Strony~

Statystyki~

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Opowieść wigilijna

Płatki śniegu radośnie wirowały targane podmuchami zimowego wiatru. Angela stała przy oknie obserwując je ze smutkiem, po jej bladych policzkach spływały łzy niemal tak zimne jak jej serce. Poza bezkresną bielą i majaczącym w oddali zarysem lasu widok z okna nie ukazywał niczego innego, żadnego uroczego domku na wzgórzu, ani jakiegokolwiek innego śladu życia. Ogień w kominku skwierczał pochłaniając kolejne kawałki drewna, jednak nie dawał on niemal żadnego ciepła. Tylko miłość potrafi je dać. Niestety jednak Angela w te wyjątkowe święta Bożego Narodzenia była najbardziej samotnym człowiekiem na Ziemi. Kiedy na niebie zaświtała pierwsza gwiazdka kobieta zasiadła do wieczerzy wigilijnej samotnie. U jej stóp nie plątało się żadne zwierzę, nic nie zakłócało idealnej i wręcz nieznośnej ciszy. Jedzenie nie smakowało tak jak powinno, gdy Angela myślami błądziła po zupełnie innym krańcu świata. Świadomość, że teraz nikt nie jest tak samotny jak ona przerażała ją, miała przed oczami obraz szczęśliwych rodzin, dzieci rozpakowujących prezenty z wspaniałymi uśmiechami przyklejonymi do twarzyczek i jej rodzinnego domu, który opuściła przed laty. Pewnego Bożego Narodzenia wyszła z mieszkania nie mówiąc nikomu dokąd się udaje. Rodzice spali nie podejrzewając niczego, zapamiętała ich błogi wyraz twarzy, kiedy tkwili w czułych objęciach. Spali - ona z głową na jego miarowo unoszącej się klatce piersiowej, on oplatając jej drobne ciało silnym ramieniem. Zapamiętała także to, że uznała, by zasypiać w czyichś ramionach trzeba mu niebywale ufać, powierzyć mu swój sen, spokój, swoje ciało. Kochała rodziców, grzechem byłoby nie kochać ludzi, którzy poświęcili jej całe swoje dotychczasowe życie i nie chciała nawet wyobrażać sobie tego, co czuli, gdy odkryli jej zniknięcie. Zostawiła na swoim łóżku jedynie kartkę głoszącą "odeszłam, nie szukajcie mnie", jednak wiedziała, że zapłacą każdą cenę, by ją odnaleźć. Czy powrót oznaczałby poddanie się? Skruchę? Jednakże kiedy zapragnęła ponownie wejść do ich życia, jako, być może, obca już osoba dowiedziała się, że oboje umarli niedługo po jej odejściu. Teraz nie miała ani dokąd, ani do kogo wracać. Bawiła się widelcem wpatrując w płomień świecy. Kiedyś jej ukochany dziadek zwykł mówić, że to co człowiek potrafi dostrzec w językach ognia, jest odzwierciedleniem jego duszy. Tęskniła za starszym panem, który zawsze witał ją z otwartymi ramionami krzycząc "Oh, moja ukochana wnusia!", mimo, że tak naprawdę mieszkali blisko siebie i nie miał okazji stęsknić się za dziewczynką. Teraz usilnie próbowała dostrzec choćby najmniejszy kształt w płomieniu, jednak nie było w nim nic poza przerażającą pustką. Łzy nie przestawały spływać po jej delikatnej buzi spadając na talerz. Nagle w pomieszczeniu zawył wiatr, a ogień w kominku zgasł, a na jego miejsce pojawił się starszy mężczyzna z długą siwą brodą ubrany w komiczny czerwony kostium rodem ze świątecznych reklam coca-coli. Popatrzył on ze smutkiem na Angelę i zajął puste miejsce przy stole przeznaczone dla nieznanego wędrowca.
-Kim Ty jesteś? - dziewczyna patrzyła z niedowierzaniem na mężczyznę w zabawnym stroju.
-Jestem najprawdziwszym Świętym Mikołajem i co roku przybywam osobiście do najsamotniejszej osoby na świecie. Niestety dzisiaj to Ty padłaś ofiarą samotności.
Wyciągnął ku niej różową kopertę przyozdobioną miniaturową choinką pachnącą lasem. Kobieta otworzyła ją i wyciągnęła z niej czystą kartkę.
-To jakiś żart, tak? - prychnęła
-Nie,skądże. Napisz na niej co byś chciała dostać na tegoroczne święta i spal ją nad płomieniem świecy. Wszystko jest dozwolone. Wszystko. - puścił jej oczko sponad okularów.
Uznając, że nie ma nic do stracenia postąpiła zgodnie ze wskazówkami Świętego. Ku jej zdziwieniu po chwili mieszkanie, w którym się znajdowała zamieniło się w jej rodzinny dom, jej rodzice i dziadek siedzieli przy stole, ona sama była teraz w swoim dziecięcym ciele, a Mikołaj rozpłynął się. Na widok uśmiechniętej mamy tulącej się do taty i radosnego dziadka robiącego im zdjęcie pognała ku nim. Wgramoliła się na kolana rodziców i mocno ścisnęła ich oboje wybuchając płaczem. Tak też zostali uchwyceni na fotografii.
-Mamusiu, tatusiu, obiecajcie, że nigdy nie odejdziecie! - zawyła rozpaczliwie jeszcze mocniej przyciskając twarzyczkę do pachnącego miłością swetra mamy.
Kobieta pogłaskała córeczkę po blond włoskach i zaśmiała się serdecznie zerkając na swojego męża.
-Obiecujemy. - szepnęła dziecku do ucha.
Wtedy mała Angela odwróciła główkę dostrzegając zauroczonego tą sytuacją dziadka.  Sprawnym ruchem ześlizgnęła się z kolan mamy i popędziła ku dziadziusiowi, a ten otworzył szeroko ramiona łapiąc skaczącą ku niemu dziewczynkę i unosząc wysoko w powietrze.
-Moja ukochana wnusia! - zawołał radośnie, przytulając główkę dziecka do serca. Słyszała jak głośno bije.
Zjedli wspólnie kolację i cieszyli się chwilą. Wraz z wybiciem północy czar prysł. Przeszłość ponownie odeszła pozostawiając za sobą ciepłe wspomnienia. Angela ponownie znajdowała się w swoim pustym mieszkaniu i dostrzegła stojącą na komodzie fotografię zrobioną tamtego wieczoru. Mała, rozżalona dziewczynka tuląca się do rodziców. Łzy wzruszenia ponownie pociekły po jej policzkach, a kiedy spojrzała w okno zauważyła przechadzającego się nieopodal mężczyznę. Mieszała w tym miejscu od lat, jednak nigdy wcześniej go tu nie widziała. Zatrzymał się i najwyraźniej dostrzegł zarys jej sylwetki. Pomachał przyjaźnie i odszedł. Mimo dzielącej ich odległości rozpoznała w nim zmarłego przed laty dziadziusia. Kiedy ponownie wyjrzała za okno poszukując go wzrokiem, ujrzała jedynie raniącą, bezkresną biel.

czwartek, 6 grudnia 2012

Trójka Najwspanialsza

Każdy człowiek nosi w sobie swoją małą tragedię, którą żyje. Moja tragedia pożerała mnie od środka, zabierała mi duszę i życie rozwijając się tydzień po tygodniu. Miałam siedemnaście lat, byłam córką najbogatszych i najbardziej szanowanych ludzi w mieście.Miałam na imię Lily. Uczucie jakim darzyli mnie rodzice, a właściwie jego brak poznałam dopiero jednego z lipcowych popołudni, kiedy ze łzami w oczach i sercem szamoczącym się w piersi oznajmiłam, że spodziewam się dziecka. Miałam nadzieję, że okażą wściekłość, że popłyną łzy nie należące do mnie. To miało znaczyć, że skoro tak reagują  muszę coś znaczyć. Jednak ojciec tylko wyciągnął z kieszeni plik pieniędzy i machając mi nim przed nosem niczym wachlarzem oznajmił, że problem niebawem zniknie. Nie protestowałam, mój ojciec nie jest człowiekiem z którym można dyskutować. Niecały miesiąc później siedziałam już w gabinecie lekarskim trzęsąc się ze strachu. W spojrzeniu towarzyszącej mi matki nie dało się odczytać żadnych uczuć, jakby aborcja była tylko rutynowym zabiegiem. W myślach przeklinałam ją za tę obojętność, którą żywiła w stosunku do mnie. Kiedy pani doktor weszła do gabinetu naciągając na dłonie gumowe rękawiczki rozdzwonił się telefon mojej matki. Odebrała słuchając przez chwilę po czym zasłoniła słuchawkę dłonią i oznajmiła, że musi iść. Odeszła bez pozostawienia mi spojrzenia w którym mogła bym dostrzec choć cień żalu, współczucia. Żadnego "będzie dobrze, córeczko". Ta kobieta nigdy nie nazwała mnie swoją córką. Z plakietki przymocowanej do fartucha pani doktor przeczytałam, że nazywa się Sophie Montgomery. Kobieta usiadła przy mnie obdarowując ciepłym spojrzeniem swoich hebanowych oczu. Jej ciemne włosy upięte były w wysokiego koka, a niesforne pasemka otulały jej pociągłą twarz.
-Kochanie, wiem, jakie to dla Ciebie trudne, masz ledwie siedemnaście lat. -jej miły głos wypełnił to lodowate pomieszczenie o białych ścianach cuchnących śmiercią niewinnych dzieci -Musisz tu podpisać, to taka mała formalność dzięki której będziemy mogli przeprowadzić aborcję. -podsunęła mi pod nos niebieską tekturową podkładkę z przypiętą do niej kartką.
Długopis w mojej dłoni drżał niczym liść na jesiennym wietrze. Odetchnęłam głęboko i przenosząc wzrok na Sophie szepnęłam:
-Ja nie chcę tego robić.
Kobieta uśmiechnęła się chwytając moją nieustannie drżącą dłoń, a w jej oczach mogłam dostrzec szklany błysk łez, które szybko otarła.
-Co wobec tego pragniesz zrobić?
-Urodzę dziecko, a potem je oddam. Nie chcę odbierać mu życia, proszę pani. To nie ono zawiniło, to my.
-Powiedziałaś jego ojcu?
Pokręciłam głową nie mogąc zdobyć się by wypowiedzieć jakiekolwiek słowo.
-Nie chcę, by życie Juliana legło w gruzach wraz z moim. - powiedziałam w końcu z trudem.
Kobieta dotknęła dłonią mojego policzka mokrego od łez patrząc na mnie z taką czułością, z jaką nikt w życiu, poza Julianem, na mnie nie patrzył. Następnie jej dłoń skierowała się ku mojemu leciutko zaokrąglonemu brzuchowi.
-Chcesz poznać płeć dziecka? -zapytała lekko zachrypniętym głosem.
Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę po czym kiwnęłam głową na znak potwierdzenia. Sophie kazała podwinąć mi bluzkę po czym nałożyła na mój brzuch niewielką ilość zimnego żelu. Sprawnie przesuwała urządzeniem podłączonym do komputera po wypukłości skrywającej dziecko. Głowę odwróconą miałam w przeciwnym kierunku w obawie, że jedno spojrzenie wystarczy by pokochać ten mały cud.
-Spójrz, to Twój syn. - szepnęła kobieta, jakby oglądanie nowego życia nadal było dla niej czymś nadzwyczajnym mimo wielu lat pracy w  tym zawodzie.
Powoli odwróciłam głowę, wzrok utkwiłam w ekranie na którym zobaczyłam małą główkę i pulsujące serduszko.
-Jest idealny. - wydusiłam z siebie zdając sobie sprawę z tego że się nie myliłam. Tyle wystarczyło, bym pokochała tego chłopca w moim łonie do szaleństwa.
Obie oniemiałe wpatrywałyśmy się w ekran, kiedy pojawiła się na nim także druga główka, kolejne dwie rączki, dwie nóżki i niewielki pulsujący punkcik będący drugim serduszkiem. Nie potrzebowałam wyjaśnienia by wiedzieć, że nie jedno, a dwoje dzieci, niemal do siebie przytulonych rośnie we mnie na dowód uczucia, które płonęło między mną, a Julianem, niczym dwa jabłuszka rozwijające się na jabłoni. Jabłuszka tak bardzo ze sobą powiązane, że jedno nie może przeżyć bez drugiego.
-Jest piękna.
-Kto? - zapytałam będąc w szoku zbyt dużym by zrozumieć o kim kobieta mówiła.
-Twoja córka, Lily.
Te słowa zabrzmiały tak niewyobrażalnie odlegle. Ja, która niedawno sama biegałam radośnie w pieluchach po ogromnym domu moich rodziców teraz miałam zostać mamą dwójki idealnych dzieci. Wyszłam z gabinetu lekarskiego rozanielona, niczym niesiona na skrzydłach zupełnie zapominając o konsekwencjach. Wiedziałam, że nie mogę zatrzymać dzieci, lecz niczego innego bardziej nie pragnęłam.Odważyłam się poinformować o tym Juliana i pozwolić mu zadecydować co dalej powinniśmy zrobić. Julian pokochał dzieci już w momencie, kiedy przyłożył dłoń do mojego brzucha po raz pierwszy. Nie potrafiliśmy zadecydować o ich oddaniu do adopcji. Kilka miesięcy później, kiedy śnieg sypał tak mocno, jakby Bogu przypadkowo otworzył się worek pełen białego puchu, nasze bliźnięta zaczęły dopominać się wyjścia na świat. Podczas porodu okazało się, że życie nie szczędzi mi niespodzianek. Poza chłopcem i dziewczynką, których oczekiwaliśmy, na świecie pojawiła się druga, malutka i mizerna dziewczynka. Dostała ona na imię Hope, pozostała dwójka to Christian i Sophie. Dzieci były wspaniałe, a ilekroć patrzyłam na Sophie dostrzegałam ciepły uśmiech kobiety, która niczym wróżka obsypała mój brzuch magicznym pyłkiem i wywróżyła najwspanialszą przyszłość, niczym w ulubionych bajkach z dzieciństwa. Tak więc za zakończenie dodam, że żyliśmy długo i szczęśliwie w ogromnym zamku wypełnionym miłością i radosnym śmiechem Trójki Najwspanialszych.