Strony~

Statystyki~

środa, 18 lipca 2012

Tonight we all die young...

Nazywam się Harry i jestem człowiekiem, który całe życie spędził w wielkiej samotni. Pewnej grudniowej nocy obudziłem się o trzeciej nad ranem i już nie mogłem zasnąć. Usiadłem wtedy na łóżku ze szklanką wody i do mojej głowy wdarła się pewna myśl. "Widzisz Harry, masz te swoje pieprzone osiemdziesiąt cztery lata i nigdy nie kochałeś nikogo ani niczego poza swoimi pieniędzmi i pracą" i ta myśl była nadzwyczaj prawdziwa. Prowadziłem wielką firmę, byłem bogaty, miałem piękny dom w którym stało pianino. Czego chcieć więcej? No cóż...poza tym nie miałem niczego. Nie ożeniłem się, a i zakochany byłem tylko jeden, jedyny raz w życiu - na studiach. Te myśli zaczęły mnie przytłaczać. Chwiejnym krokiem podreptałem do korytarza gdzie naciągnąłem ciepłe buty na bose stopy, zimową kurtkę i czapkę na łysiejącą już, siwą głowę. Postanowiłem iść na spacer. Nogi zaniosły mnie w pewne bardzo dziwne miejsce. Cmentarz. Cichy, smutny, pokryty grubą warstwą grudniowego śniegu, z lekka przerażający. Posmutniałem jeszcze bardziej kiedy zrozumiałem, że nie mam kogo na nim odwiedzić. Mimo wszystko wszedłem na jego teren i splatając ręce na plecach spacerowym krokiem zacząłem się przechadzać alejkami. Na każdym nagrobku widniało nazwisko człowieka, który kogoś kochał, złamał komuś serce, który odszedł, który miał swoją, odrębną historię. Jeśli któryś z owych grobów w jakiś szczególny sposób przykuł moją uwagę, zatrzymywałem się przy nim i wymyślałem historię która nie miała nic wspólnego z prawdą, a która jednak mogłaby się wydarzyć. Przykładowo dla Allie Sanders zmarłej w 1832 roku ułożyłem historię miłosną, w której ona jako piękna kobieta z burzą loków uciekła ze swoim ukochanym do obcego kraju, ponieważ ich rodzice nie akceptowali tego związku, a Rona Everetta uczyniłem miejscowym śpiewakiem noszącym wytworny beret i idealnie wypastowane buty. Przez chwilę czułem jakbym znał tych ludzi, jakby byli dla mnie ważni i jakbym ja był ważny dla nich i to przytłoczyło mnie jeszcze bardziej. Już kierowałem się ku bramie cmentarza z zamiarem powrotu do domu, do ciepłego łóżka gdy dostrzegłem skromny nagrobek z nazwiskiem Lindy McCain. Poczułem, że serce nieprzyjemnie tłucze mi się w piersi, Linda była moją pierwszą i ostatnią dziewczyną. Na tablicy było nawet jej czarno-białe zdjęcie z czasów kiedy miała jakieś trzydzieści lat. Nosiła długie, proste włosy, miała piękne kobiece kształty i... nie jestem pewien czy dobrze widziałem, ponieważ światło księżyca nie było zbyt mocne, ale kiedy owe zdjęcie zostało zrobione Linda chyba była w ciąży. Podkreślone było także, że odeszła jako młoda kobieta, mając ledwo trzydzieści siedem lat ginąc w wypadku lotniczym. Ja osobiście bałem się latać, jednak pamiętam jak dwudziestokilkuletnia Linnie (tak ją pieszczotliwie nazywałem) zawsze namawiała mnie na dalekie podróże samolotem czy chociażby skok na bungee. Tak bardzo kochała wysokość i intensywne życie, jakby była nieśmiertelna. Niestety jednak nie była, nikt nie był. Postanowiłem więc na chwilę przysiąść na ławeczce i spędzić te kilka minut w towarzystwie mojej jedynej dziewczyny.
-Linnie...tyle lat Cię nie widziałem... oh, gdybym tylko wiedział, że nie żyjesz z pewnością przyszedł bym na pogrzeb. Ale nie wiedziałem. Chyba byłaś za dobra, bo ja, jak sama kiedyś stwierdziłaś jestem zły do szpiku kości i co? Ciągle tu jestem - uśmiechnąłem się -Ciekaw jestem czy mnie jeszcze pamiętasz...
-Pamiętam - ten zachrypnięty gardłowy głos poznał bym wszędzie.
Odwróciłem się, jednak w pobliżu nie było nikogo. Jedynie wiatr uginał raz po raz łyse, pokryte cienką warstwą białego puchu drzewa.
-Linnie? - szepnąłem w ciemność jednak tym razem nikt mi nie odpowiedział -Linnie, jeśli tu jesteś...
-Jeśli tu jestem to co? - zobaczyłem zarys postaci który zniknął w ciągu sekundy.
-Proszę nie krzywdź mnie - serce tłukło się w mojej piersi jak oszalałe.
Poczułem na twarzy czyiś zimny oddech. To jej. Zawsze była taka nadzwyczajnie zimna. Linda była jedyną kobietą jaką w życiu całowałem. I teraz, po niemal pięćdziesięciu latach od jej śmierci znów mogłem wsunąć język w jej lodowate, piękne usta, znów czułem smak cytryny. Linnie zawsze pachniała i smakowała jak cytryna. Chciałem położyć dłonie na jej twarzy, znów badać jej kształty jak przed laty, jednak kobieta rozpłynęła się w powietrzu, na które natrafiły moje ręce.
-Do cholery, czy ja mam halucynacje? Przecież to nie może się dziać naprawdę - mruknąłem ponuro, lekko zawiedziony, że nie mogę znów jej dotknąć.
Poczułem jak zimne ręce zaciskają się na moim gardle i jak ktoś przybliża swoją twarz do mojej.
-Powiedz, że mnie kochasz - szepnęła
-Czemu?
-Powiedz!
-K..k...kocham Cię...
-Bardzo ładnie. Widzisz, chciałam, żebyś ten ostatni raz w życiu wyznał mi miłość. Żebyś poczuł że przy mnie szybciej bije Ci serce.
Biło.
Nie zdążyłem już odpowiedzieć, ponieważ jej dłonie oplatały mi szyję jak stalowe łańcuchy zaciskając się na niej z nadludzką siłą.
Poczułem że tonę we własnej krwi wdzierającej mi się do mózgu. Pachniała cytrynami. A kiedy pękła mi żyła w ręce zaczął się sączyć z niej bezbarwny płyn, który okazał się sokiem z cytryny.
W tej chwili poczułem, że czas się cofa. Znów miałem dwadzieścia trzy lata i trzymałem Lindę w objęciach na szkolnym balu. Całowałem ją, była taka piękna, że chciałbym żeby owa chwila trwała wiecznie. Jednak to nierealne, nic nie trwa wiecznie. Każda chwila, każda miłość, każde wspomnienie, każda przyjaźń, każde uczucie, każda historia, każdy człowiek umiera. I nic nie da się na to poradzić. Ostatnimi słowami jakie usłyszałem z ust Lindy były słowa naszej ulubionej piosenki.
Tonight we all die young.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz