Zimny, listopadowy deszcz. Oh, tak. Uwielbiam go. I mówię to bez cienia ironii.
Jestem wielkim fanem jesiennych wieczorów, spacerów po zmroku i lodowatego deszczu lejącego się strumieniami. Nie widać wtedy moich łez, smutnych oczu i rozgoryczonego wyrazu twarzy.
Często znikam na wiele godzin i wędrując przez tętniące życiem miasto z papierosem w ustach zmierzam donikąd. Dokładnie tak jak moje życie.
Czasem myślę, że mógłbym udzielać korepetycji z dziedziny bycia człowiekiem bez przyszłości.
Co to w ogóle znaczy?
Zawsze przed nami jest jakaś przyszłość. Zła czy dobra - nieważne, ale jest.
Jednak na mnie nie czeka już nic. Boję się każdego jutra gorszego od poprzedniego.
A może właśnie najgorsze mam już za sobą?
Moja mama zginęła w wypadku samochodowym cztery lata temu, dokładnie w moje jedenaste urodziny. Z ojcem nie dogaduję się zupełnie. On zresztą ma swój świat w którym mnie nie potrzebuje. Jest hazardzistą.
Marzenie o normalnej rodzinie jest dla mnie zbyt odległym niebem, bo na tym polu nic już nie może być normalne.
Odkąd pamiętam jestem dzieckiem wiecznie smutnym. Podobno też nie mam uczuć, jednak ja się po prostu z nimi ukrywam.
Nie widzę sensu w okazywaniu ich ludziom, którzy wyśmieją to, lub zabawią się Twoim kosztem i odejdą. Bo nikt nie zostaje na zawsze.
Tak więc wszystko co czuję przelewam na papier. Mam cały stos rysunków. Wszystkie nadzwyczaj smutne i ponure, jednak nie potrafię powiedzieć dlaczego tak trudno narysować mi coś wesołego pokroju jednorożca pasącego się na łące.
Podobno mam talent, ale nie zgadzam się zupełnie z opinią innych ludzi. Rysowanie jest dla mnie jedynie odskocznią od świata, lekarstwem na wszystko i wielką pasją.
W przyszłości chciałbym iść na medycynę. Ambitne i piękne plany, co?
Chcę po prostu wyrwać się z tego bagna i nigdy nie wrócić. Zacząć nowe życie, w nowym świecie. Zapomnieć o tym co było i żyć dalej lub umrzeć.
Jestem jednym z tych dziwaków, który pragnie śmierci.
Szaleństwo - prawda?
Ale nie dziwcie mi się, proszę. Kiedy w życiu jesteś samotną wyspą dryfującą po nieznanym i pełnym niebezpieczeństw oceanie... z czasem jest zbyt trudno.
Pewnego wieczoru, jak codziennie wychodzę z domu. Tym razem mam ze sobą świeczkę, ponieważ w najbliższej okolicy wysiadł prąd.
Nie wiem sam dlaczego nie wziąłem ze sobą latarki czy czegokolwiek innego. Mam tylko tę świeczkę, papierosy, zapalniczkę, telefon i dwadzieścia dolarów.
Ludzie pozamykani w swoich domach od czasu do czasu wyglądają przez okno przyglądając się wariatowi, który podczas ulewy próbuje z zapaloną świecą przejść przez miasto.
Już pierwsza kropla powinna zgasić płomień, jednak on jest nad wyraz silny.
Nie mam pojęcia dokąd iść, więc pozwalam swoim nogom się prowadzić.
Tak docieram na dach wieżowca.
Z przerażeniem spoglądam w dół i stwierdzam, że chciałbym teraz umrzeć. Siadam na skraju "przepaści" i zastanawiam się nad ostatecznym krokiem.
Jestem u bram spełnienia mojego marzenia. Do oczu napływają mi łzy, a w pamięci odradzają się wszystkie zarówno piękne jak i bolesne wspomnienia. Przed oczami mam całe swoje dzieciństwo, lata z matką, które już mocno wyblakły w mojej pamięci i właśnie się na tym przyłapuję, przypominam sobie dni, kiedy jeszcze znaczyłem coś dla ojca i czas kiedy pierwszy i ostatni raz w życiu byłem zakochany.
To ostatnie pochłania mnie do reszty. Nie widziałem tej dziewczyny od przeszło dwóch lat, ale do dziś przed snem myślę tylko o niej i nigdy o nikim innym, pamiętam każdy jej uśmiech i ułożenie włosów. Zdaję sobie sprawę z tego, że tęsknię za nią, jednak mam przecież w telefonie zapisany jej numer. Szybko go odszukuję i klikam "połącz". Po kilku sygnałach słyszę jej ciepły głos.
-Olivia - szepcę i zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie mam pojęcia co chcę jej powiedzieć.
Dziewczyna zdaje się mnie nie pamiętać co boli w szczególności mocno, jednak kiedy przypominam jej swoje imię, pamięta już kim jestem.
-Ja... chciałbym Cię przeprosić za wszystko. Za to, że zachowywałem się jak rozpieszczone dziecko i za to, że zepsułem. - słyszę jak mój własny głos drży
Odpowiada mi cisza w słuchawce i wiem, że Olivia nie wie zupełnie co odpowiedzieć. Domyśla się na pewno moich uczuć, jednak mówię jeszcze do słuchawki oklepane "kocham Cię" i rozłączam się.
Kładę się na zimnym i mokrym dachu budynku płacząc jak małe dziecko, a świeca stoi obok mnie i mimo deszczu ogień z uporem pali się. W środku siebie czuję przerażającą nienawiść i wiem, że nie chcę aby było tak dłużej. Wyciągam papierosa i paląc go bardzo powoli delektuję się jego smakiem. W tej chwili mój telefon zaczyna wibrować i na wyświetlaczu widzę numer Olivii, jednak nie odbieram. Doskonale wiem, że to co chce powiedzieć zabolało by mnie zbyt mocno.
Kiedy dzwoni po raz kolejny nie dając za wygraną rzucam telefon przed siebie. Spada z dachu wieżowca roztrzaskując się w drobny mak.
-Więc tak to wygląda - myślę sobie i gaszę papierosa.
Stając na krawędzi dachu zauważam, że świeca jakby przygasa. Uśmiecham się patrząc w niebo, bo wiem, że to już koniec mojej wędrówki. Już w tej chwili żałuję, że to skończyło się właśnie tak i w tym właśnie miejscu, jednak decyzja została już podjęta.
Robię krok w przód. Słyszę jedynie świst powietrza. Świeca prawie gaśnie. W mojej głowie jest zupełna pustka, ostatnia myśl nie poświęcona zupełnie niczemu. W końcu czuję mocne zderzenie z ziemią i przerażający ból. Mam na tyle siły by otworzyć oczy i widzę, że w tej chwili właśnie świeca gaśnie wraz ze mną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz