Każdy człowiek nosi w sobie swoją małą tragedię, którą żyje. Moja tragedia pożerała mnie od środka, zabierała mi duszę i życie rozwijając się tydzień po tygodniu. Miałam siedemnaście lat, byłam córką najbogatszych i najbardziej szanowanych ludzi w mieście.Miałam na imię Lily. Uczucie jakim darzyli mnie rodzice, a właściwie jego brak poznałam dopiero jednego z lipcowych popołudni, kiedy ze łzami w oczach i sercem szamoczącym się w piersi oznajmiłam, że spodziewam się dziecka. Miałam nadzieję, że okażą wściekłość, że popłyną łzy nie należące do mnie. To miało znaczyć, że skoro tak reagują muszę coś znaczyć. Jednak ojciec tylko wyciągnął z kieszeni plik pieniędzy i machając mi nim przed nosem niczym wachlarzem oznajmił, że problem niebawem zniknie. Nie protestowałam, mój ojciec nie jest człowiekiem z którym można dyskutować. Niecały miesiąc później siedziałam już w gabinecie lekarskim trzęsąc się ze strachu. W spojrzeniu towarzyszącej mi matki nie dało się odczytać żadnych uczuć, jakby aborcja była tylko rutynowym zabiegiem. W myślach przeklinałam ją za tę obojętność, którą żywiła w stosunku do mnie. Kiedy pani doktor weszła do gabinetu naciągając na dłonie gumowe rękawiczki rozdzwonił się telefon mojej matki. Odebrała słuchając przez chwilę po czym zasłoniła słuchawkę dłonią i oznajmiła, że musi iść. Odeszła bez pozostawienia mi spojrzenia w którym mogła bym dostrzec choć cień żalu, współczucia. Żadnego "będzie dobrze, córeczko". Ta kobieta nigdy nie nazwała mnie swoją córką. Z plakietki przymocowanej do fartucha pani doktor przeczytałam, że nazywa się Sophie Montgomery. Kobieta usiadła przy mnie obdarowując ciepłym spojrzeniem swoich hebanowych oczu. Jej ciemne włosy upięte były w wysokiego koka, a niesforne pasemka otulały jej pociągłą twarz.
-Kochanie, wiem, jakie to dla Ciebie trudne, masz ledwie siedemnaście lat. -jej miły głos wypełnił to lodowate pomieszczenie o białych ścianach cuchnących śmiercią niewinnych dzieci -Musisz tu podpisać, to taka mała formalność dzięki której będziemy mogli przeprowadzić aborcję. -podsunęła mi pod nos niebieską tekturową podkładkę z przypiętą do niej kartką.
Długopis w mojej dłoni drżał niczym liść na jesiennym wietrze. Odetchnęłam głęboko i przenosząc wzrok na Sophie szepnęłam:
-Ja nie chcę tego robić.
Kobieta uśmiechnęła się chwytając moją nieustannie drżącą dłoń, a w jej oczach mogłam dostrzec szklany błysk łez, które szybko otarła.
-Co wobec tego pragniesz zrobić?
-Urodzę dziecko, a potem je oddam. Nie chcę odbierać mu życia, proszę pani. To nie ono zawiniło, to my.
-Powiedziałaś jego ojcu?
Pokręciłam głową nie mogąc zdobyć się by wypowiedzieć jakiekolwiek słowo.
-Nie chcę, by życie Juliana legło w gruzach wraz z moim. - powiedziałam w końcu z trudem.
Kobieta dotknęła dłonią mojego policzka mokrego od łez patrząc na mnie z taką czułością, z jaką nikt w życiu, poza Julianem, na mnie nie patrzył. Następnie jej dłoń skierowała się ku mojemu leciutko zaokrąglonemu brzuchowi.
-Chcesz poznać płeć dziecka? -zapytała lekko zachrypniętym głosem.
Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę po czym kiwnęłam głową na znak potwierdzenia. Sophie kazała podwinąć mi bluzkę po czym nałożyła na mój brzuch niewielką ilość zimnego żelu. Sprawnie przesuwała urządzeniem podłączonym do komputera po wypukłości skrywającej dziecko. Głowę odwróconą miałam w przeciwnym kierunku w obawie, że jedno spojrzenie wystarczy by pokochać ten mały cud.
-Spójrz, to Twój syn. - szepnęła kobieta, jakby oglądanie nowego życia nadal było dla niej czymś nadzwyczajnym mimo wielu lat pracy w tym zawodzie.
Powoli odwróciłam głowę, wzrok utkwiłam w ekranie na którym zobaczyłam małą główkę i pulsujące serduszko.
-Jest idealny. - wydusiłam z siebie zdając sobie sprawę z tego że się nie myliłam. Tyle wystarczyło, bym pokochała tego chłopca w moim łonie do szaleństwa.
Obie oniemiałe wpatrywałyśmy się w ekran, kiedy pojawiła się na nim także druga główka, kolejne dwie rączki, dwie nóżki i niewielki pulsujący punkcik będący drugim serduszkiem. Nie potrzebowałam wyjaśnienia by wiedzieć, że nie jedno, a dwoje dzieci, niemal do siebie przytulonych rośnie we mnie na dowód uczucia, które płonęło między mną, a Julianem, niczym dwa jabłuszka rozwijające się na jabłoni. Jabłuszka tak bardzo ze sobą powiązane, że jedno nie może przeżyć bez drugiego.
-Jest piękna.
-Kto? - zapytałam będąc w szoku zbyt dużym by zrozumieć o kim kobieta mówiła.
-Twoja córka, Lily.
Te słowa zabrzmiały tak niewyobrażalnie odlegle. Ja, która niedawno sama biegałam radośnie w pieluchach po ogromnym domu moich rodziców teraz miałam zostać mamą dwójki idealnych dzieci. Wyszłam z gabinetu lekarskiego rozanielona, niczym niesiona na skrzydłach zupełnie zapominając o konsekwencjach. Wiedziałam, że nie mogę zatrzymać dzieci, lecz niczego innego bardziej nie pragnęłam.Odważyłam się poinformować o tym Juliana i pozwolić mu zadecydować co dalej powinniśmy zrobić. Julian pokochał dzieci już w momencie, kiedy przyłożył dłoń do mojego brzucha po raz pierwszy. Nie potrafiliśmy zadecydować o ich oddaniu do adopcji. Kilka miesięcy później, kiedy śnieg sypał tak mocno, jakby Bogu przypadkowo otworzył się worek pełen białego puchu, nasze bliźnięta zaczęły dopominać się wyjścia na świat. Podczas porodu okazało się, że życie nie szczędzi mi niespodzianek. Poza chłopcem i dziewczynką, których oczekiwaliśmy, na świecie pojawiła się druga, malutka i mizerna dziewczynka. Dostała ona na imię Hope, pozostała dwójka to Christian i Sophie. Dzieci były wspaniałe, a ilekroć patrzyłam na Sophie dostrzegałam ciepły uśmiech kobiety, która niczym wróżka obsypała mój brzuch magicznym pyłkiem i wywróżyła najwspanialszą przyszłość, niczym w ulubionych bajkach z dzieciństwa. Tak więc za zakończenie dodam, że żyliśmy długo i szczęśliwie w ogromnym zamku wypełnionym miłością i radosnym śmiechem Trójki Najwspanialszych.
Świetne, uwielbiam, gdy emocje postaci są tak opisane :33
OdpowiedzUsuńPomysł ciekawy, wykonanie także. Jak zawsze mi się podoba ^^
Strasznie mi miło, bejbs :*
Usuń