Strony~

Statystyki~

wtorek, 3 kwietnia 2012

"Najlepszym lekarstwem na rozgrzanie serca są wspomnienia".

Idę samotnie ulicą. Jest mroźna zima, a ja mam na sobie jedynie podarty płaszcz i brudną czapkę. Z uwagą obserwuję ludzi nieustannie spieszących się. Przystaję i patrzę na ich markowe ubrania, drogie telefony i piękne kobiety czy przystojnych mężczyzn u boku. Ja mam jedynie mały woreczek w którym taszczę cały swój dobytek, psa - najlepszego przyjaciela towarzyszącego mi od lat i dowód osobisty w kieszeni zniszczonych spodni mówiący, że nazywam się Anthony Smith i jestem bezdomnym.
Dlaczego wylądowałem na ulicy?
Zapewne nazwiecie mnie dziwakiem, ale... z własnej woli wyrzekłem się domu i ogniska rodzinnego.
Nie jestem alkoholikiem. Nie jestem uzależniony od niczego poza moim Theodorem - psiakiem, którego przed laty znalazłem w kontenerze na śmieci z połamanymi łapami i rozerwanym lewym uchem. Bez zastanowienia zabrałem go ze sobą i od tamtej pory jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Oboje wzajemnie wybawiamy się od samotności, zimna czy śmierci.
Ludzie pytają, czy nie mam czasem ochoty ogrzać sobie serca chociaż kropelką nalewki wiśniowej czy piwa. Zawsze odpowiadam przecząco. Najlepszym lekarstwem na rozgrzanie serca są dla mnie wspomnienia. Jako młody chłopiec byłem artystą. Rysowałem, grałem na gitarze, śpiewałem. Zawsze niezależnym i odstającym od społeczeństwa. Ojciec twierdził, że zmienię się z chwilą zawarcia małżeństwa. Posłuchałem go i jako dziewiętnastolatek ożeniłem się z niejaką Margaret, z którą mam zresztą dwie córki - Mariah i Vicky.
Miałem wszystko- dobrą pracę, kochającą żonę i dzieci, pieniądze, piękny dom i wiele innych rzeczy, które niestety szczęścia mi nie dawały. Ciągle potrzebowałem wolności.
Pewnego wieczoru włożyłem na siebie płaszcz, który nawet teraz, po pięćdziesięciu jeden latach mam na sobie, zapiąłem psu smycz i całując żonę i dzieci w policzki wyszedłem z domu. W pośpiechu napisałem jeszcze kartkę do Margaret i wsunąłem ją w kieszeń jej kurtki.
Na kartce napisałem jedynie, że przepraszam za takie świństwo jakie właśnie jej robię, ale jestem typem człowieka który po prostu musi być wolny.
Nigdy nie potrafił bym żyć w tych ciasnych klatkach zwanych biurami.
Nadzwyczaj odpowiada mi moja wędrówka po świecie.
Problemy pojawiają się dopiero nocą kiedy zimno dwa razy mocniej daje się we znaki. Niegdyś sypiałem w schroniskach dla bezdomnych, ale od dnia w którym nie chcieli mnie wpuścić z Theodorem nie pojawiłem się tam już ani razu. Miłość zdecydowanie nie jest dla mnie, ale przyjaźń sobie cenię.
Kiedy samotność zaczyna dawać mi się we znaki opowiadam Theodorwi różne historie. Psiak zawsze patrzy na mnie z ogromną ciekawością w tych błyszczących ślepiach. Wydaje się mnie rozumieć i nigdy nie jest znudzony, nawet kiedy moje opowieści są przerażająco nieciekawe.
Jedzeniem zawsze dzielimy się na pół. Traktuję go jak człowieka, jak równego sobie. Głównie dlatego, że to właśnie ten pies nauczył mnie większości ludzkich odruchów.
Czy czegoś się boję?
Owszem. Dwóch rzeczy. Boję się ludzi, szczególnie tych młodych którzy nie szanują takich jak ja. Nazywają  śmieciami tylko dlatego, żeby pokazać się przed kolegami. To przykre że nasze społeczeństwo kiedyś skazane będzie wyłącznie na takich ludzi.Osobiście uważam, że aby kogoś szanować wystarczy spojrzeć na świat jego oczami. Nie wykluczone, że Ci młodzieńcy skończą podobnie jak ja, jednak oni jeszcze nie potrafią tego zrozumieć.  Na szczęście Theodor zawsze mnie broni, nigdy nie pozwala krzywdzić. Tak jak ja jego. Wspaniale się uzupełniamy.
Drugą rzeczą której się boję, jest odejście Theodora. Przeżyłem z nim ostatnie dwanaście lat mojego życia. Każdy dzień przepełniony jest jego wesołym spojrzeniem. Tak, on ciągle jest wesoły bo choć brakuje nam jedzenia czy ciepła, to ma mnie. Szkoda, że ludzie nie potrafią kochać taką bezwarunkową miłością jak zwierzęta.

