To były walentynki. Magiczna data czternastego lutego, kiedy to wszystko tonie w przesłodzonych serduszkach, a na ulicach widać jedynie zakochanych. Miałem nieodparte wrażenie, że jestem jedyną samotną osobą tego dnia, jednak mimo wszystko patrzenie na całujące się pary sprawiało mi jakąś przyjemność. Było już ciemno, a miasta jak to miasta nocą były pięknie oświetlone. Zawsze to kochałem. Tamta noc była jednak wyjątkowa. Wyraźnie zmęczony przystanąłem na chwilę i przeciągnąłem się. Wtedy ktoś złapał mnie za rękę. Podobało mi się uczucie które mnie wtedy wypełniło - taki wewnętrzny spokój, przekonanie że teraz już wszystko będzie dobrze. Samochody i przechodnie zniknęli w przeciągu chwili. Byliśmy tylko my - ja i tajemnicza kobieta która ujmowała moją dłoń. Kiedy się jej przyjrzałem zauważyłem, że ma zielone oczy ze źrenicami węża i płonęła w nich pasja, namiętność. Miała piękne malinowe usta, które jak się potem okazało także malinami smakowały, a jej kręcone, ciemne włosy opadały na piersi. Chciałem zapytać o jej imię, o to co się dzieje, jednak kiedy tylko otworzyłem usta ona przyłożyła do nich palec na znak bym nic nie mówił. Rozbrzmiała muzyka, a moje ciało nagle jej się poddało. Zaczęliśmy tańczyć wirując na środku opustoszałych ulic. To było tango, a dziewczyna tańczyła wspaniale. Czułem, że do siebie pasujemy, że nasze ciała tak idealnie się uzupełniają i uwielbiałem patrzeć w jej oczy w których widziałem więcej namiętności, podniecenia i erotyki niż w niejednym filmie pornograficznym. Muzyka, która zdawała się rozbrzmiewać w moim sercu ciągle grała, kiedy dziewczyna przytuliła mnie mocno do siebie i zaczęła całować. Żadna z moich byłych nie całowała tak wspaniale jak ona. Raz po raz wsuwała mi język w usta, wodziła nim po moim podniebieniu, zębach. Początkowo całowała mnie delikatnie, potem z coraz większą pasją. Miałem wrażenie, że niedługo popchnie mnie na środek ulicy i zerwie ubrania, jednak tak się nie stało. Kiedy muzyka ucichła mieliśmy dokładnie sześć minut na rozmowę.
-Kim jesteś? - zapytałem w końcu, a ona jedynie patrzyła na mnie uśmiechając się zadziornie.
-Jestem Śmiercią. - wysyczała w końcu.
Miała lekko zachrypnięty i seksowny głos.
-Co Ty mówisz? - moją pierwszą myślą było to, że z pewnością uciekła z zakładu psychiatrycznego.
Jednak w przeciągu sekundy jej piękne, młode i zgrabne ciało uległo rozkładowi. Nagle kobieta miała na sobie podartą suknię, a jej ciało odchodziło od kości. Jedyne co się nie zmieniło, to jej wężowe oczy. Wtedy uznałem, że to ja oszalałem, jednak i to nie było prawdą.
-Nadal masz ochotę ze mną tańczyć, całować mnie? - zapytała.
Odpowiedź powinna być oczywista, jedynak mi to pytanie dało dużo do myślenia. Mimo, że była przerażająca w sercu czułem coś co mogę nazwać przyciąganiem. Nie chciałem, żeby ta wspólna chwila się skończyła, patrząc na nią ciągle widziałem tę piękną i seksowną szatynkę. Odgarnąłem jej włosy z czoła i skinąłem głową. Nie wydawała się być zaskoczona.
-Nie jesteś pierwszym, który nie chce mnie opuszczać. -powiedziała jakby po to, żeby się pochwalić.
-Dlaczego chcę przy Tobie zostać?
-Jeśli raz posmakujesz śmierci, chcesz być na zawsze martwy. I to nie jest magia. To kwestia Twoich pragnień.
-Więc pozwolisz mi ze sobą pójść?
-Nie. Chciałam jedynie, żebyś mnie zasmakował i pożądał przez resztę życia. Ale spokojnie, jeszcze się spotkamy. Za wiele lat, kiedy będziesz umierał w swoim ciepłym łóżku przyjdę po Ciebie. Pocałuję Cię i pójdziesz ze mną, zgoda?
-Nie. Chcę iść teraz. Cała wieczność to zbyt wiele.
Skinęła głową i ponownie mnie pocałowała, a ja czułem jakby wypijała całą moją duszę. Jakbym stawał się marionetką. Kiedy spojrzałem na swoje dłonie okazało się że są one pozbawione ciała.
-Co się stało?
-Witaj w moich szeregach, kochany. Witaj w Klubie Marionetek Śmierci.
Patrzyłem na nią z osłupieniem.
-Myliłeś się, jeśli myślałeś, że będę Cię kochać. Ludzie kochają śmierć, to ich ludzka słabość, ale śmierć nie ma słabości. Śmierć nie kocha. - szepnęła mi do ucha.
Potem wszystko zaczęło płonąć żywym ogniem, ja sam również. Moje życie spłonęło na moich oczach, a następnie zatopiło się w nieprzeniknionych ciemnościach. Nigdy więcej nie ujrzałem światła, ale też nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Zmarłem w dzień zakochanych, będąc zakochanym do szaleństwa i nadal, po wielu latach wpatruję się w moją pustkę i tęsknię za tamtym dniem. Mimo, że nie żyję moje serce uporczywie bije. Bije dla Śmierci.
Strasznie podoba mi się przedostatnie zdanie. *.* Mogę na opis? : c
OdpowiedzUsuń