To były walentynki. Magiczna data czternastego lutego, kiedy to wszystko tonie w przesłodzonych serduszkach, a na ulicach widać jedynie zakochanych. Miałem nieodparte wrażenie, że jestem jedyną samotną osobą tego dnia, jednak mimo wszystko patrzenie na całujące się pary sprawiało mi jakąś przyjemność. Było już ciemno, a miasta jak to miasta nocą były pięknie oświetlone. Zawsze to kochałem. Tamta noc była jednak wyjątkowa. Wyraźnie zmęczony przystanąłem na chwilę i przeciągnąłem się. Wtedy ktoś złapał mnie za rękę. Podobało mi się uczucie które mnie wtedy wypełniło - taki wewnętrzny spokój, przekonanie że teraz już wszystko będzie dobrze. Samochody i przechodnie zniknęli w przeciągu chwili. Byliśmy tylko my - ja i tajemnicza kobieta która ujmowała moją dłoń. Kiedy się jej przyjrzałem zauważyłem, że ma zielone oczy ze źrenicami węża i płonęła w nich pasja, namiętność. Miała piękne malinowe usta, które jak się potem okazało także malinami smakowały, a jej kręcone, ciemne włosy opadały na piersi. Chciałem zapytać o jej imię, o to co się dzieje, jednak kiedy tylko otworzyłem usta ona przyłożyła do nich palec na znak bym nic nie mówił. Rozbrzmiała muzyka, a moje ciało nagle jej się poddało. Zaczęliśmy tańczyć wirując na środku opustoszałych ulic. To było tango, a dziewczyna tańczyła wspaniale. Czułem, że do siebie pasujemy, że nasze ciała tak idealnie się uzupełniają i uwielbiałem patrzeć w jej oczy w których widziałem więcej namiętności, podniecenia i erotyki niż w niejednym filmie pornograficznym. Muzyka, która zdawała się rozbrzmiewać w moim sercu ciągle grała, kiedy dziewczyna przytuliła mnie mocno do siebie i zaczęła całować. Żadna z moich byłych nie całowała tak wspaniale jak ona. Raz po raz wsuwała mi język w usta, wodziła nim po moim podniebieniu, zębach. Początkowo całowała mnie delikatnie, potem z coraz większą pasją. Miałem wrażenie, że niedługo popchnie mnie na środek ulicy i zerwie ubrania, jednak tak się nie stało. Kiedy muzyka ucichła mieliśmy dokładnie sześć minut na rozmowę.
-Kim jesteś? - zapytałem w końcu, a ona jedynie patrzyła na mnie uśmiechając się zadziornie.
-Jestem Śmiercią. - wysyczała w końcu.
Miała lekko zachrypnięty i seksowny głos.
-Co Ty mówisz? - moją pierwszą myślą było to, że z pewnością uciekła z zakładu psychiatrycznego.
Jednak w przeciągu sekundy jej piękne, młode i zgrabne ciało uległo rozkładowi. Nagle kobieta miała na sobie podartą suknię, a jej ciało odchodziło od kości. Jedyne co się nie zmieniło, to jej wężowe oczy. Wtedy uznałem, że to ja oszalałem, jednak i to nie było prawdą.
-Nadal masz ochotę ze mną tańczyć, całować mnie? - zapytała.
Odpowiedź powinna być oczywista, jedynak mi to pytanie dało dużo do myślenia. Mimo, że była przerażająca w sercu czułem coś co mogę nazwać przyciąganiem. Nie chciałem, żeby ta wspólna chwila się skończyła, patrząc na nią ciągle widziałem tę piękną i seksowną szatynkę. Odgarnąłem jej włosy z czoła i skinąłem głową. Nie wydawała się być zaskoczona.
-Nie jesteś pierwszym, który nie chce mnie opuszczać. -powiedziała jakby po to, żeby się pochwalić.
-Dlaczego chcę przy Tobie zostać?
-Jeśli raz posmakujesz śmierci, chcesz być na zawsze martwy. I to nie jest magia. To kwestia Twoich pragnień.
-Więc pozwolisz mi ze sobą pójść?
-Nie. Chciałam jedynie, żebyś mnie zasmakował i pożądał przez resztę życia. Ale spokojnie, jeszcze się spotkamy. Za wiele lat, kiedy będziesz umierał w swoim ciepłym łóżku przyjdę po Ciebie. Pocałuję Cię i pójdziesz ze mną, zgoda?
-Nie. Chcę iść teraz. Cała wieczność to zbyt wiele.
Skinęła głową i ponownie mnie pocałowała, a ja czułem jakby wypijała całą moją duszę. Jakbym stawał się marionetką. Kiedy spojrzałem na swoje dłonie okazało się że są one pozbawione ciała.
-Co się stało?
-Witaj w moich szeregach, kochany. Witaj w Klubie Marionetek Śmierci.
Patrzyłem na nią z osłupieniem.
-Myliłeś się, jeśli myślałeś, że będę Cię kochać. Ludzie kochają śmierć, to ich ludzka słabość, ale śmierć nie ma słabości. Śmierć nie kocha. - szepnęła mi do ucha.
Potem wszystko zaczęło płonąć żywym ogniem, ja sam również. Moje życie spłonęło na moich oczach, a następnie zatopiło się w nieprzeniknionych ciemnościach. Nigdy więcej nie ujrzałem światła, ale też nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Zmarłem w dzień zakochanych, będąc zakochanym do szaleństwa i nadal, po wielu latach wpatruję się w moją pustkę i tęsknię za tamtym dniem. Mimo, że nie żyję moje serce uporczywie bije. Bije dla Śmierci.
środa, 25 lipca 2012
piątek, 20 lipca 2012
I like pills..
Niebieska kapsułka daje szczęście, czerwona namiętność, zielona spokój, żółta złudzenia.Wszystkie z nich są magią. Codziennie rozkładam przed sobą paletę barw - każda z nich ma inne działanie. Moja krew jest tęczowa, dzisiaj wypełniają ją wszystkie kolory, serce bije mi szybciej. To piękny dzień, świat mógłby się nie kończyć. Oczywiście do czasu kiedy nie skończą się wszystkie kolory. One są w życiu ważne, nadają mu charakteru. Moje życie jest nieziemsko kolorowe. Kocham je takim jakim jest, a później trzeźwieję. Oczywiście nie na długo. Kolory mają do siebie to, że można je przyjąć na nowo kiedy działanie słabnie. Próbowałam też swego czasu koloru białego, on nie jest kapsułką. Jest śniegiem sypiącym się między moimi palcami, spadającym z nieba i wsiąkającym głęboko w moje żyły. Czasem tak mało jest we mnie życia. Po prostu trwam, jestem tu, czasem gdzieś indziej. Czasem kocham, czasem nienawidzę - to wszystko zależy od koloru. Kiedy świat blaknie zasypiam - tak właśnie wygląda moje tęczowe życie. Nikt przecież nie obiecywał, że po drugiej stronie tęczy wszystko będzie okej. Przerażający statek płynie po morzu, które widzę tylko ja. To morze jest różowe, jak moje magiczne tabletki, które dają mi siłę. Na statku są złe istoty, które chcą mnie zabić. Nie, nie pozwolę, nie umrę. Nie z ich rąk. Sama podejmę tę krwawą decyzję. Sama chcę zdecydować z jakim kolorem przed oczami zasnę, dopilnować by to nie była standardowa czerń. Moje życie jest niczym bajka, choć wcale nie jest piękne. Jest po prostu nierealne do tego stopnia, że sama w nie nie wierzę. Oh, Boże gdybyś istniał zadbał byś o mnie. Ale dzisiaj...to jest właśnie ten dzień, na który czekałam tak długo. Dłużej już czekać nie mogę. Dziewczyny kochają rozchylać wargi do pocałunku, ja także. Po moich ustach, języku, zębach przesuwają się magiczne kolory niczym język ukochanego. Są takie delikatne, tak pięknie pachną śmiercią. Wszystkie jedna po drugiej cicho lądują w moim żołądku, szepcą mi, że kochają i obiecują że będą kochać do końca mojego istnienia. Tak, wierzę im. One jedyne nigdy nie kłamią, są zbyt idealne. Dzisiaj jestem szczęśliwa, odczuwam potrzebę bliskości drugiego człowieka silniej niż zwykle, może dlatego, że to już koniec, ale w gruncie rzeczy jestem spokojna. Widzę rzeczy których nie widzą inni i to jest magia. Nic nie czuję, nie czuję samej siebie. Nawet biorąc w palce pędzel moje życie jest puste, ja jestem pusta, moje płótno i moja "sztuka". Przeciągam różnymi kolorami po materiale, zostawiam na nim trwały ślad. Kolory nigdy mnie nie opuszczą, tak bardzo je kocham. W chwilę później mam przed oczami łąkę. Wydaje mi się, że sama ją namalowałam swoimi farbami. To dobrze, obraz skończony, drzwi otwarte. Można odejść. Czuję jak upadam, a potem wznoszę się wysoko do nieba. Ląduję w morzu różnokolorowych kapsułek. Wsuwam do ust każdą po kolei aż w końcu wypełniają mnie całą. To piękne, niebo jednak istnieje i właśnie jestem w raju. W moim własnym kolorowym raju. Już nawet moje włosy nie są koloru blond, a pięknej zieleni. Odpłynęłam na zawsze czy na chwilę? Teraz już wiem, że na zawsze. Bo spotkała mnie największa tragedia jaką mogłam sobie wyobrazić. Zamknęłam oczy i widziałam tę standardową ciemność, czerń. Ale to nie ważne. Teraz będę w niebie kolorów, teraz nic się nie będzie liczyć. Odchodzę pozostawiając za sobą moją łąkę. Anioły prowadzą mnie tęczą, a ja ostrożnie stawiam każdy krok. Mogła bym się z niej zsunąć - życie jest przecież tak kruche. Wybucham szaleńczym śmiechem, przecież jestem już martwa. Staję na rękach, a w konsekwencji spadam z mojej pięknej tęczy. Płynę w bezdenną otchłań. Oh, nie. Dla mnie już na zawsze zapanowała czerń. It's not my fault that I like pills. -nucę zapadając się w ciemność.
Hey, can I kill you?
Przez wiele lat moje życie pozbawione było ludzi, uczuć i wszystkiego co się z tym wiąże. Dzisiaj jednak jest inaczej. A wszystko zaczęło się pewnego październikowego wieczoru, kiedy to sączyłem piwo w barze. Usiadła wtedy przy mnie piękna dziewczyna, której nigdy nie zapomnę. Miała na imię Allie i kiedy ją tylko ujrzałem wiedziałem, że jest kobietą na którą czekałem. Nie, nie chodzi mi tu o jakąś piękną miłość, czy inną historię która skończy się happy endem. Pamiętam, że zaproponowałem jej spacer, a ona - młoda, piękna i naiwna szybko się zgodziła. Tak więc spacerowaliśmy sennymi uliczkami Londynu w strugach deszczu. Przystanąłem na chwilę wpatrując się w nią jak to robią zakochani chłopcy.
-Mogę zrobić Ci zdjęcie? - zapytałem siląc się na najbardziej czarujący uśmiech jaki mogłem z siebie wykrzesać.
Zgodziła się skinięciem głowy, więc uwieczniłem ją na swoim telefonie.
-Wiesz, zawsze marzyłam o pocałunku w deszczu. - szepnęła nieśmiało chowając dłonie w kieszeniach jeansów.
-Jak każda dziewczyna. - zaśmiałem się cicho, jednak pocałowałem ją.
To był piękny, długi i namiętny pocałunek. Jej język błądził po moim podniebieniu, delikatnie muskał moje zęby. To było wspaniałe do tego stopnia, że aż przeszły mnie zimne dreszcze. Wyciągnąłem papierosa - moje ulubione black devile.
-Chcesz? -zapytałem kierując ku niej paczkę.
Wzięła go ode mnie, jednak na tyle niezgrabnie bym wiedział, że robi to po raz pierwszy w życiu. Chwilę później nauczyłem ją jak się zaciągać, a potem jeszcze długo się całowaliśmy. Jej dłonie raz po raz wsuwały się pod moją koszulkę lub za pasek spodni, co bardzo mi się podobało. Przez chwilę nawet myślałem, żeby odejść od swoich zamiarów, jednak ta namiętność która żyła we mnie była zbyt silna. Przed oczami miałem obraz dzieciństwa, kiedy znęcałem się nad owadami odrywając im nóżki i skrzydełka, a potem patrzyłem na ich agonię w cierpieniu. Kiedy miałem dziesięć lat zabiłem pierwszego szczura. Zrobiłem mu sekcję zwłok, mimo, że jeszcze się ruszał. Tak jakby rozkroiłem go żywcem i cieszyłem się widokiem wypływającej z jego wnętrzności ciepłej krwi. Kiedy sąsiadom zaczęły znikać domowe zwierzątka podejrzenia padły na mnie, więc i ja zniknąłem. Wtedy jednak nie liczyło się nic poza kobietą którą trzymałem w objęciach. Właściwie, nie wiem czy zasłużyła nawet na miano kobiety, miała co najwyżej jakieś siedemnaście lat i dlatego jej krew dała mi najwięcej życia.
-Słuchaj... Ty spełniłaś swoje marzenie o pocałunku w deszczu więc i ja chciałbym spełnić swoje... chciałbym coś z Tobą zrobić.. - szepnąłem jej do ucha.
Uśmiechnęła się ukazując swoje idealnie białe zęby.
-Rób co zechcesz - zamruczała jak rasowy kot przesuwając językiem po swoich pełnych ustach.
-Chciałbym Cię zabić -złapałem ją mocno za ramię i na mojej twarzy zagościł najprawdziwszy uśmiech w moim życiu.
-Więc lubisz na ostro? - zaśmiała się, a ja odgasiłem jej papierosa na otwartej dłoni.
-Chcę Cię zabić - powtórzyłem z naciskiem.
Zapadła martwa cisza w której nie słyszałem nic poza biciem naszych serc. Jakby biły dla siebie i z pewnością tak było. Wyciągnąłem z kieszeni mój ulubiony składany nóż i ostrożnie obróciłem go w palcach patrząc na przerażenie w jej oczach.
-Nie zrobisz tego... - wydała z siebie zduszony jęk, a na moich rękach pojawiła się jej ciepła krew.
-Czyżby? - zaśmiałem się oblizując swoje zakrwawione palce.
Blask w jej oczach gasł bardzo powoli, nawet zdążyła cicho zapłakać. Z każdą sekundą jej dusza odchodziła coraz dalej i w pewnym sensie trafiała do mnie. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że nie jestem tak bezduszny jak myślałem. Usiadłem przy niej i przez chwilę głaskałem ją po kasztanowych włosach.
-Widzisz, ja żywię się duszami różnych istot. To naprawdę nie Twoja wina, że Twoja krew pachniała tak pięknie. Ale mogę oddać Ci przysługę - mówiłem do umierającej Allie - powiedz że mnie kochasz, nikt nie powinien umierać nie kochając i nie będąc kochanym.
-Kocham Cię - szepnęła z wysiłkiem, a ja odpowiedziałem jej tym samym.
To były jej ostatnie słowa, po których jej dusza w całości wypełniła moje puste dotychczas serce. Zajęła w nim wyjątkowe miejsce - w końcu była tą pierwszą.
Zostawiłem jej nawet na pamiątkę mój ulubiony nóż wbity w jej brzuch. Ułożyłem ciało tak, by to wyglądało na samobójstwo i odszedłem zostawiając ją martwą na deszczu, nie oglądając się za siebie ani razu.
Kilka dni później wydrukowali artykuł o samobójstwie siedemnastolatki pod którym dali jej zdjęcie. Wyciąłem je starannie i powiesiłem na tablicy korkowej nad łóżkiem. Popełniłem w życiu wiele morderstw. Tak wiele, że nawet sam pomyliłem się w rachubie, nie wszystkich imion nawet znałem, ale Allie szczególnie zapadła mi w pamięć. Za każdym razem przed snem mam jej obraz przed oczami, czuję jej ciepły oddech na sobie, a na wargach ciągle mam smak czekolady. Zabijanie stało się dla mnie monotonią, więc każde zabójstwo było coraz bardziej okrutne. Potrzebowałem krwi, potrzebowałem nowych dusz, ponieważ byłem zbyt samotny. Dziś dusza każdej z nich znajduje się w moim sercu, czuję ją każdą z osobna, pamiętam gasnący blask w oczach każdej z nich. Jestem szczęśliwy, że to robię. Zabijanie daje mi życie. Jestem z tego cholernie dumny, bo wiem, że ktoś czeka na mnie w niebie, o ile ono istnieje. W każdym razie one wszystkie tam są, dla nich wszystkim jestem Bogiem. Bo kim mógłbym być dla osób którym dałem to co najpiękniejsze-śmierć?
-Mogę zrobić Ci zdjęcie? - zapytałem siląc się na najbardziej czarujący uśmiech jaki mogłem z siebie wykrzesać.
Zgodziła się skinięciem głowy, więc uwieczniłem ją na swoim telefonie.
-Wiesz, zawsze marzyłam o pocałunku w deszczu. - szepnęła nieśmiało chowając dłonie w kieszeniach jeansów.
-Jak każda dziewczyna. - zaśmiałem się cicho, jednak pocałowałem ją.
To był piękny, długi i namiętny pocałunek. Jej język błądził po moim podniebieniu, delikatnie muskał moje zęby. To było wspaniałe do tego stopnia, że aż przeszły mnie zimne dreszcze. Wyciągnąłem papierosa - moje ulubione black devile.
-Chcesz? -zapytałem kierując ku niej paczkę.
Wzięła go ode mnie, jednak na tyle niezgrabnie bym wiedział, że robi to po raz pierwszy w życiu. Chwilę później nauczyłem ją jak się zaciągać, a potem jeszcze długo się całowaliśmy. Jej dłonie raz po raz wsuwały się pod moją koszulkę lub za pasek spodni, co bardzo mi się podobało. Przez chwilę nawet myślałem, żeby odejść od swoich zamiarów, jednak ta namiętność która żyła we mnie była zbyt silna. Przed oczami miałem obraz dzieciństwa, kiedy znęcałem się nad owadami odrywając im nóżki i skrzydełka, a potem patrzyłem na ich agonię w cierpieniu. Kiedy miałem dziesięć lat zabiłem pierwszego szczura. Zrobiłem mu sekcję zwłok, mimo, że jeszcze się ruszał. Tak jakby rozkroiłem go żywcem i cieszyłem się widokiem wypływającej z jego wnętrzności ciepłej krwi. Kiedy sąsiadom zaczęły znikać domowe zwierzątka podejrzenia padły na mnie, więc i ja zniknąłem. Wtedy jednak nie liczyło się nic poza kobietą którą trzymałem w objęciach. Właściwie, nie wiem czy zasłużyła nawet na miano kobiety, miała co najwyżej jakieś siedemnaście lat i dlatego jej krew dała mi najwięcej życia.
-Słuchaj... Ty spełniłaś swoje marzenie o pocałunku w deszczu więc i ja chciałbym spełnić swoje... chciałbym coś z Tobą zrobić.. - szepnąłem jej do ucha.
Uśmiechnęła się ukazując swoje idealnie białe zęby.
-Rób co zechcesz - zamruczała jak rasowy kot przesuwając językiem po swoich pełnych ustach.
-Chciałbym Cię zabić -złapałem ją mocno za ramię i na mojej twarzy zagościł najprawdziwszy uśmiech w moim życiu.
-Więc lubisz na ostro? - zaśmiała się, a ja odgasiłem jej papierosa na otwartej dłoni.
-Chcę Cię zabić - powtórzyłem z naciskiem.
Zapadła martwa cisza w której nie słyszałem nic poza biciem naszych serc. Jakby biły dla siebie i z pewnością tak było. Wyciągnąłem z kieszeni mój ulubiony składany nóż i ostrożnie obróciłem go w palcach patrząc na przerażenie w jej oczach.
-Nie zrobisz tego... - wydała z siebie zduszony jęk, a na moich rękach pojawiła się jej ciepła krew.
-Czyżby? - zaśmiałem się oblizując swoje zakrwawione palce.
Blask w jej oczach gasł bardzo powoli, nawet zdążyła cicho zapłakać. Z każdą sekundą jej dusza odchodziła coraz dalej i w pewnym sensie trafiała do mnie. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że nie jestem tak bezduszny jak myślałem. Usiadłem przy niej i przez chwilę głaskałem ją po kasztanowych włosach.
-Widzisz, ja żywię się duszami różnych istot. To naprawdę nie Twoja wina, że Twoja krew pachniała tak pięknie. Ale mogę oddać Ci przysługę - mówiłem do umierającej Allie - powiedz że mnie kochasz, nikt nie powinien umierać nie kochając i nie będąc kochanym.
-Kocham Cię - szepnęła z wysiłkiem, a ja odpowiedziałem jej tym samym.
To były jej ostatnie słowa, po których jej dusza w całości wypełniła moje puste dotychczas serce. Zajęła w nim wyjątkowe miejsce - w końcu była tą pierwszą.
Zostawiłem jej nawet na pamiątkę mój ulubiony nóż wbity w jej brzuch. Ułożyłem ciało tak, by to wyglądało na samobójstwo i odszedłem zostawiając ją martwą na deszczu, nie oglądając się za siebie ani razu.
Kilka dni później wydrukowali artykuł o samobójstwie siedemnastolatki pod którym dali jej zdjęcie. Wyciąłem je starannie i powiesiłem na tablicy korkowej nad łóżkiem. Popełniłem w życiu wiele morderstw. Tak wiele, że nawet sam pomyliłem się w rachubie, nie wszystkich imion nawet znałem, ale Allie szczególnie zapadła mi w pamięć. Za każdym razem przed snem mam jej obraz przed oczami, czuję jej ciepły oddech na sobie, a na wargach ciągle mam smak czekolady. Zabijanie stało się dla mnie monotonią, więc każde zabójstwo było coraz bardziej okrutne. Potrzebowałem krwi, potrzebowałem nowych dusz, ponieważ byłem zbyt samotny. Dziś dusza każdej z nich znajduje się w moim sercu, czuję ją każdą z osobna, pamiętam gasnący blask w oczach każdej z nich. Jestem szczęśliwy, że to robię. Zabijanie daje mi życie. Jestem z tego cholernie dumny, bo wiem, że ktoś czeka na mnie w niebie, o ile ono istnieje. W każdym razie one wszystkie tam są, dla nich wszystkim jestem Bogiem. Bo kim mógłbym być dla osób którym dałem to co najpiękniejsze-śmierć?
środa, 18 lipca 2012
Tonight we all die young...
Nazywam się Harry i jestem człowiekiem, który całe życie spędził w wielkiej samotni. Pewnej grudniowej nocy obudziłem się o trzeciej nad ranem i już nie mogłem zasnąć. Usiadłem wtedy na łóżku ze szklanką wody i do mojej głowy wdarła się pewna myśl. "Widzisz Harry, masz te swoje pieprzone osiemdziesiąt cztery lata i nigdy nie kochałeś nikogo ani niczego poza swoimi pieniędzmi i pracą" i ta myśl była nadzwyczaj prawdziwa. Prowadziłem wielką firmę, byłem bogaty, miałem piękny dom w którym stało pianino. Czego chcieć więcej? No cóż...poza tym nie miałem niczego. Nie ożeniłem się, a i zakochany byłem tylko jeden, jedyny raz w życiu - na studiach. Te myśli zaczęły mnie przytłaczać. Chwiejnym krokiem podreptałem do korytarza gdzie naciągnąłem ciepłe buty na bose stopy, zimową kurtkę i czapkę na łysiejącą już, siwą głowę. Postanowiłem iść na spacer. Nogi zaniosły mnie w pewne bardzo dziwne miejsce. Cmentarz. Cichy, smutny, pokryty grubą warstwą grudniowego śniegu, z lekka przerażający. Posmutniałem jeszcze bardziej kiedy zrozumiałem, że nie mam kogo na nim odwiedzić. Mimo wszystko wszedłem na jego teren i splatając ręce na plecach spacerowym krokiem zacząłem się przechadzać alejkami. Na każdym nagrobku widniało nazwisko człowieka, który kogoś kochał, złamał komuś serce, który odszedł, który miał swoją, odrębną historię. Jeśli któryś z owych grobów w jakiś szczególny sposób przykuł moją uwagę, zatrzymywałem się przy nim i wymyślałem historię która nie miała nic wspólnego z prawdą, a która jednak mogłaby się wydarzyć. Przykładowo dla Allie Sanders zmarłej w 1832 roku ułożyłem historię miłosną, w której ona jako piękna kobieta z burzą loków uciekła ze swoim ukochanym do obcego kraju, ponieważ ich rodzice nie akceptowali tego związku, a Rona Everetta uczyniłem miejscowym śpiewakiem noszącym wytworny beret i idealnie wypastowane buty. Przez chwilę czułem jakbym znał tych ludzi, jakby byli dla mnie ważni i jakbym ja był ważny dla nich i to przytłoczyło mnie jeszcze bardziej. Już kierowałem się ku bramie cmentarza z zamiarem powrotu do domu, do ciepłego łóżka gdy dostrzegłem skromny nagrobek z nazwiskiem Lindy McCain. Poczułem, że serce nieprzyjemnie tłucze mi się w piersi, Linda była moją pierwszą i ostatnią dziewczyną. Na tablicy było nawet jej czarno-białe zdjęcie z czasów kiedy miała jakieś trzydzieści lat. Nosiła długie, proste włosy, miała piękne kobiece kształty i... nie jestem pewien czy dobrze widziałem, ponieważ światło księżyca nie było zbyt mocne, ale kiedy owe zdjęcie zostało zrobione Linda chyba była w ciąży. Podkreślone było także, że odeszła jako młoda kobieta, mając ledwo trzydzieści siedem lat ginąc w wypadku lotniczym. Ja osobiście bałem się latać, jednak pamiętam jak dwudziestokilkuletnia Linnie (tak ją pieszczotliwie nazywałem) zawsze namawiała mnie na dalekie podróże samolotem czy chociażby skok na bungee. Tak bardzo kochała wysokość i intensywne życie, jakby była nieśmiertelna. Niestety jednak nie była, nikt nie był. Postanowiłem więc na chwilę przysiąść na ławeczce i spędzić te kilka minut w towarzystwie mojej jedynej dziewczyny.
-Linnie...tyle lat Cię nie widziałem... oh, gdybym tylko wiedział, że nie żyjesz z pewnością przyszedł bym na pogrzeb. Ale nie wiedziałem. Chyba byłaś za dobra, bo ja, jak sama kiedyś stwierdziłaś jestem zły do szpiku kości i co? Ciągle tu jestem - uśmiechnąłem się -Ciekaw jestem czy mnie jeszcze pamiętasz...
-Pamiętam - ten zachrypnięty gardłowy głos poznał bym wszędzie.
Odwróciłem się, jednak w pobliżu nie było nikogo. Jedynie wiatr uginał raz po raz łyse, pokryte cienką warstwą białego puchu drzewa.
-Linnie? - szepnąłem w ciemność jednak tym razem nikt mi nie odpowiedział -Linnie, jeśli tu jesteś...
-Jeśli tu jestem to co? - zobaczyłem zarys postaci który zniknął w ciągu sekundy.
-Proszę nie krzywdź mnie - serce tłukło się w mojej piersi jak oszalałe.
Poczułem na twarzy czyiś zimny oddech. To jej. Zawsze była taka nadzwyczajnie zimna. Linda była jedyną kobietą jaką w życiu całowałem. I teraz, po niemal pięćdziesięciu latach od jej śmierci znów mogłem wsunąć język w jej lodowate, piękne usta, znów czułem smak cytryny. Linnie zawsze pachniała i smakowała jak cytryna. Chciałem położyć dłonie na jej twarzy, znów badać jej kształty jak przed laty, jednak kobieta rozpłynęła się w powietrzu, na które natrafiły moje ręce.
-Do cholery, czy ja mam halucynacje? Przecież to nie może się dziać naprawdę - mruknąłem ponuro, lekko zawiedziony, że nie mogę znów jej dotknąć.
Poczułem jak zimne ręce zaciskają się na moim gardle i jak ktoś przybliża swoją twarz do mojej.
-Powiedz, że mnie kochasz - szepnęła
-Czemu?
-Powiedz!
-K..k...kocham Cię...
-Bardzo ładnie. Widzisz, chciałam, żebyś ten ostatni raz w życiu wyznał mi miłość. Żebyś poczuł że przy mnie szybciej bije Ci serce.
Biło.
Nie zdążyłem już odpowiedzieć, ponieważ jej dłonie oplatały mi szyję jak stalowe łańcuchy zaciskając się na niej z nadludzką siłą.
Poczułem że tonę we własnej krwi wdzierającej mi się do mózgu. Pachniała cytrynami. A kiedy pękła mi żyła w ręce zaczął się sączyć z niej bezbarwny płyn, który okazał się sokiem z cytryny.
W tej chwili poczułem, że czas się cofa. Znów miałem dwadzieścia trzy lata i trzymałem Lindę w objęciach na szkolnym balu. Całowałem ją, była taka piękna, że chciałbym żeby owa chwila trwała wiecznie. Jednak to nierealne, nic nie trwa wiecznie. Każda chwila, każda miłość, każde wspomnienie, każda przyjaźń, każde uczucie, każda historia, każdy człowiek umiera. I nic nie da się na to poradzić. Ostatnimi słowami jakie usłyszałem z ust Lindy były słowa naszej ulubionej piosenki.
Tonight we all die young.
-Linnie...tyle lat Cię nie widziałem... oh, gdybym tylko wiedział, że nie żyjesz z pewnością przyszedł bym na pogrzeb. Ale nie wiedziałem. Chyba byłaś za dobra, bo ja, jak sama kiedyś stwierdziłaś jestem zły do szpiku kości i co? Ciągle tu jestem - uśmiechnąłem się -Ciekaw jestem czy mnie jeszcze pamiętasz...
-Pamiętam - ten zachrypnięty gardłowy głos poznał bym wszędzie.
Odwróciłem się, jednak w pobliżu nie było nikogo. Jedynie wiatr uginał raz po raz łyse, pokryte cienką warstwą białego puchu drzewa.
-Linnie? - szepnąłem w ciemność jednak tym razem nikt mi nie odpowiedział -Linnie, jeśli tu jesteś...
-Jeśli tu jestem to co? - zobaczyłem zarys postaci który zniknął w ciągu sekundy.
-Proszę nie krzywdź mnie - serce tłukło się w mojej piersi jak oszalałe.
Poczułem na twarzy czyiś zimny oddech. To jej. Zawsze była taka nadzwyczajnie zimna. Linda była jedyną kobietą jaką w życiu całowałem. I teraz, po niemal pięćdziesięciu latach od jej śmierci znów mogłem wsunąć język w jej lodowate, piękne usta, znów czułem smak cytryny. Linnie zawsze pachniała i smakowała jak cytryna. Chciałem położyć dłonie na jej twarzy, znów badać jej kształty jak przed laty, jednak kobieta rozpłynęła się w powietrzu, na które natrafiły moje ręce.
-Do cholery, czy ja mam halucynacje? Przecież to nie może się dziać naprawdę - mruknąłem ponuro, lekko zawiedziony, że nie mogę znów jej dotknąć.
Poczułem jak zimne ręce zaciskają się na moim gardle i jak ktoś przybliża swoją twarz do mojej.
-Powiedz, że mnie kochasz - szepnęła
-Czemu?
-Powiedz!
-K..k...kocham Cię...
-Bardzo ładnie. Widzisz, chciałam, żebyś ten ostatni raz w życiu wyznał mi miłość. Żebyś poczuł że przy mnie szybciej bije Ci serce.
Biło.
Nie zdążyłem już odpowiedzieć, ponieważ jej dłonie oplatały mi szyję jak stalowe łańcuchy zaciskając się na niej z nadludzką siłą.
Poczułem że tonę we własnej krwi wdzierającej mi się do mózgu. Pachniała cytrynami. A kiedy pękła mi żyła w ręce zaczął się sączyć z niej bezbarwny płyn, który okazał się sokiem z cytryny.
W tej chwili poczułem, że czas się cofa. Znów miałem dwadzieścia trzy lata i trzymałem Lindę w objęciach na szkolnym balu. Całowałem ją, była taka piękna, że chciałbym żeby owa chwila trwała wiecznie. Jednak to nierealne, nic nie trwa wiecznie. Każda chwila, każda miłość, każde wspomnienie, każda przyjaźń, każde uczucie, każda historia, każdy człowiek umiera. I nic nie da się na to poradzić. Ostatnimi słowami jakie usłyszałem z ust Lindy były słowa naszej ulubionej piosenki.
Tonight we all die young.
poniedziałek, 16 lipca 2012
I have no feelings...
-Jesteś pieprzonym chujem! Z niczym nie radzisz sobie jak trzeba! Nawet głupiego "kocham" nie mówiłeś mi od miesięcy! - krzyczałam do niego przez łzy.
-A Ty?! Ty jesteś zimną suką. No powiedz sama. Jesteś ze mną tylko żeby nie być sama, bo nie umiesz kochać!
-Nienawidz...-nie pozwolił mi dokończyć zamykając moje usta pocałunkiem.
Po raz pierwszy w życiu w moim sercu coś drgnęło.
Odsunęłam się od niego ostrożnie, potem jeszcze dalej. Po policzkach spływały mi strumienie łez.
-Nienawidzę Cię tak bardzo - szepnęłam i wyszłam z domu mocno trzaskając drzwiami.
Cały mój świat wirował. Otuliłam się własnymi ramionami, noc była zimna i ciemna. Sama nie wiem czy dygotałam bardziej z zimna czy strachu. Jednak najradośniejszą wtedy myślą było to, że mieszkam nad samym oceanem. Kilometr spacerkiem i znajdę się nad wielką wodą. Wyciągnęłam z kieszeni jeansów lekko pomiętą paczkę papierosów. Przeklęłam się w myślach, ponieważ oficjalnie rzucałam palenie.
-Jebać to - szepnęłam do siebie wsuwając tytoniowy rulonik w usta, a następnie go podpalając.
Pierwszy buch wzięłam bardzo duży i lekko zakasłałam. Widać moje płuca już odzwyczaiły się od tytoniowego dymu. Zdążyłam jeszcze kilka razy się porządnie zaciągnąć i dostrzegłam całodobowy sklep monopolowy. Siedział pod nim starszy mężczyzna, z daleka widać było, że jest pijany.
-Daj panienko dolara. Chociaż tyle no. Pić mi się chce.
-Masz i pieprz się stary pijaku - rzuciłam w jego stronę jednodolarowy banknot i weszłam do sklepu.
Półki aż uginały się pod ciężarem różnych alkoholi. Po chwili z zaplecza wyłoniła się młoda kobieta.
-W czym mogę pomóc? - zapytała uprzejmie.
-Daj mi coś mocnego. - mruknęłam rzucając dwadzieścia dolarów na ladę.
Chwilę to trwało jednak wyszukała jakąś dobrą wódkę. Wyszłam z budynku nawet nie oczekując na resztę, chciałam jak najszybciej zapomnieć. Zapomnieć o tym kim jestem i co czuję. A właściwie czego nie czuję, ponieważ nie miałam uczuć.
Droga nad ocean upłynęła mi szybciej kiedy miałam butelkę w jednej ręce i zapalonego papierosa w drugiej. Kiedy znalazłam się już na plaży byłam lekko wcięta. Usiadłam na wystającym z ziemi konarze, na którym zawsze siadałam z Alanem. Zaniosłam się głośnym szlochem. Księżyc w pełni zdawał się mi współczuć, rozumieć co czuję.
-Moje życie jest takie puste. - szepnęłam do siebie. -Alan ma zupełną rację, że nie mam uczuć. To naprawdę moja wina, że nikt nigdy nie nauczył mnie kochać? Dla mnie naprawdę jest już za późno?
-Nigdy nie jest za późno, młoda damo. - usłyszałam gruby, męski głos.
Odwróciłam się i moim oczom ukazał się starszy pan opierający się o swoją laskę. Jego siwe włosy lśniły w blasku księżyca. Przysiadł obok mnie i popatrzył głęboko w moje oczy jakby chciał odczytać z nich duszę.
-Opowiedz mi o tym, skarbie. - poprosił.
Wzięłam większego łyka wódki i wyciągnęłam butelkę w jego stronę. Starszy pan okazał się być abstynentem.
-Nie ma o czym opowiadać. Widzi pan, bo ja nie mam uczuć. To takie okropne, bo ja je kiedyś miałam. Oh, miałam jakieś piętnaście lat, nie więcej i kochałam pewnego chłopca. Wie pan, nie byłam w nim zakochana, tylko go kochałam i tego jestem pewna, bo jeszcze nic w moim życiu nie było takie prawdziwe. Ale on odszedł. I nigdy więcej go już nie zobaczyłam. Wtedy zrozumiałam, że nie ma sensu kochać. I nigdy więcej już nie kochałam, chociaż jestem w związku. Wie pan, on to czuje. On wie, że ja dzielę z nim łóżko, ale moje serce nie bije szybciej kiedy go widzę. Że ono nie bije dla niego.
-Czy nie sądzisz, że powinnaś odnaleźć chłopca którego kochałaś będąc młodą dziewczynką? Podobno najprawdziwsza jest ta pierwsza miłość.
-To by było dobre dla mnie. Bardzo dobre, bo być może znów bym zobaczyła ten czarujący uśmiech, poczuła jego oddech na sobie, ale widzi pan...nie pójdę do niego, nie zapukam w jego drzwi i nie spieprzę mu tym życia. Jestem egoistką ale nie do tego stopnia, żeby zniszczyć wszystko co kocha.
-To piękne co mówisz i w żadnym razie nie świadczy o Twoim egoizmie. Świadczy jedynie o tym jak bardzo go kochasz. Ale co w tej sytuacji zrobisz?
Butelka była prawie pusta, a mnie język się wyraźnie plątał.
-Nie mam pojęcia co zrobię, psze pana.
-Mów mi "dziadku". Nigdy nie miałem wnuczki choć tak bardzo pragnąłem.
Przytuliłam się do mojego dziadka i cicho załkałam, a on pogładził mnie po głowie czego nikt inny nigdy nie zrobił.
-Wiesz czemu tu przychodzę? W tym miejscu utopiła się moja żona czterdzieści lat temu. Bardzo się kochaliśmy, ale któregoś dnia ona po prostu odeszła. I nigdy nie wróciła. Zostawiła mi po sobie córkę. Teraz Elizabeth jest już dorosła, jest kardiochirurgiem. Ale jest też człowiekiem i niestety nie może mi podarować wnuczka z pewnych względów.
-Jakich? - zapytałam ocierając łzy wierzchem dłoni.
-Jej dziewczyna ma na imię Naomi i jest naprawdę piękna.
Głęboko westchnęłam.
-Wiesz dziadziu, ja już zdecydowałam co zrobię.
-Co takiego?
-Chcę stąd odejść. Nawet tego nie poczuję. Tylko proszę, nie broń mi. Ja tam będę szczęśliwa.
Liczyłam na protesty, zakazy, jednak usłyszałam tylko:
-Dobrze, jeśli da Ci to szczęście to iść w ten świat. - w oczach błyszczały mu łzy.
Ucałowałam go w policzek i przytuliłam ostatni raz.
-Zrobisz dla mnie coś jeszcze? -zapytałam cicho łkając
-Tak?
-Znajdź Michaela i powiedz mu proszę... powiedz mu, że niejaka Emily McClaire go kochała, a teraz czeka na niego w niebie. Powiedz mu to proszę. A jeśli poznasz kiedyś mojego Alana powiedz mu, że chciałam go kochać.
Wyciągnął ku mnie swój telefon.
-Sama powiedz Alanowi, to co chcesz powiedzieć. Michaelem się zajmę, bez obaw.
Wzięłam komórkę i wystukałam na niej dobrze znany mi numer.
Odebrał po pierwszym sygnale.
-Próbowałam Cię kochać, dobrze o tym wiesz. Po prostu nie umiałam, mam zbyt zimne serce. A teraz już odchodzę.
-Co Ty mówisz?! Gdzie jesteś?
-Na plaży. Mój dziadek właśnie prowadzi mnie do ołtarza.
-Nic nie rób! Zaczekaj tam! I nie rozłączaj się! -krzyknął spanikowany jednak ja już przyciskałam czerwony przycisk.
-Dziękuję dziadziu - szepnęłam oddając mu telefon i skierowałam się w stronę oceanu.
Ostrożnie stawiałam każdy krok, bo każdy z nich był ostatni. Woda okazała się lodowata, jednak to mi nie przeszkadzało. Strach oplótł mi ręce wokół szyi, a kiedy usłyszałam z daleka głos Alana zacisnął je na dobre.
-Wyjdź stamtąd kochanie! Błagam Cię, wyjdź!
Zatęskniłam za nim, jednak woda wołała do mnie głosem Michaela. Zawróciłam i biegiem rzuciłam się ku chłopakowi. Padłam w jego ramiona i długo całowałam dygocząc z zimna.
-Tak bardzo Cię kocham - wypowiedziałam te słowa po raz pierwszy w życiu. I były one zupełnie szczere.
Dopiero kiedy w lodowatej wodzie czekałam na śmierć moje serce zapłonęło żywym ogniem. A dziadek chyba widział, że tak to się skończy. W każdym razie kiedy ponownie spojrzałam na konar wystający z ziemi jego już tam nie było. W oddali majaczyła ciemna postać przysadzistego mężczyzny. Widziałam na pewno, że odwrócił się na chwilę i mi pomachał. Odmachałam mu. Wtedy Alan popatrzył na mnie z troską.
-Co robisz? - spytał.
-Dziadzio - szepnęłam i uśmiechnęłam się promiennie, jednak kiedy ponownie spojrzałam w tamto miejsce po człowieku nie było już nawet najmniejszego śladu. Jedynie cichy wiatr jeszcze pachniał jego perfumami i miłością.
-Noc jest jeszcze młoda, a życie dopiero się zaczyna - szepnęłam Alanowi do ucha i delikatnie musnęłam jego wargi.
Wróciliśmy do domu trzymając się za ręce, jak jeszcze nigdy dotąd.
-A Ty?! Ty jesteś zimną suką. No powiedz sama. Jesteś ze mną tylko żeby nie być sama, bo nie umiesz kochać!
-Nienawidz...-nie pozwolił mi dokończyć zamykając moje usta pocałunkiem.
Po raz pierwszy w życiu w moim sercu coś drgnęło.
Odsunęłam się od niego ostrożnie, potem jeszcze dalej. Po policzkach spływały mi strumienie łez.
-Nienawidzę Cię tak bardzo - szepnęłam i wyszłam z domu mocno trzaskając drzwiami.
Cały mój świat wirował. Otuliłam się własnymi ramionami, noc była zimna i ciemna. Sama nie wiem czy dygotałam bardziej z zimna czy strachu. Jednak najradośniejszą wtedy myślą było to, że mieszkam nad samym oceanem. Kilometr spacerkiem i znajdę się nad wielką wodą. Wyciągnęłam z kieszeni jeansów lekko pomiętą paczkę papierosów. Przeklęłam się w myślach, ponieważ oficjalnie rzucałam palenie.
-Jebać to - szepnęłam do siebie wsuwając tytoniowy rulonik w usta, a następnie go podpalając.
Pierwszy buch wzięłam bardzo duży i lekko zakasłałam. Widać moje płuca już odzwyczaiły się od tytoniowego dymu. Zdążyłam jeszcze kilka razy się porządnie zaciągnąć i dostrzegłam całodobowy sklep monopolowy. Siedział pod nim starszy mężczyzna, z daleka widać było, że jest pijany.
-Daj panienko dolara. Chociaż tyle no. Pić mi się chce.
-Masz i pieprz się stary pijaku - rzuciłam w jego stronę jednodolarowy banknot i weszłam do sklepu.
Półki aż uginały się pod ciężarem różnych alkoholi. Po chwili z zaplecza wyłoniła się młoda kobieta.
-W czym mogę pomóc? - zapytała uprzejmie.
-Daj mi coś mocnego. - mruknęłam rzucając dwadzieścia dolarów na ladę.
Chwilę to trwało jednak wyszukała jakąś dobrą wódkę. Wyszłam z budynku nawet nie oczekując na resztę, chciałam jak najszybciej zapomnieć. Zapomnieć o tym kim jestem i co czuję. A właściwie czego nie czuję, ponieważ nie miałam uczuć.
Droga nad ocean upłynęła mi szybciej kiedy miałam butelkę w jednej ręce i zapalonego papierosa w drugiej. Kiedy znalazłam się już na plaży byłam lekko wcięta. Usiadłam na wystającym z ziemi konarze, na którym zawsze siadałam z Alanem. Zaniosłam się głośnym szlochem. Księżyc w pełni zdawał się mi współczuć, rozumieć co czuję.
-Moje życie jest takie puste. - szepnęłam do siebie. -Alan ma zupełną rację, że nie mam uczuć. To naprawdę moja wina, że nikt nigdy nie nauczył mnie kochać? Dla mnie naprawdę jest już za późno?
-Nigdy nie jest za późno, młoda damo. - usłyszałam gruby, męski głos.
Odwróciłam się i moim oczom ukazał się starszy pan opierający się o swoją laskę. Jego siwe włosy lśniły w blasku księżyca. Przysiadł obok mnie i popatrzył głęboko w moje oczy jakby chciał odczytać z nich duszę.
-Opowiedz mi o tym, skarbie. - poprosił.
Wzięłam większego łyka wódki i wyciągnęłam butelkę w jego stronę. Starszy pan okazał się być abstynentem.
-Nie ma o czym opowiadać. Widzi pan, bo ja nie mam uczuć. To takie okropne, bo ja je kiedyś miałam. Oh, miałam jakieś piętnaście lat, nie więcej i kochałam pewnego chłopca. Wie pan, nie byłam w nim zakochana, tylko go kochałam i tego jestem pewna, bo jeszcze nic w moim życiu nie było takie prawdziwe. Ale on odszedł. I nigdy więcej go już nie zobaczyłam. Wtedy zrozumiałam, że nie ma sensu kochać. I nigdy więcej już nie kochałam, chociaż jestem w związku. Wie pan, on to czuje. On wie, że ja dzielę z nim łóżko, ale moje serce nie bije szybciej kiedy go widzę. Że ono nie bije dla niego.
-Czy nie sądzisz, że powinnaś odnaleźć chłopca którego kochałaś będąc młodą dziewczynką? Podobno najprawdziwsza jest ta pierwsza miłość.
-To by było dobre dla mnie. Bardzo dobre, bo być może znów bym zobaczyła ten czarujący uśmiech, poczuła jego oddech na sobie, ale widzi pan...nie pójdę do niego, nie zapukam w jego drzwi i nie spieprzę mu tym życia. Jestem egoistką ale nie do tego stopnia, żeby zniszczyć wszystko co kocha.
-To piękne co mówisz i w żadnym razie nie świadczy o Twoim egoizmie. Świadczy jedynie o tym jak bardzo go kochasz. Ale co w tej sytuacji zrobisz?
Butelka była prawie pusta, a mnie język się wyraźnie plątał.
-Nie mam pojęcia co zrobię, psze pana.
-Mów mi "dziadku". Nigdy nie miałem wnuczki choć tak bardzo pragnąłem.
Przytuliłam się do mojego dziadka i cicho załkałam, a on pogładził mnie po głowie czego nikt inny nigdy nie zrobił.
-Wiesz czemu tu przychodzę? W tym miejscu utopiła się moja żona czterdzieści lat temu. Bardzo się kochaliśmy, ale któregoś dnia ona po prostu odeszła. I nigdy nie wróciła. Zostawiła mi po sobie córkę. Teraz Elizabeth jest już dorosła, jest kardiochirurgiem. Ale jest też człowiekiem i niestety nie może mi podarować wnuczka z pewnych względów.
-Jakich? - zapytałam ocierając łzy wierzchem dłoni.
-Jej dziewczyna ma na imię Naomi i jest naprawdę piękna.
Głęboko westchnęłam.
-Wiesz dziadziu, ja już zdecydowałam co zrobię.
-Co takiego?
-Chcę stąd odejść. Nawet tego nie poczuję. Tylko proszę, nie broń mi. Ja tam będę szczęśliwa.
Liczyłam na protesty, zakazy, jednak usłyszałam tylko:
-Dobrze, jeśli da Ci to szczęście to iść w ten świat. - w oczach błyszczały mu łzy.
Ucałowałam go w policzek i przytuliłam ostatni raz.
-Zrobisz dla mnie coś jeszcze? -zapytałam cicho łkając
-Tak?
-Znajdź Michaela i powiedz mu proszę... powiedz mu, że niejaka Emily McClaire go kochała, a teraz czeka na niego w niebie. Powiedz mu to proszę. A jeśli poznasz kiedyś mojego Alana powiedz mu, że chciałam go kochać.
Wyciągnął ku mnie swój telefon.
-Sama powiedz Alanowi, to co chcesz powiedzieć. Michaelem się zajmę, bez obaw.
Wzięłam komórkę i wystukałam na niej dobrze znany mi numer.
Odebrał po pierwszym sygnale.
-Próbowałam Cię kochać, dobrze o tym wiesz. Po prostu nie umiałam, mam zbyt zimne serce. A teraz już odchodzę.
-Co Ty mówisz?! Gdzie jesteś?
-Na plaży. Mój dziadek właśnie prowadzi mnie do ołtarza.
-Nic nie rób! Zaczekaj tam! I nie rozłączaj się! -krzyknął spanikowany jednak ja już przyciskałam czerwony przycisk.
-Dziękuję dziadziu - szepnęłam oddając mu telefon i skierowałam się w stronę oceanu.
Ostrożnie stawiałam każdy krok, bo każdy z nich był ostatni. Woda okazała się lodowata, jednak to mi nie przeszkadzało. Strach oplótł mi ręce wokół szyi, a kiedy usłyszałam z daleka głos Alana zacisnął je na dobre.
-Wyjdź stamtąd kochanie! Błagam Cię, wyjdź!
Zatęskniłam za nim, jednak woda wołała do mnie głosem Michaela. Zawróciłam i biegiem rzuciłam się ku chłopakowi. Padłam w jego ramiona i długo całowałam dygocząc z zimna.
-Tak bardzo Cię kocham - wypowiedziałam te słowa po raz pierwszy w życiu. I były one zupełnie szczere.
Dopiero kiedy w lodowatej wodzie czekałam na śmierć moje serce zapłonęło żywym ogniem. A dziadek chyba widział, że tak to się skończy. W każdym razie kiedy ponownie spojrzałam na konar wystający z ziemi jego już tam nie było. W oddali majaczyła ciemna postać przysadzistego mężczyzny. Widziałam na pewno, że odwrócił się na chwilę i mi pomachał. Odmachałam mu. Wtedy Alan popatrzył na mnie z troską.
-Co robisz? - spytał.
-Dziadzio - szepnęłam i uśmiechnęłam się promiennie, jednak kiedy ponownie spojrzałam w tamto miejsce po człowieku nie było już nawet najmniejszego śladu. Jedynie cichy wiatr jeszcze pachniał jego perfumami i miłością.
-Noc jest jeszcze młoda, a życie dopiero się zaczyna - szepnęłam Alanowi do ucha i delikatnie musnęłam jego wargi.
Wróciliśmy do domu trzymając się za ręce, jak jeszcze nigdy dotąd.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)