu regularnie przysyłać, ponieważ uważałam, że należy mu się jakakolwiek informacja o jego dziecku.
Po powrocie do Londynu dowiedziałam się o śmierci mojej matki co zniosłam wyjątkowo trudno. Miałam do siebie żal, że ostatnich miesięcy nie spędziłam z nią, a w jakiejś dziczy planując ślub z Afrykańczykiem. Najbardziej jednak żałowałam, że nie zdążyła poznać Diany. Na pewno uznała by ją za wspaniałe dziecko.
Stopniowo wracałam do siebie, nabierałam ciała i patrzyłam dumnie na rozwój mojej córki.
Kiedy nabrałam trochę kobiecych kształtów zaczęłam ubierać się nader elegancko. Nosiłam ogromne kapelusze i ołówkowe spódnice. Ten nawyk został mi już do dziś.
Pewnego dnia postanowiłam odnaleźć ojca. Zostawiłam dziecko u przyjaciół i pognałam do Paryża licząc na to, że może odnowię kontakty ze swoim staruszkiem, jednak od sąsiadów dowiedziałam się że i on już pożegnał się z życiem. Odszedł popełniając samobójstwo. Z jakiego powodu? Nie wiem. Nikt nie chciał udzielić mi odpowiedzi na to pytanie.
Nieco zawiedziona i z poczuciem samotności powróciłam do Londynu. Diana rozpromieniła się od razu kiedy mnie zobaczyła. Cieszyłam się, że ją mam. Moja Afrykańska przygoda była chyba jak dotąd moim największym sukcesem.
By zapewnić dziecku byt otworzyłam gabinet lekarski. Pomagałam nie tylko jako dyplomowany psychiatra, ale i psycholog. Zatrudniłam się w ośrodku mającym na celu pomoc młodym narkomanom. Oddałam się tym ludziom zupełnie trochę zapominając o sobie. W końcu nawiązałam krótkotrwały romans z moim dziewiętnastoletnim pacjentem. Brał z życia garściami, nie bał się niczego. Czego zresztą miał się bać, kiedy narkomańską drogę miał już za sobą? Chciał bym bawiła się życiem tak jak on, jednak ja już tak nie potrafiłam. Miałam na karku trzydzieści kilka lat, byłam kobietą poważną i szukałam kogoś z kim mogła bym spędzić resztę życia. Tak więc szybko rozstałam się z młodym i pełnym życia Patrickiem, a niedługo później związałam się z kolegą po fachu - lekarzem psychiatrą. Jednak i ten związek nie przetrwał długo. W ostateczności wyszłam za mąż za kolegę z podstawówki. Odnaleźliśmy się po latach i wybuchła między nami nie mała namiętność. Rok po naszym ślubie urodziłam bliźniaki - Robbiego i Petera. Byłam dumna z moich dzieci zawsze. Nawet kiedy Robbie wyznał mi, że jest gejem. Tak, to było dla mnie bardzo ciężkie ale cieszyłam się że miał tyle odwagi by mi to powiedzieć. Nie byłam na niego zła. Miał prawo być kim chciał i w pełni akceptowałam jego odmienność.
Diana wyrosła na piękną dziewczynę. Świetnie się ruszała i kochała taniec. Jej marzeniem było zostać tancerką. Świetnie się zapowiadała, więc zapisałam ją na lekcje tańca towarzyskiego. Była prze szczęśliwa więc i ja i Oscar cieszyliśmy się razem z nią. Pewnego dnia wyjechaliśmy z mężem na dwa dni do znajomych zostawiając dzieci same w domu. Od razu wiedziałam, że nie był to dobry pomysł, jednak za namową Oscara po prostu opuściłam dom. Kiedy wróciliśmy Robbiego i Petera nigdzie nie było. Na stole znaleźliśmy kartkę mówiącą że na czas naszej nieobecności będą u swojego kolegi. Ulżyło nam, jednak kiedy weszliśmy do pokoju Diany.... znaleźliśmy ją martwą.
Miała ledwie siedemnaście lat kiedy popełniła samobójstwo. Przedawkowała leki nasenne. Nie mam pojęcia nawet skąd je miała. Z listu pożegnalnego który zostawiła dowiedzieliśmy się, że musiała odebrać sobie życie ponieważ zaszła w ciążę ze swoim kolegą z klasy. Przez długi czas nie mogłam się pozbierać po jej śmierci. Nawet dziś jest mi z tym ciężko. Jako lekarz miałam możliwość towarzyszenia przy sekcji jej zwłok. Wtedy zobaczyliśmy naszego wnuka. Okazało się, że Diana była w szóstym miesiącu ciąży, jednak ze względu na jej drobną postawę i to, że nosiła wiecznie za duże ubrania nie dostrzegliśmy jej ciążowych kształtów i nie zdążyliśmy w porę pomóc. To była nie tylko moja osobista ale i zawodowa porażka. Kiedy patrzyłam w lustro widziałam pustkę. Wiedziałam już co czują rodzice dziecka, które popełniło samobójstwo. Bezsilność, rozżalenie i nienawiść do wszystkiego. Tak czułam się i ja. Nienawidziłam świata za to, że mi ją odebrał. Miałam tylko kilka zdjęć z jej dzieciństwa i jedno zrobione niedługo przed śmiercią. Wykonał je jej chłopak. Piękne, czarno-białe zdjęcie na którym moja córka w samej bieliźnie pali papierosa i ze łzami w oczach patrzy w obiektyw prawą dłonią dotykając swojego zaokrąglonego brzucha. Wiedziałam, że popełniła samobójstwo nie z powodu ciąży, ale dlatego że Adam zostawił ją kiedy dowiedział się, że dziecko nie jest jego, a jego przyjaciela.
Pytałam Boga dlaczego to na mnie spadł ten ciężar. Jednak to jeszcze nie był koniec. Niedługo później Oskar wniósł pozew o rozwód. Bez niczego po prostu się zgodziłam. Nie chciałam być z kimś, kto już nie chciał być ze mną. Kiedy miałam sześćdziesiąt trzy lata na świat przyszła moja wnuczka - Carolyn. Jest ona córką mojego syna Petera i jego żony - Laury.
To chyba jedyne co mi w życiu wyszło. Bo ze strony Robbiego na wnuki liczyć nie mogłam. Poza tym on i tak wyprowadził się ze swoim partnerem do Włoch, a ja... ja zostałam sama w ogromnym domu, z pełnym kontem bankowym i niczym więcej. Od czasu do czasu odwiedzała mnie urocza Carolyn, później przyprowadzała też swojego młodszego brata - Christiana. Dziś jest tak nadal. Doczekałam się nawet prawnuków - Simona i Toma. Urocze dzieciaki. Znowu czuję się potrzebna. Czasem wracam do moich wspomnień. Często płaczę po nocach. Życie odebrało mi wszystko co kochałam, ale jeszcze samo nie odeszło. Ciężko mi było nie raz ale nigdy nie chciałam się poddać. Nigdy nie marzyłam o wielkiej miłości i nie dosięgła mnie. Poświęciłam swoje życie innym ludziom i czuję się spełniona bo tylko życie poświęcone innym jest warte przeżycia.
Czasami przychodzą takie dni, że chciała bym cofnąć czas, jednak to co było już nigdy nie wróci.
Budzę się w nocy i patrzę na podświetlany zegarek. Sekundy upływają coraz szybciej informując mnie że z każdym posunięciem wskazówki jestem coraz bliżej śmierci.
Nazywam się Aghata Evans.
Patrzę w lustro i tęsknię za czasami kiedy uznawałam, że jestem brzydkim kaczątkiem. Dziś mam pomarszczoną twarz niczym wymięty materiał, jeszcze bardziej zapadnięte oczy, które jako jedyne wcale się nie zmieniły, a moje niegdyś rude włosy dziś są naturalnie białe.
Mam dziewięćdziesiąt trzy lata i życie pełne wzlotów i upadków za sobą. Teraz pozostaje mi tylko leżeć w ciepłym łóżeczku i czekać na wieczny sen. Wiele się w życiu nauczyłam i żałuję, że teraz... kiedy tyle wiem muszę odejść. Ale jak widać na tym ta gra polega. W każdym razie warto było w nią grać.
Liczę sobie już dziewięćdziesiąt trzy wiosny i od wielu lat mieszkam w Londynie.
Urodziłam się w Paryżu, jednak kiedy miałam ledwo pięć lat moi rodzice rozwiedli się. Mama spakowała nasze rzeczy i wyszła z domu trzymając mnie za rękę i tuląc mojego młodszego brata w ramionach. Od tamtego czasu mieszkam właśnie w Anglii. Zapewne ciekawi was jak zniosłam rozstanie rodziców? Otóż chyba byłam z tego powodu szczęśliwa. Mój tato był bardzo przystojnym mężczyzną, więc korzystał z tego zdradzając mamę. Tak przynajmniej słyszałam w rozmowach dorosłych. Sama nigdy o nim z mamą ani nikim innym nie rozmawiałam. Nie czułam potrzeby mieć go przy sobie.Już nawet prawie go nie pamiętam. Od czasu naszej wyprowadzki widziałam go może jeszcze dwa czy trzy razy. Wiem jedynie, że ożenił się ponownie i doczekał czwórki dzieci. Wtedy właśnie przestał się mną i Jonathanem interesować zupełnie. Nie dawał mamie żadnych pieniędzy na nasze utrzymanie więc żyliśmy bardzo skromnie.
Widziałam, że jest jej bardzo ciężko. Całymi dniami musiała pracować by móc zapewnić nam odpowiednie warunki. Często rezygnowałam z wielu przyjemności by móc zająć się bratem. Nie miałam znajomych i ogólnie rzecz biorąc byłam uważana za osobę nudną i ponurą. Ja jednak byłam po prostu zmęczona tym wszystkim. Wiele razy miewałam myśli samobójcze, których szybko się pozbywałam, bo mimo wszystko nadzwyczaj kochałam życie. Nadal je kocham mimo wielu niepowodzeń jakich w życiu doświadczyłam.
Byłam pilną uczennicą. Zawsze najlepszą w klasie. Dlatego też dostałam się do wymarzonego liceum. Uczyłam się, by kiedyś móc zarabiać pieniądze, których brakowało mojej mamie.
Jonathan z wiekiem stawał się coraz bardziej przystojny. Przypominał mi ojca. Miał czarne jak węgle oczy i kasztanowe loki. Ja w tamtych czasach byłam typowym brzydkim kaczątkiem. Miałam płomiennie rude włosy, zapadnięte zielone oczy, wychudzoną twarz obsianą tysiącem piegów i masę kompleksów więc nawet nie dbałam o to jak wyglądam. Zatopiłam się w książkach i zanim się obejrzałam byłam szczęśliwą studentką medycyny. Jednak to nie zupełnie tak, że nie widziałam świata poza książkami. W czasach szkoły średniej byłam szalenie zakochana w pewnym chłopaku imieniem Matt. Uwielbiałam jego ciepłe spojrzenie i sposób w jaki się do mnie zwracał. Przez długi czas jedynie się kolegowaliśmy, a później stał się moim chłopakiem. Doprawdy nie wiem co on wtedy we mnie widział, ale jestem mu bardzo wdzięczna, że pozwolił mi się czuć piękną i kochaną co pomogło mi w osiąganiu swoich osobistych sukcesów.
W czasie kiedy moje życie kwitło Jonathan powoli sięgał dna. Miał ledwie piętnaście lat kiedy wszedł w narkotykowe bagno. Jako szesnastolatek był już silnie uzależniony od kokainy i heroiny. Widziałam co się z nim dzieje, ale nie potrafiłam w żaden sposób pomóc.
Mimo swojego uzależnienia, które wyniszczyło jego organizm bardzo mocno nadal był nieziemsko przystojnym chłopcem. Miał na pęczki dziewczyn, które szybko lądowały w jego łóżku. Kiedy jedna z jego kochanek oświadczyła mu, że spodziewa się dziecka popadł także w alkoholizm. Po drodze, od jednej z dziewcząt zaraził się AIDS. W wieku dwudziestu jeden lat, kiedy ja kończyłam już studia medyczne ze specjalizacją: psychiatra i zabierałam się do pracy nad doktoratem mój brat zmarł. To wydarzenie potwornie mną wstrząsnęło, jednak jeszcze bardziej zmotywowało mnie do dalszej pracy. W niedługim czasie byłam już doktorem psychiatrą. W pewnym sensie swój sukces zawdzięczałam jego śmierci. Moim marzeniem było pomaganie takim ludziom jak on. Bo Jonathan nie był złym człowiekiem. On po prostu był zagubiony.
Przez wszystkie te lata mój związek z Mattem kwitł. Chłopak traktował mnie jak księżniczkę. Bardzo mnie kochał, a ja równie mocno kochałam jego. Wydawało mi się wtedy, że będziemy razem już zawsze. Byłam młoda i nie wiedziałam, że życie nie pisze pięknych scenariuszy. Któregoś dnia zdecydowałam, że chcę wyjechać na misję do jednego z tych wielu biednych krajów. Nic nie mówiąc Mattowi zabrałam się za załatwianie wszystkich potrzebnych formalności. Kiedy pewnego wieczoru oddałam mu się po raz pierwszy... było tak magicznie. Wierzyłam w to, że tak będzie już zawsze. Niecały miesiąc później powiedziałam mu o moich planach dotyczących wyjazdu. Zapytał jedynie czy już podjęłam ostateczną decyzję. Odpowiedziałam twierdząco. Myślałam, że zechce pojechać ze mną. Jako nauczyciel angielskiego byłby tam bardzo przydatny. Ale wtedy właśnie bajka się skończyła. Mimo wielu zapewnień o wielkiej miłości jaką do mnie żywi bez mrugnięcia okiem oznajmił, że to koniec naszego związku. Nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby zrezygnować dla niego ze swoich planów mimo, że pewnie właśnie tego oczekiwał. Przez wiele dni byłam mocno rozbita. Nawet wyjazd do Kenii czy wielogodzinna, ciężka praca nie pozwoliły mi zapomnieć o nieszczęściu jakie spotkało mnie w Anglii. Tęskniłam za domem, spracowaną matką, bratem który od lat już nie żył czy nawet za Mattem, który potraktował mnie bardzo podle. Nikomu o tym nie wspominałam, ale kiedy powiedziałam mu, że nie chcę go nigdy więcej widzieć wymierzył mi siarczysty policzek. To jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu słuszności swojego czynu.W czasie pobytu w Kenii codziennie wieczorem przyglądałam się sobie w lustrze. Z każdym dniem byłam coraz chudsza, ale moja twarz wydawała mi się o niebo ciekawsza. Zapadnięte oczy były jakby szczęśliwsze i nadzwyczaj tajemnicze. Cerę miałam idealną. Tylko te piegi nie dawały mi spokoju. Z czasem jednak i one zniknęły, a włosy spalone od Afrykańskiego słońca nabrały pięknego, miedzianego odcienia. Ponad rok spędziłam w Kenii. Na trzy miesiące przez wyjazdem zakochałam się w jednym z tamtejszych mężczyzn. On, jak później się okazało również zwrócił na mnie uwagę. Dlatego wróciłam do Anglii tylko by pozałatwiać wszelakie formalności i powróciłam do Kenii. Imienia mojego wybranka dzisiaj nawet nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Byłam z nim ledwo kilka miesięcy i to wiele lat temu. Musicie mi wybaczyć te drobne nieścisłości. Pamiętam jednak doskonale jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu jakby to było dzisiaj. Dziewięć miesięcy i cztery dni po jednym z najbardziej erotycznych przeżyć w moim życiu na świat przyszła nasza córka. Była piękną dziewczynką nieziemsko podobną do ojca. Miała piękną, ciemną karnację i bujne, czarne loki. Wybraliśmy dla niej imię Diana, ponieważ nie chciałam nadawać dziecku imienia w języku suahili. Kilka miesięcy po jej narodzinach miał odbyć się nasz ślub. Jednak kilka dni przed ceremonią jedna z tamtejszych kobiet powiedziała mi "Aghato, przemyśl to co robisz nim zwiążesz się z tym mężczyzną na całe życie. Tu panują inne zasady, inny świat do którego Ty, kochanie nie pasujesz. Przypomnij sobie wszystkie sceny zazdrości, to że nie możesz być przy nim zawsze tylko dlatego, że tak mówi nasza tradycja. Bierz Dianę i wracaj do Anglii nim nie jest za późno".
Długo myślałam nad słowami, które usłyszałam. Kiedy nadszedł dzień ceremonii wbiłam się w białą i brzydką suknię by przysiąc mężczyźnie, co do którego swych uczuć nie byłam pewna, miłość i wierność do śmierci. Szłam jak na skazanie. Miałam na sercu niebywały ciężar. Kiedy już mieliśmy podpisać dokumenty czyniące nas małżeństwem ze łzami w oczach powiedziałam, że nie wyjdę za niego. Nie pamiętam już nawet czy w tamtej chwili tego żałowałam, ale dziś jestem pewna, że postąpiłam słusznie. Nie mając czasu na pakowanie się czy przebieranie złapałam tylko walizkę i wrzuciłam do niej kilka najpotrzebniejszych rzeczy, a potem wzięłam Dianę na ręce i udałam się na lotnisko. Droga była długa i męcząca, ale w końcu znalazłyśmy się na miejscu nie mając nawet biletów, które później kupiłam za bardzo dużą sumę pieniędzy. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło by sprawdzić nasze dokumenty. Nie miałam zgody mojego niedoszłego męża na pobyt Diany w Anglii, jednak nie przejmowałam się tym zupełnie. To były inne czasy a ojciec mojej córeczki nawet nie był człowiekiem cywilizowanym. Zostawiłam mu jedynie kartkę w języku suahili którego nauczyłam się podczas pobytu w Kenii, na której napisałam, że wracam do Anglii, zabieram dziecko ze sobą i żeby nas nie szukał, a zdjęcia córki będę mu regularnie przysyłać, ponieważ uważałam, że należy mu się jakakolwiek informacja o jego dziecku.
Po powrocie do Londynu dowiedziałam się o śmierci mojej matki co zniosłam wyjątkowo trudno. Miałam do siebie żal, że ostatnich miesięcy nie spędziłam z nią, a w jakiejś dziczy planując ślub z Afrykańczykiem. Najbardziej jednak żałowałam, że nie zdążyła poznać Diany. Na pewno uznała by ją za wspaniałe dziecko.
Stopniowo wracałam do siebie, nabierałam ciała i patrzyłam dumnie na rozwój mojej córki.
Kiedy nabrałam trochę kobiecych kształtów zaczęłam ubierać się nader elegancko. Nosiłam ogromne kapelusze i ołówkowe spódnice. Ten nawyk został mi już do dziś.
Pewnego dnia postanowiłam odnaleźć ojca. Zostawiłam dziecko u przyjaciół i pognałam do Paryża licząc na to, że może odnowię kontakty ze swoim staruszkiem, jednak od sąsiadów dowiedziałam się że i on już pożegnał się z życiem. Odszedł popełniając samobójstwo. Z jakiego powodu? Nie wiem. Nikt nie chciał udzielić mi odpowiedzi na to pytanie.
Nieco zawiedziona i z poczuciem samotności powróciłam do Londynu. Diana rozpromieniła się od razu kiedy mnie zobaczyła. Cieszyłam się, że ją mam. Moja Afrykańska przygoda była chyba jak dotąd moim największym sukcesem.
By zapewnić dziecku byt otworzyłam gabinet lekarski. Pomagałam nie tylko jako dyplomowany psychiatra, ale i psycholog. Zatrudniłam się w ośrodku mającym na celu pomoc młodym narkomanom. Oddałam się tym ludziom zupełnie trochę zapominając o sobie. W końcu nawiązałam krótkotrwały romans z moim dziewiętnastoletnim pacjentem. Brał z życia garściami, nie bał się niczego. Czego zresztą miał się bać, kiedy narkomańską drogę miał już za sobą? Chciał bym bawiła się życiem tak jak on, jednak ja już tak nie potrafiłam. Miałam na karku trzydzieści kilka lat, byłam kobietą poważną i szukałam kogoś z kim mogła bym spędzić resztę życia. Tak więc szybko rozstałam się z młodym i pełnym życia Patrickiem, a niedługo później związałam się z kolegą po fachu - lekarzem psychiatrą. Jednak i ten związek nie przetrwał długo. W ostateczności wyszłam za mąż za kolegę z podstawówki. Odnaleźliśmy się po latach i wybuchła między nami nie mała namiętność. Rok po naszym ślubie urodziłam bliźniaki - Robbiego i Petera. Byłam dumna z moich dzieci zawsze. Nawet kiedy Robbie wyznał mi, że jest gejem. Tak, to było dla mnie bardzo ciężkie ale cieszyłam się że miał tyle odwagi by mi to powiedzieć. Nie byłam na niego zła. Miał prawo być kim chciał i w pełni akceptowałam jego odmienność.
Diana wyrosła na piękną dziewczynę. Świetnie się ruszała i kochała taniec. Jej marzeniem było zostać tancerką. Świetnie się zapowiadała, więc zapisałam ją na lekcje tańca towarzyskiego. Była prze szczęśliwa więc i ja i Oscar cieszyliśmy się razem z nią. Pewnego dnia wyjechaliśmy z mężem na dwa dni do znajomych zostawiając dzieci same w domu. Od razu wiedziałam, że nie był to dobry pomysł, jednak za namową Oscara po prostu opuściłam dom. Kiedy wróciliśmy Robbiego i Petera nigdzie nie było. Na stole znaleźliśmy kartkę mówiącą że na czas naszej nieobecności będą u swojego kolegi. Ulżyło nam, jednak kiedy weszliśmy do pokoju Diany.... znaleźliśmy ją martwą.
Miała ledwie siedemnaście lat kiedy popełniła samobójstwo. Przedawkowała leki nasenne. Nie mam pojęcia nawet skąd je miała. Z listu pożegnalnego który zostawiła dowiedzieliśmy się, że musiała odebrać sobie życie ponieważ zaszła w ciążę ze swoim kolegą z klasy. Przez długi czas nie mogłam się pozbierać po jej śmierci. Nawet dziś jest mi z tym ciężko. Jako lekarz miałam możliwość towarzyszenia przy sekcji jej zwłok. Wtedy zobaczyliśmy naszego wnuka. Okazało się, że Diana była w szóstym miesiącu ciąży, jednak ze względu na jej drobną postawę i to, że nosiła wiecznie za duże ubrania nie dostrzegliśmy jej ciążowych kształtów i nie zdążyliśmy w porę pomóc. To była nie tylko moja osobista ale i zawodowa porażka. Kiedy patrzyłam w lustro widziałam pustkę. Wiedziałam już co czują rodzice dziecka, które popełniło samobójstwo. Bezsilność, rozżalenie i nienawiść do wszystkiego. Tak czułam się i ja. Nienawidziłam świata za to, że mi ją odebrał. Miałam tylko kilka zdjęć z jej dzieciństwa i jedno zrobione niedługo przed śmiercią. Wykonał je jej chłopak. Piękne, czarno-białe zdjęcie na którym moja córka w samej bieliźnie pali papierosa i ze łzami w oczach patrzy w obiektyw prawą dłonią dotykając swojego zaokrąglonego brzucha. Wiedziałam, że popełniła samobójstwo nie z powodu ciąży, ale dlatego że Adam zostawił ją kiedy dowiedział się, że dziecko nie jest jego, a jego przyjaciela.
Pytałam Boga dlaczego to na mnie spadł ten ciężar. Jednak to jeszcze nie był koniec. Niedługo później Oskar wniósł pozew o rozwód. Bez niczego po prostu się zgodziłam. Nie chciałam być z kimś, kto już nie chciał być ze mną. Kiedy miałam sześćdziesiąt trzy lata na świat przyszła moja wnuczka - Carolyn. Jest ona córką mojego syna Petera i jego żony - Laury.
To chyba jedyne co mi w życiu wyszło. Bo ze strony Robbiego na wnuki liczyć nie mogłam. Poza tym on i tak wyprowadził się ze swoim partnerem do Włoch, a ja... ja zostałam sama w ogromnym domu, z pełnym kontem bankowym i niczym więcej. Od czasu do czasu odwiedzała mnie urocza Carolyn, później przyprowadzała też swojego młodszego brata - Christiana. Dziś jest tak nadal. Doczekałam się nawet prawnuków - Simona i Toma. Urocze dzieciaki. Znowu czuję się potrzebna. Czasem wracam do moich wspomnień. Często płaczę po nocach. Życie odebrało mi wszystko co kochałam, ale jeszcze samo nie odeszło. Ciężko mi było nie raz ale nigdy nie chciałam się poddać. Nigdy nie marzyłam o wielkiej miłości i nie dosięgła mnie. Poświęciłam swoje życie innym ludziom i czuję się spełniona bo tylko życie poświęcone innym jest warte przeżycia.
Czasami przychodzą takie dni, że chciała bym cofnąć czas, jednak to co było już nigdy nie wróci.
Budzę się w nocy i patrzę na podświetlany zegarek. Sekundy upływają coraz szybciej informując mnie że z każdym posunięciem wskazówki jestem coraz bliżej śmierci.
Nazywam się Aghata Evans.
Patrzę w lustro i tęsknię za czasami kiedy uznawałam, że jestem brzydkim kaczątkiem. Dziś mam pomarszczoną twarz niczym wymięty materiał, jeszcze bardziej zapadnięte oczy, które jako jedyne wcale się nie zmieniły, a moje niegdyś rude włosy dziś są naturalnie białe.
Mam dziewięćdziesiąt trzy lata i życie pełne wzlotów i upadków za sobą. Teraz pozostaje mi tylko leżeć w ciepłym łóżeczku i czekać na wieczny sen. Wiele się w życiu nauczyłam i żałuję, że teraz... kiedy tyle wiem muszę odejść. Ale jak widać na tym ta gra polega. W każdym razie warto było w nią grać.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)