Idę ośnieżonym chodnikiem  Moje życie wygląda dokładnie tak samo przez pięćdziesiąt jeden lat.
Wędrówki bez celu, przyglądanie się wystawom sklepów i ludziom.
Do dziś patrzę na to wszystko i nie mogę uwierzyć jak bardzo ludzie kochają pieniądze.
Mam ochotę stanąć na środku ulicy i krzyknąć "Hej ludzie! Jesteście bogaci, jednak ja jestem bogatszy od was wszystkich. Czy widzicie co mam? Mam przyjaciela".
Pod wpływem impulsu robię to, o czym przed chwilą jedynie marzyłem.
Ludzie zatrzymują się, jedni biją mi brawo, inni obrzucają pogardliwym spojrzeniem.
W tłumie rozpoznaję twarz kobiety, serce bije mi mocniej jednak nie ufam swoim oczom.
Mam siedemdziesiąt siedem lat więc wzrok może mnie zawodzić.
Jednak nie tym razem.
Kobieta także wydaje się mnie poznawać. Przedziera się przez tłum odpychając ludzi łokciami. Zaraz za nią idzie młoda dziewczyna. Na oko siedemnastolatka.
Podchodzą do mnie i patrzą ni to z pogardą ni to z podziwem. Nie wiem czy powinienem spodziewać się siarczystego policzka. Uparcie patrzę na kobiety, a one na mnie.
-Czy pan.. nazywa się Pan Anthony Smith?..- mówi w końcu starsza
Serce bije mi niebywale szybko.
Kiwam głową.
Na jej twarzy pojawia się rumieniec i wyraźne zakłopotanie. Sięga do torebki. Wyjmuje portfel.
-co Pani robi? - pytam przekonany, że chce wręczyć mi jakieś pieniądze, jednak ona wyciąga zdjęcie.
Podaje mi je, a ja z uwagą je oglądam.
Poznaję na nim siebie - młodego chłopca tulącego swoją żonę i dwie małe córeczki.
Patrzę na kobietę z niedowierzaniem. Teraz już wyraźnie ją poznaję.
-Mariah, to.. to Ty? - upewniam się, a ona przytakuje.
Kręci mi się w głowie.
-Ta młoda dama to zapewne Twoja...?
-To Twoja wnuczka, tato - szepce z czułością
Pierwszy raz od lat usłyszałem słowo "tato" skierowane do mnie. Zaczynam żałować, że nie było mnie przy moich córkach kiedy dorastały, kiedy mnie potrzebowały, że nie było mnie w ogóle.
Zdobywam się na odwagę by ją przytulić. Nie protestuje.
Widzę w jej oczach inteligencję i siłę. Poza tym jest bardzo piękną i dojrzałą kobietą.
Pomyśleć, że zostawiłem ją na pastwę losu kiedy miała ledwie siedem lat.
Patrzę na nią i wiem, że Margaret dała jej wszystko co mogła jej dać.
Zaprasza mnie do domu na herbatę, jednak mówię, że wolał bym odwiedzić jej matkę. We trójkę udajemy się do mieszkania mojej żony. Bardzo boję się jej reakcji, jednak odważnie stawiam kroki. Pukam do drzwi. Od razu poznaję kobietę, która je otwiera. Margaret nie zmieniła się prawie w ogóle przez te wszystkie lata.
-Jesteś taka piękna - wycedzam bez namysłu, a ona wyraźnie mnie nie poznaje. Patrzy na Mariah, a później na mnie. Na jej twarzy pojawia się uśmiech.
-Anthony? - pyta niepewnie, a ja potwierdzam.
Wpuszcza mnie do mieszkania, które niegdyś należało także do mnie. Wchodzę i zostaję poczęstowany gorącą herbatą.
Każdy kąt tego domu przypomina mi moje młodzieńcze lata. Na komodzie zauważam kartkę. Odruchowo podnoszę ją na wysokość głowy i czytam. Ogarnia mnie przerażanie. Poznaję tę pożółkłą już kartkę. To ją zostawiłem tamtego wieczoru w ramach wyjaśnienia.
W tym momencie słyszę dzwonek do drzwi. Margaret otwiera i w progu widzę młodszą córkę. Ta poznaje mnie bez problemu i staje jak wryta.
-tato..- w jej oczach widzę łzy
Nie jestem pewien czy powinienem podejść, przytulić ją. Nie było mnie przecież tyle lat.
Czuję się niepewnie więc zmierzam w stronę drzwi.
-przepraszam - rzucam na pożegnanie, jednak czuję czyjąś dłoń na ramieniu.
Staję jak wryty i czekam na to co będzie dalej.
-czekałam na Ciebie tato - słyszę głos Vicky
-Wszyscy na Ciebie czekaliśmy -dodaje także Margaret
Na sercu robi mi się lżej. Ciężar tych wszystkich samotnych lat jakby się rozpłynął.
Tęskniły. Więc ktoś naprawdę za mną tęsknił.
W oczach czuję łzy, jednak wiem, że nie mogę się teraz rozpłakać.
Odwracam się i widzę moją żonę obejmującą czule obie córki. To piękny obrazek jednak wiem, że czegoś w nim brakuje. Mnie. Staję obok nich i czuję, że obrazek nareszcie jest pełny.
Przy mnie siada także Theodor, wie, że jest częścią rodziny.
-Zamieszkaj ze mną ponownie, Anthony - proponuje Margaret a ja obiecuję przemyśleć tę propozycję
Theodor jest szczęśliwy, łasi się do mnie i ciągle przytula. Zauważam, że zachowuje się dziwnie, jednak dopiero następnego dnia zauważam co było przyczyną jego zachowania.
Rano odnajduję Theodora martwego. Nadal nie dowierzam w to co się tak właściwie stało.
Klękam przy nim i wiem, że on tak właśnie chciał się ze mną pożegnać.
Bronił mnie przez całe życie, żałuję teraz że ja nie mogłem uchronić go przed mrocznym kosiarzem zbierającym krwawe żniwo.
Czuję okropną pustkę w sercu. Ten psiak zajmował w nim wyjątkowe miejsce. Miejsce, którego nigdy nic nie zapełni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz