Strony~

Statystyki~

niedziela, 12 sierpnia 2012

Tajemniczy Kapelusznik.

Wyrzuciłam stare zdjęcia, wszystko co mogło by przypominać mi o przeszłości. Nie o jakimś konkretnym momencie, lecz o wszystkim co wydarzyło się przed dniem dzisiejszym. Oparłam się o kontener na śmieci i zaczęłam szlochać. Po chwili już płakałam jak małe dziecko, chowając twarz w dłoniach. Kiedy tylko opuściłam lewą rękę poczułam, że coś ciepłego zaciska się na niej z niemałą siłą. Powiodłam wzrokiem w tamtym kierunku i ujrzałam męską rękę ubraną w czarną, skórzaną rękawiczkę (była późna jesień), której właścicielem okazał się być przystojny mężczyzna z kapeluszem na głowie, przyodziany w czarny płaszcz. Jego oczy, wpatrujące się w moje łzy spływające po policzkach, były smutne.
-Straciłaś dzisiaj swoje życie? -zagadnął nie puszczając mojej dłoni.
-Tak.
-Chodź ze mną.
-Dokąd?
-Nie wiem, nie mam pojęcia. Po prostu chodź, przeżyjmy ten dzień razem. Zróbmy milion głupich rzeczy, zaszalejmy, ale bez imion. Dzisiejszy dzień minie i Ty pójdziesz na wschód, a ja na zachód. I nigdy więcej już się nie spotkamy. Co o tym sądzisz?
-Tak, tak zróbmy. - uśmiechnęłam się przez łzy i trzymając się za ręce poszliśmy w kierunku parku.
Wsiedliśmy w pierwszy lepszy pociąg, a kiedy już wysiedliśmy żadne z nas nie wiedziało gdzie jest.
-Przydało by się coś do picia, zajarania. Nie sądzisz? - zapytałam, a on przytaknął.
-Nie mam kasy,a Ty masz coś?
-Nie wzięłam nic z domu, ale czy to problem?
Chwilę później już chowaliśmy butelki wódki pod płaszcze, papierosy też udało nam się zwinąć. Uciekliśmy ze sklepu nie mogąc przestać się śmiać, mimo, że za nami biegło kilku wściekłych facetów. Kiedy już ich zgubiliśmy wpadliśmy na pewnego chłopaka, któremu z kieszeni wypadło kilka skrętów i niewielki woreczek z białym proszkiem w środku. Kokaina. Wszyscy troje staliśmy w bezruchu osłupieni wpatrując się w towar leżący na chodniku.
-Macie to, ale nie mówcie nikomu. Błagam. - mężczyzna zebrał szybko te rzeczy i wcisnął je w ręce mojego towarzysza.
-Nikomu nie powiemy. - mężczyzna uśmiechnął się szeroko i schował narkotyki w kieszeni płaszcza. Później poszliśmy posiedzieć nad jeziorem.
-Paliłaś kiedyś skręty? - zapytał wyciągając jednego.
-Bo to raz? - zaśmiałam się i wyciągnęłam mu go z rąk.
Wypaliliśmy go wspólnie, czułam się świetnie. On też. To było tak zwane przełamanie lodów. Później paliliśmy jednego za drugim, piliśmy, wcieraliśmy sobie kokainę w dziąsła i tańczyliśmy na plaży.
-Kocham Cię! - krzyknęłam rzucając się na szyję chłopakowi, a on objął mnie mocno.
-Tak, wiem o tym. Ale pamiętaj o umowie. -uśmiechnął się smutno.
-Nie możemy pieprzyć tej umowy?
-Nie. - jego głos był stanowczy.
Zrezygnowana pocałowałam go, chociaż byłam niemal pewna że odsunie mnie od siebie. O dziwo nie zrobił tego. Całowaliśmy się długo i namiętnie, aż wreszcie upadliśmy na chłodny piasek i głęboko oddychaliśmy patrząc sobie prosto w oczy ze źrenicami wielkości główki szpilki.
-Co jeszcze szalonego dzisiaj zrobimy?
-Będziemy żyć z całych sił, aż zabraknie nam oddechu tak jak przed chwilą.
-Dobrze.
Wtedy znów zaczął mnie całować, moje ręce automatycznie zaczęły rozpinać jego płaszcz, potem wsunęły się pod koszulę, a nawet za pasek spodni. On także nie pozostał mi dłużny.
-Chcesz tego? Na pewno? Bo nigdy więcej się już nie spotkamy i nie chcę byś miała mi to za złe.
-Dzisiaj zaczynam nowe życie. Zaczęłam je dokładnie w chwili kiedy się pojawiłeś. Właśnie uczę się żyć. Naucz mnie kochać. Wiem, czego chcę i chcę tego na pewno. A jeśli będę żałować, to co z tego. Chcę mieć wspomnienia.
-Dzisiaj jest dzisiaj. Nie myśl o przyszłości ani przeszłości.
-Dobrze. Jednak mimo wszystko... proszę. Żadnych ograniczeń, nie dzisiaj.
W odpowiedzi ściągnął mi koszulkę.
-Jak sobie życzysz - szepnął czule, całując mnie po szyi.
Jak się słusznie domyślacie zrobiliśmy to na plaży, na samym jej środku gdzie z pewnością nas ktoś widział, jednak nikt nie podchodził, za co serdecznie im dziękuję. Tajemniczy nieznajomy okazał się być świetnym kochaniem, a może to tylko narkotyki pozwoliły mi wszystko lepiej odczuć.
Kiedy obudziłam się rano on ciągle przy mnie był. Leżał oparty na łokciu i patrzył jak śpię.
-Nie chciałem odchodzić bez pożegnania.
Uśmiechnęłam się by podziękować mu za to.
-Masz jeszcze trochę kokainy?
Pokazał mi odrobinkę białego proszku która spoczywała na dnie plastikowego woreczka. Wzięliśmy ją, nazywając "koką pożegnalną". Około południa Tajemniczy Kapelusznik, jak zaczęłam go nazywać stwierdził, że to czas, abyśmy się pożegnali. Zaprotestowałam, jednak zgodnie z umową tak właśnie musiało się stać. Przy pomocy kompasu który wyciągnął z kieszeni wyznaczył wschód, na który miałam się skierować, a sam ruszył w przeciwnym kierunku.
-Mogę jeszcze o coś zapytać? - krzyknęłam za nim.
Przystanął na chwilę, a potem odwrócił się i spojrzał w moją stronę.
-Tak?
-Kim jesteś?
-Umowa! - przypomniał mi i bezceremonialnie szybkim krokiem ruszył w swoją stronę.
Stałam tak jeszcze chwilę w miejscu patrząc jak jego płaszcz unoszą podmuchy wiatru.
-Mam na imię Olivia. -spróbowałam ponownie niemal mając już łzy w oczach.
-Aleksander. -odpowiedział nawet się nie zatrzymując po czym zniknął za zakrętem.
Usiadłam na mokrym piasku i zaczęłam płakać, jednak przypomniały mi się jego słowa - "Dzisiaj jest dzisiaj. Nie myśl o przyszłości ani przeszłości." po czym wstałam, otrzepałam upiaszczone spodnie i rzucając ostatnie tęskne spojrzenie na miejsce w którym się kochaliśmy ruszyłam w swoim kierunku. Zgodnie z umową nigdy więcej nie spotkałam Aleksandra, czy Tajemniczego Kapelusznika jak zwykłam go nazywać w swoim wspomnieniu tamtej nocy.